wodospady z rumem w kingston

IMG_4679

Kolejnego pięknego i słonecznego dzionka pocisnęliśmy z załogą do wodospadowni skąd dalej do raju miłośników wyskokowych trunków, czyli do fabryki rumu Appletone a na deser do alei bambusowej, która odbiła się krwawą plamą na jamajskiej ziemi. Jeszcze gdzieś w oddali pojawiło się Kingston, ale do tego dojdziemy dalej…

IMG_4887

Miejscówka z wodospadami bardziej piknikowa i odpoczynkowa. Można wziąć ze sobą koszyk z kanapkami, flaszkę z piciem, gatki do kąpania i kocyk do leżakowania. Dla osób pragnących wrażeń jest przygotowana tyrolka oraz miejscówka, gdzie za pomocą liny można skoczyć w wodospadową głębię… takie oto atrakcje. Było sympatycznie i odpoczynkowo.

IMG_4884

Po krótkim rekonesansie, zaliczeniu kilku kąpieli w wodzie i wygrzaniu zadków na jednym z basenów zawinęliśmy się i pojechaliśmy do fabryki rumu Appletone, gdzie mieliśmy przyjemność zwiedzenia obiektu oraz skosztowania dowolnej ilości alkoholu… można było pić na przysłowiowy umór i to wszystko w cenie biletu.

IMG_4702

IMG_4705

IMG_4713

Ja jako osoba nie pijąca mocnego alkoholu niestety a może i stety nie skosztowałem ani grzdyla. To nie dla mnie. Fuj! Aj love chmielowe! Chyba byłem jedynym abstynentem w naszej gromadce, może z wyjątkiem kierowcy, który rzecz jasna nie pił. Połaziliśmy tu i tam, zwiedziliśmy linię produkcyjną, magazyn, nakarmiliśmy osiołka trzciną cukrową, posmakowaliśmy melasy i poznaliśmy od a do z całą historię produkcji rumu.

IMG_4738

samymi oparami w magazynowni można całkiem nieźle się upić…

IMG_4718

Po wycieczce odbyła się degustacja i zakupy w lokalnym sklepie z alkoholem. Można było kupić wszystkie możliwe rodzaje rumu łącznie z najdroższym, którego flaszka kosztuje 5 tysięcy zielonych.

IMG_4754

IMG_4711

W dobrych humorach zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy przez bambusstrasse do Treasure Beach, gdzie czekał na nas najlepszy „dżerk” w  mieście u najlepszego kucharza, czyli „U Juniora”. Oczywiście spóźniliśmy się ponad godzinę, ale Junior czekał i przy nas zrobił swoją specjalność. Oj było pyszne… kurak pocięty tasakiem w kawałki podany z ryżem pomidorem, ogórkiem z chlebem oraz mango. Po chleb junior poszedł do sklepu obok bo akurat mu się skończył, ale i tak było pysznie. Naszą obiadokolację zjedliśmy w przydrożnym rowie melioracyjnym, który akurat był pusty i nie płynęła w nim żadna ciecz. Było oryginalnie i wesoło a co najważniejsze pysznie. Wieczór spędziliśmy na rozmowach o starych Polakach przy czerwonym pasku i rumie wsłuchując się w szum morza, bzyczenie komarów i ujadanie wiejskich psów.

IMG_4870

IMG_4871

Następny dzionek stał pod znakiem wycieczki do Kingston oraz do naszej nowej miejscówki w górach błękitnych, czyli Edge Mountain.

IMG_5236

…rano poznaliśmy Omara. Naszego kierowcę, przewodnika, dobrą duszę i zajebistego faceta, z którym bardzo mocno zaprzyjaźniliśmy się i zżyliśmy przez kolejnych kilka dni. Omar prawie został zięciem Daniela i Anki, którzy wydali (nie/świadomie – właściwe zaznaczyć) za mąż Agę, ale ona chyba o tym nie wiedziała ale co tam. Targ został dobity i Omar zaczął wołać do Daniela „Tato”. Powiększyła się więc tym samym nam familiada… ech te dzieciaki. Wracając jednak do tematu, z rańca ruszyliśmy do Kingston. Historycznego miasta Dżamajki, stolycy, miejsca gdzie żył i tworzył Bob Marley oraz miasta, które każdy możliwy drukowany przewodnik turystyczny uważa za niebezpiecznie niebezpiecznie oraz anonsuje je hasłem „Witamy w krainie, gdzie każdy biały ginie…” …chyba w winie… albo jak się komuś komu nie trzeba nawinie.

IMG_4971

Kingston… czyli stolica Jamajki. Miasto kontrastów, częściowo bogate i ekskluzywne pełne mieszkańców ubranych w eleganckie stroje, którzy jeżdżą drogimi samochodami a z drugiej strony biedne, szare i obdrapane pełne budynków zabitych dechami z walącymi się ścianami czy dachami. Miasto w którym do części dzielnic jak. sławna „Downtown” czy jeszcze bardziej „Trenchtown” lepiej nie wchodzić a nawet jakby się chciało tam wejść to nie byłoby to takie proste… Naprzykład, kiedy nasz Tomek, mieszkający na Jamajce 12 lat, zapuścił się celowo na Downtown wzbudził  ogromne zdziwienie wśród mieszkańców oraz policjanta który profilaktycznie podszedł i zapytał się czy wszystko jest ok, czy nic się nie stało i czy na pewno wie, gdzie jest… Downtown to nieco lepsza dzielnica Kingston, ale i tam Jamajczycy z pozostałych części wyspy obawiają się wejść. Oczywiście to wyjątki, bo całe miasto nie jest tak bardzo niebezpieczne, chociaż czuje się tu pewien dyskomfort podczas przemierzania ulic. Trzeba uważać i mieć oczy dookoła głowy. Nasze oczy nazywały się Omar i dzięki temu czuliśmy się tam nieco pewniej.

IMG_5037

…ale jeszcze podrążę temat.  Jedna ze stron zapieściła u siebie taki artukulik o wdzięcznym tytule: „Mroczna strona raju. Prawdziwa Jamajka to morderstwa, korupcja i bieda” idąc dalej można przeczytać…

Leżysz na leżaku na pięknej, piaszczystej plaży. Słońce w pełni, ale z pobliskiej palmy pada cień. Przed Tobą morze jak z pocztówki, dookoła piękne kobiety i atletyczni młodzieńcy, popijasz zimnego drinka… Jamajka w naszych wyobrażeniach jest rajem na Ziemi, miejscem spokoju i odpoczynku. Jak wygląda rzeczywistość? Brudna ulica, słońce niemiłosiernie grzeje. Młody, wysportowany chłopak wbija drugiemu nóż. Gdzieś dalej gangsterzy dokonują egzekucji w prostszy sposób: po prostu strzelają. Ulice Kingston, stolicy Jamajki, często spływają krwią – nie tylko gangsterów, ale i niewinnych ludzi. Ale w powszechnej świadomości wciąż nie chcemy dostrzec, że Jamajka to nie tylko drinki, marihuana i Bob Marley. To także bieda, liczne morderstwa, wojny gangów i homofobia, przy której polska prawica wygląda na tolerancyjną.

IMG_5043

…idąc tym tropem można napisać podpobnie o „bombowym” wieczorze w Paryżu, kiedy w powietrze wysadza się kilku pomyleńców, polowaniach kibiców z maczetami czy porachunkach gangsterskich w różnych miastach na świecie. Jak ktoś będzie szukał kłopotów, to znajdzie je na 100 % i nie tylko na Jamajce, ale i na osiedlowym parkingu po jednym z meczy, jeżeli nie zapomni założyć słusznych barw czypo wyjściu z dyskoteki, niedy naćpany diler sprzeda mu w gratisie kosę pod żebra. Wracając jednak do przyjemniejszej części naszej eskapady…

IMG_4908

IMG_4918

Wycieczkę zaczęliśmy od zwiedzania muzeum Boba Marleya, miejsca gdzie produkowane były winyle oraz studia nagraniowego. Fajna miejscówka ze swoim specyficznym klimatem. Można było nabyć tam winyle, płyty CD, ciuszki i inne gadżety, oczywiście wszystko brendowane logiem Boba oraz wytwórni płytowej Tuff Gong. To było jedno z kilku muzeów poświęconych guru Jamajczyków i jedno z dwóch, które myśmy tego dnie odwiedzili.

IMG_4912

Kolejnym punktem było krótkie zwiedzanie przedmieść Trenchtown, gdzie widać było prawdziwe serce Kingston. Cześć turystyczna, skromna a nawet bardzo skromna, oczywiście nie pokazuje tego, czego nie można zobaczyć, ale dzięki znajomości naszego przewodnika mogliśmy obejrzeć jeden z domków w którym na kilkunastu metrach kwadratowych w dwóch pokojach mieszka pięcioosobowa rodzina… Domek, który mieliśmy przyjemność zobaczyć znajdował się zaraz za granicami getta, więc w miarę bezpiecznie mogliśmy do niego dojść. Widać było bardzo dosadnie, jakie jest to miejsce i jak się tam żyje. Drogę musieliśmy pokonać bardzo szybko, nie zatrzymując się ani na sekundę. Żadnych zdjęć czy kręcenia filmów… (jasne…). Do domu wchodziło się z wąskiej i oczywiście nieoświetlonej uliczki po otworzeniu stalowej okratowanej furtki, do której kłódka znajdowała się do strony posiadłości, nie od uliczki… Sam sposób otwierania kłódki również obrazował, że to nieciekawe miejsce. Nasza przewodniczka ani na sekundę nie odwróciła się plecami do uliczki, cały czas obserwowała przestrzeń i była bardzo mocno skoncentrowana na tym, co się wokół dzieje jednocześnie otwierając wielgachną kłódkę. Dom był dobrze zamknięty, mimo że w środku było kilka osób. O przejściach, jakie nasza bohaterka miała za sobą świadczyła zakryta włosami paskudna blizna… od ucha do ucha. Witamy w Trenchtown

IMG_4945

witamy w Trenchtown…

IMG_4929

IMG_4930

w takim domku mieszka 16 osób…

W jednym kawałku wróciliśmy do Omarobusa i ruszyliśmy dalej, do kolejnego muzeum Boba, gdzie oprowadzała nasz słodka wykręcona we wszystkie możliwe strony Suzan… piękna ciemnooka Murzynka, która ani na chwilę nie przestawała się śmiać, żartować i śpiewać. Genialna przewodniczka. Chyba Iwona była o nią zazdrosna…

Suzan…

Czyż ona nie jest słodka… (dobrze, że moja Iwona tego nie czyta)

W Kingston odwiedziliśmy jeszcze lokalny supermarket, najsłynniejszą lodziarnią Devon House  gdzie jedna kulka lodów jest wielkości kilku naszych krajowych, Port Royal oraz knajpkę Usaina Bolta. Wizytę zakończyliśmy pijąc browara w lokalnej mordowni, zlokalizowanej gdzieś w środku miasta przy ulicy, gdzie byliśmy jedynymi białasami i wzbudzaliśmy zaciekawienie wśród lokalesów. No risk – no fun… jak się to mawia. W każdym razie wyszliśmy cało i zdrowo z tego i spokojnie mogliśmy wrócić do naszego autobusiku. Miasto zwiedzaliśmy w sumie dwa dni, było fajnie.

IMG_5062

IMG_5068

jedna, powtarzam – JEDNA – gałka lodów…

IMG_5082

IMG_5084

IMG_5090

Jeszcze jedna ciekawostka, jaka nas spotkała… jedna z naszych koleżanek zrobiła sobie ała w oko, które bardzo mocno jej łzawiło i nie mogła widzieć. Trzeba było więc poszukać szpital i zawieść ją na tamtejszy SOR. Wizyta w szpitalu, diagnoza oraz całe zamieszanie trwało szybciej niż w naszej ukochanej Ojcowiźnie a poziom i warunki szpitalu w którym nasza pacjentka była diagnozowana były na najwyższym poziomie… a niby to taki dziki i zacofany kraj.

IMG_5103

nasza mała mordownia na środku ulicy w Kingston, w której degustowaliśmy się Red Stripe

W każdym razie Kingston zwiedziliśmy, nikt nas nie zaciukał nożem, nie poszatkował maczetą i nie przestrzelił potylicy… Było klawo, jak cholera i bardzo mi się tam podobało. Szkoda, że nie było możliwości udania się bardziej w głąb getta, ale taka eskapada mogłaby się zakończyć powrotem w plastikowym worku albo w aluminiowej trumnie. Myślę jednak, że w każdym kraju i w wielu miastach są takie dzielnice i wszędzie trzeba uważać a że na Jamajce biali są w dużej mniejszości i utożsamiani są z pieniędzmi to nie ma się co dziwić, że trzeba być czujnym, jak mówi stare przysłowie… Bądź czujny, jak pies potrójny.

IMG_5055

Na kolejny dzionek mieliśmy zaplanowane zwiedzanie plantacji kokainy, znaczy się kawusi w Blue Mountain, wizytę w miejscu, gdzie osiądę na emeryturze i zostanę naczelnym bębniarzem, czyli w Rasta Camp oraz spacerek po okolicznym lesie… ale o tym później bo i tak z tego wpisu zrobił się dość długi tasiemiec i nie wiem, czy ktokolwiek dojdzie do końca…

IMG_4975

prev
next