Zimowy Ultramaraton Karkonoski… jazda bez trzymanki

zuklogo_20163

Zostałem ultrasem, chociaż to pewnie napisane jest na wyrost, ale jestem świeżakiem ultrasem. Lecz z drugiej strony miałem za sobą jakiś epizod w Harpaganie czy start na GEZnO, czy dwa treningi na trasie Szklarska > Śnieżka > Szklarska, ale to nie było to, co spotkało mnie w Karkonoszach podczas Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego.

Słowem wstępu, dlaczego ZUK i po kiego pchałem się na drugi koniec kraju, żeby pobiegać po górach w dość ciężkich zimowych warunkach, chociaż słowo dość jest bardzo delikatnym słowem a nie chciałbym użyć słowa zaczynającego się na zaje <cenzura> e. W każdym razie było hard do kwadratu lub nawet do sześcianu. Więc dlaczego ZUK. Raz, że chciałem przetestować sprzęt, w którym wystartuję niedługo w North Pole Marathon, dwa że chciałem sprawdzić jak biega się po śniegu, trzy musiałem przetestować jak funkcjonuje organizm podczas długiego ciężkiego ponad 6 godzinnego wysiłku w ciężkich warunkach i cztery czy pod koniec dystansu będę miał jeszcze siłę, żeby przycisnąć jakieś 5 czy 6 km. Jeszcze został piąty punkt, czyli sprawdzenie jedzenia i picia na trasie i przed startem. Wszystko udało się sprawdzić i test wypadł na czwórkę z bardzo dużym plusem. Oczywiście w skali sześciostopniowej.

Na ZUKa wybrałem się w piątek z rana. O 5:50 miałem lot z GDA do WRC znaczy się do Wrocka z przesiadką w stolicy. Iwona podrzuciła mnie na lotnisko a resztę atrakcji zorganizowałem sobie sam. Samolotem rachu ciachu i dalej zaczęła się zabawa. Z dworca lotniczego do centrum autobusem 406 i tu pierwsze zaskoczenie, w sumie dwa. W autobusie można było kupić bilet za pomocą karty. Fajnie i sprawnie. Drugie zaskoczenie to fakt, że kierowca nie znał języka angielskiego i nie potrafił porozumieć się z pasażerem, który chciał kupić bilet a nie posiadał karty, tylko gotówkę. W każdym razie dojechałem do centrum, znalazłem dworzec PKS i interesujący mnie autobus, którym pojechałem do Jeleniej Góry. Kierowca był dość gburowaty, ale to tak na marginesie. Dojechałem do Jeleniej, poszedłem coś zjeść i kolejnym autobusem, znów z gburowatym kierowcą, pojechałem do Karpacza. Dlaczego tak się uparłem na tych kierowców. Pierwszy widząc moją torbę rzucił wzrokiem za drzwi w kierunku bagażnika a na moje pytanie co mam zrobić z cennymi rzeczami typu laptop, które mam w torbie, wzruszył ramionami. Dodatkowo na przystankach wysiadał i z dziką rozkoszą palił fajki a z tego co wiem, jest to zabronione. Wiem, jestem upierdliwy i marudny. Drugi natomiast na pytanie młodego człowieka, czy w autobusie znajdują się gniazdka stwierdził bardzo głośno, że gniazdka to są w domu… szkoda, że nie na drzewach. W każdym razie udało się trafić na miejsce i przed czternastą zameldowałem się w hotelu, w którym nie mogłem zapłacić kartą, podobnie jak w knajpach… Dziwny kraj… dobra, nie marudzę. Zameldowałem się w hotelu, który był naprawdę bardzo sympatyczny, poszedłem na krótki spacer, zakupy, woda, banany, cola, miodowy i następnie udałem się do biura zawodów, gdzie spotkałem kilku dawnych znajomych jeszcze ze starego squadu biegajznami.pl oraz odebrałem pakiet. Z tego miejsca chciałbym bardzo mocno podziękować Organizatorom za umożliwienie mi startu w zawodach oraz za zwolnienie mnie z opłaty startowej jako gościa i jednego z prelegentów. Dzięki! Pakiet odebrałem, dodatkowo dostałem nadajnik GPS, żeby można było mnie śledzić na trasie i pomaszerowałem grzecznie do hotelu, gdzie walnąłem się do wyrka, profilaktycznie nastawiając budzik na 16:30, gdyż na 17:00 miałem zaplanowaną prelekcję w temacie kwietniowego wyjazdu na maraton na biegunie północnym. Dobrze, że miałem nastawiony ten budzik… bo spałbym dalej…

10644548_579200335577448_5087700379778756618_n

fot. Zimowy Ultramaraton Karkonoski

O 17:00 odpaliłem laptopa i zacząłem prelekcję, która chyba wyszła całkiem sympatycznie. Tak w każdym razie mi się wydaje. Na zakończenie otrzymałem jedno trudne pytanie… czy będę jeszcze starał się rozmienić 2:30 w maratonie i czy Suchy wróci jeszcze na ulicę do szybkiego biegania… Przy dość pełnej Sali udzieliłem odpowiedzi, która chyba stała się wiążącą… Cóż… Po prezentacji ruszyłem na miasto na kolację. Wciągnąłem pizzę z browarem, wróciłem do hotelu, przygotowałem sprzęt i przed odprawą techniczną wpadłem na pogawędkę do Benka. Na odprawie Organizatorzy zaprezentowali zdjęcia z trasy i wiedziałem już, że będzie ciężej niż ciężko, szczególnie że nie potrafię biegać po śniegu, piasku oraz nie potrafię zbiegać a jak zbiegać trzeba po śniegu, to dopiero robi się słabo… jednak jak się podjęło rękawicę to trzeba zadać cios w nos. Po odprawie pogadałem z kilkoma znajomymi, których nie widziałem bardzo długo po czym wróciłem do hotelu, przepakowałem sprzęt dokonując kilku modyfikacji w ubiorze i poszedłem spać. Budzik miałem nastawiony na 5:15 i o tej porze wygramoliłem się w wyrka. Na śniadanie zjadłem banana, batonik vitargo, 0,7 l vitargo i to by było na tyle. Ze sobą wziąłem 5 żeli, 2 fiolki z kofeiną oraz dwie paczki żelków w tym jedną z kofeiną. Do picia miałem na grzbiecie w plecaku 1,5 litra izotonika. Dodatkowo w ramach obowiązkowego wyposażenia targałem ze sobą folię NRC, gwizdek, dowód tożsamości, komórkę, dodatkową bluzę, okulary oraz rękawiczki. Te dwie ostatnie rzeczy nie były obowiązkowe.

Na sobie miałem zaczynając od góry: kominiarkę Brubeck, dwie warstwy bielizny Brubeck, czyli cieniutką koszulkę z długim rękawem oraz ciepłą wełnianą bluzę,  kurtkę Inov-8 race elite softshell , rękawiczki Inov-8, gatki Brubeck, getry Inov-8 oraz spodnie wiatroodporne inov-8, które wraz z stuptutami pożyczył mi Kamil. Dzięki Kamil. Całość dopinały skarpetki kompresyjne Royal Bay Thermo oraz buty do zadań specjalnych Inov-8 Arcticclaw 300 thermo  najeżone kolcami. Tak ubrany ruszyłem na parking, gdzie czekały autobusy, które zawiozły nas na start do Jakuszyc. Teraz wiem, że byłem ubrany za ciepło, szczególnie jak chciałbym się ścigać czy mocno pobiec. Podobny zestaw zastosuję podczas maratonu na biegunie, ale będę musiał się dozbroić jeszcze jednym windstoperem, dodatkową parą ciepłych wiatroodpornych rękawiczek, czapką również z membraną i to powinno wystarczyć. Teoretycznie, bo praktycznie nie wiem, czy starczy to na porywy wiatru które sprawią, że odczuwalna temperatura spadnie poniżej 40 kresek poniżej zera… Będzie zabawa…

IMGP9146

fot. Kryspin Lubera

Do Karpacza jechało się bardzo przyjemnie. Z okien autobusu nie było widać gór, które bardzo szczelnie okrywała mgła, zapowiadało się więc bardzo krajoznawcze i sympatyczne bieganie… Na miejsce dojechaliśmy po 7 i po szybkiej wizycie w lesie za potrzebą ustawiłem się na linii startu. Punktualnie o 7:30 ruszyliśmy…

1917453_1680168495590900_3252277054780777137_n

fot. sportowezary.pl

Pierwsze kilometry luźno, w grupie, ale mimo że trasa wiodła po całkiem fajnie ubitym śniegu i po ulicy, jakiegoś wielkiego luzu nie było, dodatkowo śnieg… miejscami lekko kopny skutecznie potwierdzał moją obawę, że po śniegu to ja biegać nie potrafię. Po około 2 czy 3 km zaczął się podbieg pod Szrenicę. Tam zaczął się prawdziwy ZUK i prawdziwa walka o przetrwanie, w każdym razie jak dla mnie. Śniegu było miejscami do pół łydki a momentami jeszcze więcej, nawierzchnia ciężka utrudniająca jakiekolwiek szybsze bieganie a dodatkowo moja prawa łydka i Achilles strzeliła focha i przestała ze mną współpracować. Chwilami nie miałem żadnej ruchomości w stawie skokowym a każde wybicie się ze śródstopia powodowało koszmarny ból. Pojawiła się nawet myśl, że moja kropka, która poruszała się po ekranie komputera po dotarciu na Halę Szrenicką może przestać się poruszać i skończyć tym samym swój udział w zabawie. Stopa nie działała. Było źle. Jakimś cudem jednak udało mi się wkulać do góry, gdzie łyknąłem kubek ciepłej herbaty i ruszyłem dalej. Znałem dość dobrze topografię Karkonoszy, z wyjątkiem zimowych szlaków, więc tak jak zawsze wyznaczyłem sobie orientacyjne punkty, do których biegłem… biegłem hahahaha, dobrze powiedziane. Były to Trzy Świnki, Śnieżne Kotły, Wielki Szyszak, Przełęcz Karkonoska, Odrodzenie, Śnieżka, Przełęcz Okraj. Reszty trasy zupełnie nie znałem i było to dla mnie dużą zagadką. Po minięciu Hali Szrenickiej można było jako tako biec… chwilowo. Oczywiście nawierzchnia dalej była trudna, widoczność sięgała może 50 metrów, ale można było jako tako poruszać się do przodu.

10906518_1274271505920443_7905353792261228215_n

fot. BikeLIFE

Na tym odcinku mijaliśmy się z kilkoma zawodnikami, którzy odchodzili mi na zbiegach oraz na dość grząskich odcinkach a ja doganiałem ich i odchodziłem w miejscach, w których można było w miarę komfortowo biec. Na trawersach i na krótkich zbiegach zapadałem się w śniegu do pół łydki, ale to był tylko przedsmak tego, co będzie czekało na odcinku od Odrodzenia do wypłaszczenia między Samotnią a Śnieżką. Dobrze biegło się przed samą Przełęczą Karkonoską. Fajna szeroka, dobrze ubita droga, ta można było puścić lekko nogi i złapać trochę oddechu. To był kolejny punkt do odhaczenia w głowie i nastawienia się na podejście i walkę o Śnieżkę. Tak też było. Pierwsze kilkaset metrów od Odrodzenia w górę było jeszcze całkiem, całkiem, ale czym dalej w las tym więcej śniegu. Tam skończyło się truchtanie, marszo truchtanie a zaczęło się maszerowanie po pół łydki, po łydkę a miejscami po kolana i po jaja żyrafy w śniegu. Miałem serdecznie dość, podobnie jak moi towarzysze niedoli, którzy maszerowali za mną i dość radosnymi epitetami komentowali to, co mieliśmy pod nogami. Nie żebym narzekał, że jest ciężko, bo wiedziały gały co brały, więc lazłem i parłem naprzód, powoli, jak żółw ociężale tłumacząc sobie, że na biegunie będzie ciężej i że za chwilę będzie równia pod Śnieżką i tam będzie można pobiec… Tak sobie tłumacz chłopie… byle do wiosny, wtedy może śnieg stopnieje. W każdym razie lazło się ciężko. Jak kilka razy zlazłem ze ścieżki wydeptanej przez brnących przede mną zawodników, to zapadałem się po kolana i głębiej w śniegu. Było pysznie. W końcu po jakimś czasie udało się dokulać do okolicy równi pod Śnieżką i w dalej do Domu Śląskiego, gdzie wstąpiłem na herbatkę. Byłem już całkiem zmęczony, ale nie miałem pojęcia ile czasu biegnę, znaczy się poruszam się do przodu oraz który jest to kilometr. Wiedziałem, że trzeba będzie jeszcze wgramolić się na górę a potem będzie długo, długo w dół. Wchodząc na Śnieżkę miałem pierwszy i w sumie to jedyny kryzysik. Czułem się zmęczony oddechowo, przytykało mnie. Mięśniowo było spoko. Jakbym się uparł, to może i bym wbiegł, ale po co? Rzeźbiłem gramoląc się pod górę i oddychałem jakbym miał pół płuca albo i mniej.

IMGP9195

fot. Kryspin Lubera

IMGP9196

fot. Kryspin Lubera

W końcu wlazłem na sam szczyt z którego rozpościerał się piękny widok na całe  Karkonosze… tylko że wszędzie była mgła i widoczność, nie przekraczała 50 metrów, więc ten widok można było sobie tylko wyobrazić. Jak wlazłem, to trzeba było zleźć i tu zaczęły się schody. Ech… z przyjemnością patrzyłem na biegaczy, którzy mijali mnie, jak furmankę zbiegając z gracją. Ja brnąłem i gramoliłem się na dół, ale na prostych odcinkach czy na podbiegach, gdzie można było biec to ja ich mijałem. Dodatkowo zamarzła mi rurka od bukłaka, który niosłem na grzbiecie i musiałem sporo się namęczyć, żeby doprowadzić ją do stanu używalności. Tak się więc z kilkoma osobami tasowałem. Raz na wozie, raz pod wozem. Jako, że nie znałem tej części trasy, nie wiedziałem, kiedy będzie punkt na Przełęczy Okraj, na którym czekali na mnie Ania z Danielem, czyli moja familiada z wałbrzyskiej ziemi, którzy zawsze mi kibicują i dopingują, jak biegam w tamtych rejonach. Jak dobiegłem to Qzyn zrugał mnie jak burego psa, Anka wycałowała i tym samym pełen nowych sił puściłem się w dół do mety.

12806077_989375291117895_423037640581421547_n

jeszcze kawałek i będzie meta…

12833288_989988837723207_1568442860_n

…ale najpierw łyknę coś na odwagę

11696511_989988744389883_1929821923_n

…i ruszę dalej, przez śniegi, pola, łąki i lasy

Trasa wiodła mocno w dół, wydeptaną ścieżką, krętą, śnieżną która momentami biegła potokiem a momentami wiła się mocno wśród drzew. Było fajnie i oryginalnie. Ścieżka zmieniła się później w nudną szeroką drogę, początkowo szutrową potem asfaltową. Do tej pory wciągnąłem 4 żele, paczkę żelków i fiolkę kofeiny.

12821482_981820651911694_2849532047629224316_n

fot. Pigmej i Dea – Paweł Krawczyk

W plecaku miałem jeszcze jeden żel, ale go zostawiłem sobie na ostatnie kilometry i sytuacje w stylu co by było, jakby zaczęło mi odcinać prąd. Żeby było ciekawie, to do tego czasu nie zerkałem na zegarek… jak na niego spojrzałem miałem już w nogach 39 km i pomyślałem… jaki luz, do mety jeszcze tylko 14 km, nieco ponad godzinę… tak, jak się biegnie na luźnym treningu po dobrej nawierzchni to może tak jest, ale nie teraz i nie tu… W każdym razie, jak wiadomo, po zbiegu musi być podbieg i tak też było. Asfalt się skończył i zaczęła się leśna śnieżna droga. Tam na jednym z podbiegów poczekałem na goniącą mnie zawodniczkę i przez kilka ładnych km biegliśmy razem z jeszcze dwoma osobami. Z szerokiej drogi skręciliśmy w wąską, krętą wijącą się mocno w górę, która po pewnym czasie zmieniła się w szeroką komfortową drogę. Z tamtego miejsca do mety zostało około 6 km. Wciągnąłem żel, ruszyłem i zostawiłem grupkę z tyłu.

10325752_981820521911707_643122054983640389_n

fot. Pigmej i Dea – Paweł Krawczyk

To była kolejna część planu, czyli chciałem sprawdzić, czy da się przyspieszyć na ostatnich km biegnąc na dużym zmęczeniu. Tak, dało się i spokojnie wchodziłem na prędkości poniżej 4’30/km mając jeszcze duży luz i zapas pod butem. Przed metą do pokonania były jeszcze dwa podbiegi i zbieg z wyciągu, gdzie również starałem się dość żwawo pracować. Na metę wbiegłem na 20 pozycji z czasem 6 godzin 46 minut i 41 sekund. GPS pokazał 52,18 km podczas których spaliłem 4096 kalorii. Średnie HR wyszło 163, maksymalne 197. Na trasie nie miałem żadnego energetycznego czy mięśniowego problemu. Nie miałem żadnych skurczy i na końcu mogłem przycisnąć. Oczywiście nie biegłem w maxa, nie ścigałem się i nie miałem zamiaru się skatować. Był zapas, ale świeży nie dobiegłem. W hotelu leżałem pół godziny na podłodze a mój bezczelny gremlin wyświetlił komunikat „rusz się”…

12788076_989988374389920_1649173586_n

jeszcze wywiadzik dla radia i można…

12834534_989988294389928_1881216795_n

…utonąć w objęciach Qzyna

Start docelowy mam 9 kwietnia a po nim, jak zdrowie pozwoli, do przebiegnięcia będzie jeszcze jeden mocny maraton 4 czerwca. Wracając jeszcze do ZUKa. Były to ciężkie zawody. Najcięższe i najtrudniejsze pod względem trasy, nawierzchni i pogody, w jakich brałem udział, ale miałem nadzieję, że będzie nieco inaczej. Miałem nadzieję, że będzie zimniej, bardziej wietrznie, ale że nawierzchnia w dużej mierze będzie taka, po której będzie można biec, jednak tak czy siak było super i bardzo się cieszę, że mogłem tam wystartować.

Co się sprawdziło a co nie. Odżywianie spoko. Wersja śniadaniowa, kolacyjna czy ta z trasy sprawdziła się elegancko. Żele, żelki, iso, kofeina. Wszystko zagrało. Nie było żadnych problemów ze zgagą, bekaniem, wzdęciami, bąkami czy nieprzewidzianą akcją liść. Długi czas trwania wysiłku również jakoś mocno mnie nie pokarał. Dałem radę i mogłem przydusić na końcu. Krem do twarzy polecany przez Petra sprawdził się na 6. Rewelacja. Mam nadzieję, że w arktycznych warunkach również zadziała. Ubiór ok, ale nie do końca byłem zadowolony z wiatroszczelności kurtałki. Nie wiem jak mocno wiało na Śnieżce, ale momentami czułem, że przez softszela przechodzi wiatr i spada komfort cieplny, mimo że były to tylko momenty, ale były i na biegunie będę musiał się jakoś dozbroić w dodatkową membranę, gdyż tam to dopiero może pizgać. Bielizna super. Ciepła i przyjemna. Kominiarka spoko, szczególnie w połączeniu z kapturem, ale konieczny będzie jakiś dodatkowy beret z membraną. Rękawiczki ok, sprawdziły się idealnie, nawet jak zamokły po kilku glebach to i tak szybko wyschły nie zamrażając mi dłoni, jednak będę potrzebował czegoś cieplejszego, chroniącego od wiatru. Gatki w kwiatki super, geterki rewelacja, podobnie jak spodnie pożyczone od Kamila. Rewelacja. Materiał wiatroodporny i mgłoodporny (mgła jest mokra i moczy spodnie) sprawdził się świetnie. Skarpetki – w sumie nie wiem. Odzwyczaiłem się biegać w kompresach, poza tym nie wiem czy od śniegu czy od potu, ale miałem lekko wilgotne stopy, a to nie powinno się zdarzyć, więc pewnie pójdę w krótkie wełniane skarpety. To jednak jeszcze muszę przemyśleć i przetestować. Podobnie z okularami. Zwykłe letnie nie sprawdziły się. Myślę, że trzeba będzie ganiać w narciarskich goglach, chyba że te, które idą z Chin zdążą przyjść na czas i okażą się dobrze trafionym produktem. Buty… tu można się rozpisywać godzinami. Inov-8 produkuje okrutne buty, które potrzebują okrutnego podłoża. Są idealne do ciężkich zadań. Śnieg, lód, myślę że piach i las ale taki zwykły las, lecz taki przez duże „L” gdzie nie ma jakiejkolwiek przebieżności to miejsce w jakim się odnajdą idealnie. Jestem z nich bardzo mocno zadowolony. Nie miałem ani połowy pęcherza, odcisku czy czegoś innego a biegłem w nich dopiero drugi raz.

Inov-8-ArticClaw-300-Thermo_664_1_1329

Jak ktoś szuka bezkompromisowych butów do zadań specjalnych to to jest to but właśnie do tego stworzony. Z tego miejsca chciałbym bardzo mocno podziękować Krzyśkowi z Inov-8 za udostępnienie mi sprzętu, w którym mogłem startować na ZUKu oraz w którym będę mógł startować na pozostałych imprezach w sezonie oraz firmie BRUBECK która ubrała mnie w bardzo ciepłą i przyjemną bieliznę a także wszystkim, którzy mnie wspierali i wspierają w mojej drodze na biegun. Ukłony dla firmy CellFood Polska za dawkę tlenu w kropelkach, która również bardzo fajnie wspomaga mnie w moim treningu biegowym. Walka trwa!

Żeby nie było, że to jeszcze koniec, to w niedzielę wraz z familiadą udaliśmy się do Wrocławia, gdzie Daniel z Gangiem Różowych Misiów startował na dychę a tym razem ja występowałem w roli kibica. Było miło i sympatycznie a fakt szukania knajpy przez godzinę lub jakoś tak dodatkowo sprawił, że był to bardzo udany i wesoły wyjazd. Takie wyprawy lubię.

3509_1161157567268136_8325144851284787105_n

Misie pysie

Jeszcze dwa zdania w temacie biegania po górach. To trzeba umić robić albo raczej umieć. Żeby być mocnym w górach trzeba być mocnym na zbiegach a nawet bardzo mocnym. Na podbiegach również trzeba mieć mocne kopyta, ale z tym wiele osób biegających ulicę spokojnie może sobie poradzić. Ze zbieganiem jest gorzej. Podobnie, jak bieganie w sypkim śniegu. Tu mają przewagę osoby z orientacji, co doskonale potwierdził Pasza, który dobiegł na drugiej pozycji. Ulicznicy biegający wysoko ze śródstopia niestety będą mieli tu duże problemy. To zupełnie inna specyfika biegania, inny rodzaj wysiłku, praca jest bardziej zmienna a nie jak na szosie, gdzie w dużej mierze wystarczy włączyć tempomat i zatrzymać siły na finisz. Tu cały czas coś się dzieje a czas pracy trwa długo a nawet dłużej. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek po startach na ulicy bolały mnie ręce czy plecy. Teraz bolą, chociaż dość dużo czasu poświęcam na sprawność i siłę. Najwidoczniej jednak za mało… Ultra ma jeszcze jedną dużą przewagę nad szosą. Klimat, atmosfera, ludzie. Nie ma tu takiego ciśnienia, presji, parcia czy agresji jaka jest na ulicy. Jest duży luz, dystans i świetna przyjacielska atmosfera. Od samego początku byłem pod wielkim wrażeniem serdeczności osób, które organizowały ten bieg, które stały na trasie i czuwały nad bezpieczeństwem i organizacją. Było super. Dzięki!!!

PS. droga powrotna nie obyła się bez niespodzianek. Wracałem IC Wałbrzych > Wrocław, potem 406 Wrocław > Lotnisko i LOT Wrocek > W-wa, W-wa > GDA. To, że lot miał opóźnienie ponad 30 minut to pikuś, ale że moja torba została w Warszawie to inna sprawa… teoretycznie kurier ma ją przywieźć do mnie… ech ten nasz LOT… Przede mną w biurze reklamacji stał młody człowiek, którego bagaże (2 walizki) również nie dotarły na miejsce, lecz miał trochę więcej pecha niż ja, bo leciał z Australii a walizki zostały w Perth… nie zazdroszczę.

PS 2: jak pojawią się jeszcze inne foty w sieci, które będę mógł podwędzić i wkleić do mnie, oczywiście po ich podlinkowaniu to powrzucam, bo może w małej części oddadzą warunki które były na ZUKu.

prev
next