Perth, Quoka i takie tam…

Uwaga. Wpis zawiera niecenzuralne słowa, które mogą kogoś obrazić lub doprowadzić czytelnika do stanu, z którego ciężko będzie mu samemu się wydobyć. Żeby nie było potem… przestrzegam. Jestem w pełni świadomy i doskonale zdaję sobie sprawę, że mogę dostać „bana” jak mój „antysocialowy” Qzyn. Myśl przewodnia – na pohybel!

img_9728

anty kwoka front

Tyle tytułem wstępu.

Całe szczęście, że ten nieszczęsny makaron się skończył. Specjalnie użyłem słowa makaron, bo wił się on okrutnie długo, zresztą jak ostatnie moje maratony. Nie wiem, czy to starość, czy lenistwo czy cholera wie co, ale czasy ostatnich moich startów to jakaś masakra. Co prawda od ostatniego szybkiego maratonu, który pobiegłem we Frankfurcie w 2012 roku, pozostałe były rozgrywane w dość dziwnych zakątkach naszego globu, więc wyniki były sprawą drugo a nawet trzeciorzędną. Brzmi to, jak usprawiedliwienie, ale co mam powiedzieć. Majorka… gorąco, chociaż w miarę szybko bo 2:36. Bangkok… masakryczna masakra i najbardziej odchorowany maraton w życiu i 2:51 na mecie. Jamajka… zapalenie Achillesa + karaibskie słońce i 3 z jakimś ogonkiem, Spitsbergen run for fun na luźnej nodze bez spinania się i spektakularna wygrana z czasem chyba 2:54. Perth… wiadomo. A zapomniałem. Po drodze był jeszcze Lyon i 2:41 w biegu na jednym płucu z kolką gigantem. Cos trzeba z tym zrobić i jest na to plan. Długoterminowy, ale jest, tak z resztą powiedziałem na wykładzie podczas tegorocznego ZUK’a a jak coś powiem to się tego trzymam. Będzie bolało, ale cóż. Życie a nic nie boli, tak jak życie…

OK. Wracamy do urlopu.

Dopóki w paczce ostatnia szluga

Dopóki jest sara na setkę

Dopóki kochają Cię dziewczyny

Dotąd życie jest świetne

 img_9840

Niedziela będzie dla nas… pobiegliśmy, poszliśmy na stejki, piwo i zaczęliśmy kombinować co by tu zrobić dnia następnego. Ja chciałem zaatakować wyspę pingwinów, ale w demokratycznej demokracji która panuje w naszej autorytarnej grupie mój pomysł został zmieszany z pingwinim łajnem. Później i tak postanowiłem na swoje i wszyscy oglądaliśmy pingwiny, co prawda w Sydney, ale pingwiny były. Na poniedziałkową wycieczkę wybraliśmy się więc do Rottnest Island i to promem.

 img_9740

uwaga – pociąg !

img_9672

nasza motorówka

img_9675

…troszkę bujało

To znaczy najpierw autobusem, potem pociągiem i na koniec promem. Było fajnie, szczególnie że cała drogę na promie przegadałem z sympatyczną ciocią z Australii, ech ten mój urok osobisty… Aha, może dlaczego akurat ta wyspa. Dlatego, że Qzyn wyczytał, że mieszkają tam wombaty, setki a nawet tysiące wombatów, które można kiziać, karmić z ręki i smyrać po głowie. Te wombaty okazały się Kuokami krótkoogonowymi, czyli ssakami z rodziny kangurowatych, jedynymi przedstawicielami rodzaju kuoka. Występują one w południowo-zachodniej Australii oraz wyspach Rottnest i Bald, gdzie ich populacja jest liczniejszy niż na kontynencie. Taka sytuacja. Te kwoki to nic innego, jak wielkie szczury z torbami na brzuchu, które poruszają się, jak kangury. Tak, więc popłynęliśmy na wyspę kwoki i faktycznie, kwoki były wszędzie.

img_9738

stwór

img_9775

dwa stwory – potwory

img_9776

jak dwa stwory skumają się razem, to potem mamy trzeciego stwora…

Tu i tam. Skakały, łaziły i nic nie robiły sobie z turystów, którzy na potęgę robili im foty. Taka atrakcja. Zwiedziliśmy część wyspy, kawałek plaży, zamkniętą latarnię morską, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do Perth oczywiście z przygodami, bo postanowiliśmy przebukować nasz prom na godzinę wcześniejszą i odbijaliśmy się od kas przez informację, infolinię na prawie kapitanie kończąc.

img_9755

zdrowe żarcie – ever !!!

img_9726

jeden z nudniejszych, bardziej monotonnych widoków

W końcu udało się i wróciliśmy na ląd, gdzie pokręciliśmy się trochę po mieście i wróciliśmy do hotelu. Na wtorek mieliśmy zaplanowany lot do Sydney… zapowiadała się więc zielona noc.

 

Szlugi, wóda, gołe baby – I kręci się świat

Kto tego nie wytrzyma – Niech go trafi szlag

 

Wtorek… rano śniadanie, pakowanie, zostawienie walizek w hotelowym korytarzu i dzida na miasto. W planach była wyspa kangurów, bo oczywiście nikt (oprócz mnie) na żywo kangura nie kiział po głowie, więc każdy chciał to zrobić. W tym dniu byliśmy typowymi Polakami cebulakami i Januszami w klapkach kubota z białymi skarpetkami. Jeździliśmy po mieście komunikacją miejską za darmochę okazując nasze przeterminowane bilety – identyfikatory uczestników WMAC.

img_9777

pozdrawiamy wszystkie piękne kobiety, które nas kochają i uwielbiają 

Oczywiście graliśmy przysłowiowego wariata, że niby nie wiedzieliśmy, że już nie działają… Pocisnęliśmy busem do miasta i ruszyliśmy w poszukiwaniu zwierzaków, które przeczuwając co je może czekać, pochowały się w leśnych zakamarkach. Jak kangury zostały dostrzeżone przez czujne oko Iwony i Daniela zaczęło się… masakra. Współczuję im. Kizianie, mizianie, selfi, głaskanie i karmienie… bananami, bo tylko banany Iwona miała pod ręką. Ech. Jestem ciekaw, czy nie dostały po nich sraczki, jak ja.

img_9648

achtung – snejki !

img_9804

…a małpie damy banana

img_9806

Suchy i sarna zwana kangurem

 

Zamiast klęczeć w kościele

Wygodnie siedzę w knajpie

Nie chcę miłego życia

Telewizor i kapcie

 img_9818

stadion krykieta w Perth na moim tle

img_9813

niestety nie wiem, co to za Pan, ale pewnie jakiś sławny sportowiec grający w krykieta

img_9827

taka sytuacja… wiedzą co robią 

img_9835

turyści z Polski

img_9838

Kangury odhaczone. Ja drugi raz, Iwo, Ann i Daniel pierwszy raz w życiu… ech Ci miastowi ludzie. Nie to, co ja Kaszub z nadmorskiego królestwa. Poszliśmy do miasta poszwędać się bez celu. Pojechaliśmy jakimś autobusem, oblookaliśmy stadion do krykieta, wciągnęliśmy jakiś obiad na mieście, kupiliśmy kolejne sto pamiątek i wbiliśmy się znów do darmowego autobusu w celu zabicia czasu. Samolot do Sydney mieliśmy o 22:50. Ja w busie zasnąłem, Daniel chrapał, Iwona zgrzytała zębami a Ann nas pilnowała… Wróciliśmy do hotelu, zabraliśmy walizki i ruszyliśmy na lotnisko, gdzie wygodnie się rozłożyliśmy na kanapach. Ja oczywiście jako kierownik naczelny wyprawy poszedłem nas odprawić on lajn bo żadna apka zainstalowana w ajfonie nie chciała się podjąć tego zadania. Znalazłem więc maszynę i metodą prób i błędów po wciśnięciu kilku przycisków otrzymałem 4 bilety i uwaga… tylko dwa kwitki na walizki. Dla Ann i dla mnie. Reszta załogi kwitków nie otrzymała. Kwitki wziąłem w garść i dziarskim krokiem wróciłem do naszego obozu, gdzie rozdałem fanty. Profilaktycznie przeczuwając nadchodzące zagrożenie zasugerowałem, żebyśmy poszli do kogoś mądrzejszego i zapytali się dlaczego dostaliśmy tylko dwa kwitki a nie cztery… Oczywiście moja mądra, przewidywalna i jakże mocno uzasadniona rada została w brutalny sposób zignorowana. Moja kochana małżowinka stwierdziła, że przy odprawie ogarniemy temat, Qzyn jej przytaknął… (i Ty Brutusie przeciwko mnie!!! – widzisz zemściło się, musiałeś biec przez cały terminal jak dziki dzik hahahaha). Takkkk, więc do odlotu mieliśmy dużo czasu, więc poszliśmy coś niezdrowego zjeść i oblookać co i jak. Tzn Qzym pierwszy oblookał i wynalazł naszą bramkę, gdzie (teoretycznie) mieliśmy mieć odprawę… wróciliśmy z kanapkami a ja dalej zagłębiałem się w literaturze. Zabrałem ze sobą na wyjazd trzy książki i wszystkie trzy przeczytałem. Czas mijał i mijał… a do boardingu zaplanowanego na 22:25 zostawało coraz mniej czasu.

virgin_australia_mustangsally

Po 22 zabraliśmy graty i ruszyliśmy przez całe lotnisko do naszego gejtu a tam… czarno, cicho, pusto, smutno… zero jakiegokolwiek żywego ducha. Nic. No cóż… ktoś, nie będę mówił głośno kto, powiedział, że spoko… że jak nasz boarding idzie o 22:25 (kończy się!!!) to zdążymy. Ja generalnie zlałem temat, nie będę się ZNÓW wychylał, i pogrążyłem się dalej w czytadle. 22:15… sza, cicho sza, czas na ciszę… 22:18… bez zmian… 22:19 Ann zaczęła miarowo przebierać martensami i chyba jako jedyna (oprócz mnie) zorientowała się, że coś śmierdzi i jest nie tak, jak być powinno… alert… red alert… Ruszyłem więc swoje cztery  litery z wygodnej podłogi i pomaszerowałem z Ann do pani w czerwonym kubraczku w celu zasięgnięcia informacji… Uhuhu… Pokazałem bilet i zapytałem się o co chodzi… Pani zerknęła na bilet raz, drugi, trzeci i powiedziała, że…. Mamy problem. WTF?! Mamy taki problem bo nasza bramka, którą znalazł – nie powiem kto – okazała się być bramką międzynarodową a nie krajową i terminal, który znalazła – nie powiem kto – okazał się być międzynarodowy a nie krajowy… czyli mogliśmy czekać i czekać i czekać… Więc, pani w kubraczku powiedziała, że raczej nie zdążymy na nasz samolot, bo boarding właśnie się skończył… ale mamy gnać jak dzikie parówki i dowiedzieć się na krajowym terminalu, czy nas jeszcze zdążą odprawić, więc pognaliśmy. Bramka, w której miała być nasza odprawa była pusta… obsługa się zabierała, pakowała manatki i jak nas zobaczyli to byli lekko zaskoczeni. Samolot był gotowy, zapakowany bagażami, ludźmi i czekał do odlotu. Stewardesa głównodowodząca tym bałaganem wykonała kilka telefonów, zabrała nasze bagaże i kazała biec ile sił w nogach na sekjuriti kontrol… Pobiegliśmy… ja musiałem się cofnąć, bo pani zabrała mi bilet, więc było dodatkowo wesoło. Słychać było tylko stukot martensów i dyszenie zadyszanych turystów z Polski… kontrolę bezpieczeństwa przeszliśmy bardzo szybko i sprawnie i władowaliśmy się do samolotu… który był już pełen pasażerów. Byliśmy ostatni, ale jak to się mówi ostatni będą pierwszymi. Amen. Udało się, ale… w trakcie tego zdarzenia została popełniona karygodna zbrodnia na ludzkości. Gorzej… nikt nas nie wylegitymował z żadnych dokumentów tożsamości… mogliśmy być terrorystami poszukiwanymi przez ABWCBACIAFBIUOP i … no dobra, dobra. Czepiam się szczegółów. Ruszyliśmy do Sydney… 5 godzin lotu, 3 strefy czasowe, jakieś 4 tysiące kilometrów na wschód…

beznazwy-1

 

Zapie<cenzura> cały tydzień

Nie po to by nudzić się

Nie wiem czy mnie rozumiesz

I ch<cenzura> obchodzi to mnie

Ten brzydki cytat pochodzi z brzydkiej piosenki pod wdzięcznym tytułem” woda ognista, papierosy, nagie kobiety”…

prev
next