Korean Demilitarized Zone – on tour

źródło: www.upi.com

Chłopa pług zamieni się w miecz, robotnika młot będzie karabinem, stworzą razem oddziały szturmowe… czy jakoś tak. Może trochę „nie w tą stronę” skierowany jest ten cytat, ale globalnie patrząc można śmiało powiedzieć „jeden pies”. Najdobitniej jednak całe sedno tego kraju, kierunku, w którym patrzy Wódz, Dżucze, a może tamtejszy Fuhrer oddaje flaga narodowa, na której widnieje czerwona gwiazda na białym kole oraz niebieskie pasy.  Owa czerwona pięcioramienna gwiazda wprowadzona przez Kim Ir Sena oznacza komunizm i tradycje rewolucyjne. Usytuowanie jej na białym kole, nawiązuje do chińskiej filozofii symbolem yin-yang, z którą wg wujka Kima współgra ten symbol a biel, jak wiadomo jest narodową barwą Koreańczyków. Czerwony kolor w środku flagi oznacza patriotyzm… Jakże piękne słowo, szczególnie w tym kontekście… a dwa niebieskie pasy na górze i dole flagi oznaczają „Marzenia ludu Korei, by zjednoczyć się z rewolucjonistami całego świata w walce o dobrobyt, przyjaźń i pokój.” Amen!

Dobra. Koniec tej indoktrynacji politycznej, którą jest karmiony cały świat. Ja z mojego miejsca współczuję jednym i drugim. Jedni i drudzy mają delikatnie mówiąc przerąbane i sam nie wiem którzy bardziej. Czy ci z południa, czy ci z północy. Pewnie wydaje się, że ci z południa, bo Wujaszek Kim ma zapędy destrukcyjne i w każdej chwili może wcisnąć czerwony guzik, tym samym puszczając z dymem braci z południa… ale w swojej ojcowiźnie niestety wprowadził (tak mówią ludzie…) terror gorszy niż w niemieckiej III Rzeszy. Tam (podobno) za byle puszczenie bąka nie w tą stronę można trafić do obozu. Tak przynajmniej mówią ludzie… czy tak jest nie wiem. Tak samo nie wiem ile w tym jest prawdy a ile indoktrynacji i propagandy, ale… pewnie coś w tym jest. Kto pojedzie do Korei będzie wiedział o czym mówię a kto zahaczy o DMZ (The Korean Demilitarized Zone) będzie wiedział o czym piszę. 

Do DMZ nie można pojechać sobie ot tak samochodem czy pociągiem. Nie da rady. Jak sama nazwa wskazuje to strefa zdemilitaryzowana, więc to daje do myślenia. Żeby tam się udać, a uważam, że warto, należy oczywiście kupić sobie wycieczkę… taaaak, skąd ja to znam… Tysiące turystów walą tam drzwiami i oknami a raczej autokarami, nakręcając lokalny biznes. Nie twierdzę, że to złe, wręcz przeciwne, ale coś mi się wydaje, że i jedna i druga strona macza w tym palce. To oczywiście tylko moja hipoteza i przypuszczenie, czcze gdybanie, ale patrząc z boku… gdyby tylko jedna strona na tym zarabiała to druga, ta bardziej agresywna, zaborcza mogłaby tak na to patrzeć gnijąc i żyjąc w biedzie jedząc pomalowaną zieloną farbą trawę…??? Powtarzam, to tylko moje przypuszczenia, ale … dlaczego na linii można kupić północnokoreańską wódkę w południowokoreańskim opakowaniu? To i inne rzeczy dają do myślenia… Nie istotne. 

Wracając do samej wycieczki, to… wykupić ją można w biurze podróży. Należy wejść na stronę, wybrać interesującą nas opcję, wpisać dane, min. numery paszportów, zrobić przelew i załatwione. Wszystko odbywa się sprawnie, szybko i bardzo precyzyjnie. Oczywiście czym droższa wycieczka tym więcej atrakcji i miejsc do zwiedzania, więc warto położyć trochę więcej Wonów i wybrać opcję delux. Myśmy taką wybrali i za „jedyne” 130 000 Wonów za osobę (około 450 zł) pocisnęliśmy na spotkanie wojowniczego ludu z północy. Oczywiście, żeby nie było to takie łatwe, proste to na maila otrzymaliśmy całą instrukcję obsługi co można a czego nie można na siebie przyodziać, żeby tylko nie sprowokować chłopaków z pod znaku czerwonej gwiazdy do rozpętania czwartej nuklearnej wojny światowej…  i taki na ten przykład „dress code” wyglądał następująco:

The dress code for Panmunjom is as follows:
No Shorts – for the skirt/
dresses they need to be about knee length./
No sandals, flip-flop or slippers /
No t-shirts; must be collared shirts/
Civilian clothes preferred /
Jeans accepted with no holes /
No Tank tops/
No exercise clothes
No Stretch pants/tights
If you break out this rule of dress code the escort soldier might not allow you to continue the tour to the JSA.
Cameras up to, but not exceeding 90mm are allowed.

…takie buty. Wojna to wojna i nie można latać po placu z gołymi kolanami i świecić strażnikom cyckami po oczach. W ramach naszej opłaty startowej wycieczkowej organizator zapewnił nam następujące atrakcje: 

Seoul Koreana Hotel(08:50) → Reunification bridge → JSA tour (Slide briefing, Freedom House, Panmunjom (Conference Room), 3rd Post Observatory) →Imjingak Park → Lunch→ DMZ tour( the 3rd Tunnel, Dorasan train Stn. and Dora Observatory) → Seoul Koreana Hotel(17:20pm).

Czyli spotkanie w hotelu, weryfikacja paszportów, wizyta na „Moście bez odwrotu”, zwiedzanie JSA (Joint Security Area)  i sławnego niebieskiego budynku, Punktu Obserwacyjnego z widokiem na… pole minowe, park, przerwy na całkiem smaczny koreański posiłek, oraz zwiedzanie sławnego Trzeciego Tunelu i Dworca Kolejowego „Dorasan”. Dużo miejsc, bardzo szybkie tempo zwiedzania… ale mimo ciągle popędzających nas Koreańczyków było fajnie. Warto.

…ale od początku. Zbiórka miała miejsce w Korean Hotel na bodajże szóstym piętrze. Po weryfikacji paszportów i sprawdzeniu, czy nie mamy gołych kolan, strojów wojskowych i czy nie wnosimy aparatów z obiektywami powyżej 9000000 mm otrzymaliśmy „bilety” do autobusu, którym pojechaliśmy na północ. Ahoj przygodo. Niezłomny jest związek… zbieraczy gałązek cisnęło się na usta… Autokar był full. Międzynarodowe towarzystwo… Ruszyliśmy… oczywiście włączyłem GPS’a żeby było wiadomo gdzie byliśmy i czy nikt nas w ciula nie zrobił wywożąc w bliżej nieokreślone miejsce. 

Dojechaliśmy do wojskowego posterunku, do którego droga wiodła mostem, na którym znajdowały się zasieki przeciw czołgowe, drut kolczasty i miliard żołnierzy. Barykady były tak sprytnie ustawione, że autobus musiał lawirować między nimi niczym narciarz podczas przejazdu w slalomie gigancie. Kontrola paszportów, oglądanie naszych brzydkich facjat i dalej… kolejny posterunek… i to samo. Żołnierze musieli sprawdzić czy my to my… Jest w końcu wojna… Oczywiście żadnych zdjęć a każdy focił z ukrycia… 

Dojechaliśmy do jednostki wojskowej, gdzie zaparkowaliśmy nasze bolidy. Tam żołnierz o wdzięcznym nazwisku Martinez w słonecznych okularach, żując gumę z wielkim luzem w kroku powiedział nam, że będzie naszym przewodnikiem i mamy się go słuchać. Powiedział, że czuje się tu jak na wczasach i generalnie mu się …nudzi. Jest sielanka. Oprowadza turystów i pilnuje pokoju… Oczywiście Martinez był Amerykaninem. Jest wojna ! 

Martinez zwany Marcinem (fota powyżej), zaprowadził nas do budynku, gdzie odbyła się odprawa, szkolenie i krótka lekcja historii podczas której tłukli nam do łbów jaka to zła jest Korea Północna i jacy tam bandyci, agresorzy, tyrani, chuligani i awanturnicy mieszkają. Samo zło… Tak. Kilkanaście kilometrów od nas czaiło się samo serce światowego zła. Komunistyczne czerwone żarłacze czyhające aby zagrozić światowemu mirowi i ładowi. Naszym celem jest komunizm! Tfu. Dżuczeizm czy jakoś tak. Dżucze. Tak miało być. Oczywiście specjalnie to przebarwiam i koloryzuję, żeby nikt przypadkiem nie myślał, że trzymam z chłopakami z północy, ale waśnie w taki a nie inny deseń są przedstawiani północni Koreańczycy. Tak zwane pranie mózgów. Przypomina mi to pranie mózgów w szkole podstawowej, kiedy na lekcji muzyki śpiewaliśmy międzynarodówkę czy inne piosenki na czerwone kopyto… oczywiście wtedy samo zło było na zachodzie… jadowite, imperialistyczne bestie czekające by zadać cios socjalistycznemu dobrobytowi… masakra. 

Oczywiście chłopaki dowodzący na północy mają delikatnie mówiąc zryte berety co chwilę testując nowe fajerwerki i kombinując na prawo i lewo, bardziej na lewo, jak tu zrobić ogólnoświatową awanturę, ale średnio do mnie trafia taki przekaz, z jakim miałem tam  do czynienia. To oczywiście moje osobiste spostrzeżenie i nie każdy musi się z nim zgodzić. 

Podczas prelekcji o światowym sercu zła dostaliśmy do podpisania kwity, że godzimy się przyjąć nuklearną rakietę na klatę i mamy świadomość, że chłopaki z północy mogą urządzić sobie na nas polowanie. Jest przecież wojna !


Po takiej krótkiej lekcji historii mieliśmy lepszy obraz tego, co nas czeka i mogliśmy ruszyć na tourne… ale oczywiście po przerwie na zakupy. Najpierw wydajemy wony, kupujemy koszulki, plecaki, plakietki, stempelki, broszurki, wódeczkę, winko… made in north korea und south korea a potem dopiero w tango z Marcinem. 

Wracając jednak do początku… Dwa zdania w temacie historii. Czym jest ta cała DMZ, czyli Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana. To jak sama nazwa wskazuje strefa zdemilitaryzowana, czyli strefa bez militariów… Powstała w 1953 roku na mocy porozumienia z Panmundżom (to skopiowałem z Wikipedii). Strefa zdemilitaryzowana rozcina Półwysep Koreański pasem rozciągającym się po obu stronach linii demarkacyjnej o szerokości 4 km i długości 238 km, przebiegającym w przybliżeniu wokół 38 równoleżnika. Rola strefy polega na ograniczeniu fizycznego i wzrokowego kontaktu sił (hahahahahahahaha) obu stron, co ogranicza incydenty i prowokacje, a więc zapobiega niekontrolowanemu wznowieniu konfliktu. Strefa nie może odegrać jednak żadnej roli, jeśli chodzi o uchronienie stron przed niespodziewaną agresją. Wynika to z faktu, że paradoksalnie po obu stronach wąskiej strefy mamy do czynienia z najbardziej zmilitaryzowaną przestrzenią we współczesnym świecie, w której zgromadzono milionowe armie wyposażone w najnowocześniejsze środki rażenia, w tym broń nuklearną, biologiczną i chemiczną oraz środki jej przenoszenia. W Strefie Zdemilitaryzowanej znajduje się największe na świecie pole minowe (to też skopiowałem z Wikipedii). Więc zostaliśmy na własną prośbę, za własne pieniądze wysłani na wojnę. Wojna ! >>> RAJ DLA TYSIĘCY TURYSTÓW przewijających się tam każdego dnia z wyjątkiem poniedziałku… 

JSA. Zamieniliśmy autobusy, bo te którymi przyjechaliśmy były cywilne a cywilne pojazdy nie mogą kręcić się na wojnie, i pojechaliśmy zobaczyć co dzieje się za rogiem. Przejechaliśmy obok specjalnego propagandowego miasta, którego sensu istnienia nie rozumiem (jest takie na południu i północy) … i ruszyliśmy dalej w stronę JSA. Ściśle tajnej bazy, miejsca gdzie GPSy gubią sygnał i faktycznie coś dziwnego się stało z moim gremlinem i nie jest to ściema. Na około godzinę przestał działać zegarek… Zatrzymał się na danej godzinie i nie trybił. Przypuszczam, że jest on sterowany GPS’em i teoretyzuję, że tam sygnał jest zagłuszany, a może mi się tak wydaje i po prostu zegarek strzelił focha… ? 

Tam było git. Byliśmy na samej granicy między Koreą Północną a Południową. Powiem więcej, przekroczyliśmy ją… 

 Tak to wyglądało z naszego punktu widzenia. Poważni i smutni panowie w okularach słonecznych, prężący swoje muskularne ciała na koreańskim słońcu a po drugiej stronie… dumnie maszerujący komunistycznie żołnierze… a w tle wycieczka. Można powiedzieć konkurencja… Tak. Tam też są organizowane takie same wycieczki i pewnie tak samo tam wpaja się wszystkim do głowy, że ci z południa to samo zło…

Tak to wygląda od środka i z zewnątrz… W środku niebieskiej chatki znajduje się stół obrad, gdzie obradują i dyskutują jedni z drugimi… teoretycznie a panowie w mundurkach strzegą pokoju. Zaciśnięte pięści słoneczne okulary. Wygląda groźnie… a najlepsze jest to, że każdy robi sobie z nimi selfi i foci na potęgę. 

 

Oryginalne miejsce i bardzo oryginalny widok, w miejscu gdzie GPSy są zagłuszane ? Wojna. OK. Ten punkt wycieczki zaliczyliśmy i pojechaliśmy dalej.

Na Most Bez Odwrotu. Miejsce, gdzie stoi most łączący północ z południem. Kiedyś służył do wymiany jeńców i agentów między sąsiadami, dziś nie działa. Pilnuje go kilku strażników, którzy czujnym okiem strzegą, by nikt na niego nie mógł wejść… Zaraz obok znajdowały się kawiarenki, park, pomniki, tablice informacyjne, flagi południowe, wstążki, wstążeczki i inne dziwne dziwactwa pokazujące, ja południowcy są super i jak bardzo im zależy na pojednaniu… świr bajer. Nie wiem, ale do mnie to jakoś nie trafia… może jestem inny… 


Kolejnym punktem wyprawy był punkt obserwacyjny „Dora Obserwatory„. To dość ciekawe miejsce, z którego rozpościera się widok na Koreę Północną… pola, lasy, góry, pole minowe i wielki maszt z jeszcze większą flagą. Jak historia donosi to południowcy postawili sobie maszt, jakieś 100 m wysoki na którym powiesili swoją flagę… dlatego, żeby wkurzać tych zza miedzy, lecz ci nie pozostali im dłużni. Postawili jeszcze wyższy maszt bo wysoki na jakieś 160 metrów, na którym powiesili jeszcze większą flagę, która waży bagatela… uwaga… trzysta kilo. Tak – 300 kg !!! Tu propaganda działa z drugiej strony. To my jesteśmy najlepsi i najwięksi. To my jesteśmy naj ! Nie wy… maluczcy… OK flaga flagą, ale jest jeszcze lepszy temat. Wiadomo punkt obserwacyjny służy do tego, by z niego obserwować, a ja można z niego obserwować to automatycznie przyciąga turystów, więc… chłopaki z północy ustawili przy samym punkcie ileś tam głośników, z których 24/24 puszczana jest propagandowa muza. Nie ma litości. Non stop. Taka sytuacja.

Robi wrażenie i wjeżdża na psychę… współczuję służącym tam żołnierzom. Non stop muza i to militarna wojskowa, w której pewnie wokaliści opiewają dobrodziejstwa komunizmu, dżucze i podobnych klimatów. Na filmiku trochę to słychać, ale w realu to robi mega wrażenie. Wojna!!!

Dorasan Station… najbardziej na północ wysunięta stacja kolejowa w Korei Południowej. Są w niej kasy, poczekalnie, świecą się rozkłady jazdy (ale po co?) i nie można robić zdjęć z zewnątrz… Na stację przyjeżdżają pociągi z Seulu, oczywiście z turystami, ale na północ nikt nie pojedzie… Podobno były plany, żeby jeździły z niej pociągi do Korei Północnej, ba nawet jest oficjalna tablica z hasłem „To Pyongyang”… tylko znów nasuwa się pytanie… po co ? Stacja jest położona obok obserwatorium Dora i bardzo dobrze słychać z niej muzę puszczaną przez braci zza północnej granicy. Ciekawe miejsce… dziwne i jak na moje oko kolejna południowa propaganda… Łączmy się wszyscy razem, pokażmy jacy jesteśmy otwarci, ale czy to nie jest robione na pokaz? Nie wiem sam, co mam o tym myśleć…


Trzeci tunel… to jest dopiero akcja w stylu hard. Tunel według tych z północy to kopalnia węgla… oczywiście to ściema, bo to tunel do podziemnej inwazji na Seul. Tak… takich tuneli jest kilka. Niby odkryto tylko cztery… ale kto wie ile ich jeszcze jest. W tunelu nie można robić zdjęć. Komórki i aparaty oddaje się do depozytu a robienie zdjęć grozi konfiskatą aparatu. Zjeżdża się do niego w dół specjalnym pociągiem i lezie w dół aż do końca… tam znajdują się (podobno zaminowane) drzwi, betonowe zapory, kamery i … nic więcej. Jest ciasno, wąsko i z każdej strony kapie woda. Takim tunelem, jak donoszą uciekinierzy z północy, mogło w ciągu godziny wybiec na drugą stronę ponad 30 000 żołnierzy. Oczywiście trzeba tą liczbę podzielić na pół, czy jeszcze na pół… ale sam pomysł i sam fakt robi wrażenie. Wystarczy sobie wyobrazić, że nagle znikąd, w samym sercu Seulu, spod ziemi wyskakuje x tysięcy zielonych ludzików z gromkim uraaaaaaa na ustach… WOJNA !!!

 Poniżej tack z dżipiesa… ściśle tajne. Chyba mnie za to nie zamkną…  

 

Podsumowując wypad do DMZ… wycieczka fajna. Bardzo oryginalna, ciekawa. Trochę przypominająca to, co działo się u nas X lat temu, kiedy okupowali nas Sowieci i dyktowali swoje prawa. Może nie dosłownie, ale przez pryzmat indoktrynacji i propagandy. Jedni gadają na drugich. Mnie to akurat drażniło, co można doskonale odczytać w tym poście. Nie lubię jak wbija mi się na siłę coś do głowy i mówi, że czarne jest białe a białe jest czarne, czy jakoś tak. Propaganda jest tu zauważalna na każdym kroku. My jesteśmy dobrzy a oni są źli. Oczywiście nikt nie jest święty, ale odczułem, że złem jest cała Korea Północna a nie tylko wybrane elity rządzące tym krajem… To trudny temat, bo nie ma zwrotki i nie będzie jasnej i przejrzystej zwrotki od drugiej strony z wiadomych względów. Jest jak jest. Jedna strona trzyma drugą stronę w szachu i mówi… nie pomożecie nam, nie dacie nam ryżu, kasy, stali to my w was pierdykniemy atomem i będziecie mieli… To słabe rozwiązanie i prędzej czy później obróci się w drugą stronę, ale jakim kosztem… Z drugiej strony jednak widać „pseudo” chęć pojednania. Taka chęć na siłę, w świetle jupiterów i kamer na oczach milionów turystów, którzy wierzą w to co się im pokaże… Podobne miałem odczucia rozmawiając z wieloma osobami z całego świata podczas moich wypadów na północ. Ludzie z USA, Australii, Portugalii czy Kanady średnio są rozeznani jak było w Polsce i jak jest. Widzą tylko to co im media pokażą i mało kto drąży co, jak, kiedy i dlaczego… a ja uważam, że zawsze warto wysłuchać drugą stronę i starać się zobaczyć daną sytuację oczami właśnie tej drugiej strony. Zobaczyć i zastanowić się dlaczego jest tak a nie inaczej… 

Zacytuję znów nieszczęsną Wikipedię… Korea – nieistniejące już państwo usytuowane na Półwyspie Koreańskim we wschodniej Azji. Graniczyło od północy z Chinami i od północnego wschodu z Rosją. Obszar zamieszkany przez jednolitą grupę etniczną – Koreańczyków. Po zakończeniu drugiej wojny światowej, w 1945 roku, Korea została podzielona na dwa państwa: Republikę Korei (Korea Południowa) i Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną (Korea Północna). Od 1948 do 1950 roku (wybuch wojny koreańskiej) granica pomiędzy Koreą Północną a Koreą Południową przebiegała dokładnie przez równoleżnik 38°, jednak od 1953 roku granice uległy zmianie…

 

prev
next