+ 30 … czyli klm curacao marathon

Trzydzieści… ten liczebnik przyświecał mojemu ostatniemu maratonowi, który był właśnie trzydziestym w karierze, zakończył się (prawie) na trzydziestym kilometrze i żeby było poprawnie rozgrywany był w temperaturze plus trzydziestu stopni a myślę, że kresek na termometrze było więcej… 

Od ukończenia maratonu we Frankfurcie, trening szedł jak krew z nosa. Byłem wyraźnie zmęczony o czym świadczyło podwyższone HR, wysokie mleczany na niskich prędkościach i kiepskie samopoczucie. Jednak jak podjęło się walkę to nie można było rzucić białego ręcznika, mimo że środowy ciągły pokazał, że najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby przebiegnięcie 10 km zamiast pruć się na 42… ale… kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana… nawet jakby ten szampan a może raczej szampon okazał się za ciepły i rozgazowany… cóż. Życie… 

Czasem trzeba się poddać, żeby w spokoju nabrać sił.
Przegrać – to nie wstyd, sukces to podnieść z bruku twarz.

W każdym razie wystartowałem i nie żałuję, mimo że to był jeden z najcięższych maratonów, w którym brałem udział. Sam wyjazd rozpoczął się w czwartek. Najpierw pocisnęliśmy wraz z Iwoną i Sylwestrem pożeraczem oleju do Berlina, gdzie czekała na nas Familia z Waldenburga a następnie w piątek rano pocisnęliśmy aeroplanem do Curacao z przesiadką w mieście trawy i czerwonych latarni… Żeby jednak nie było zbyt różowo to zabawa zaczęła się w piątek rano w Germanii, gdzie mieliśmy zarezerwowany parking… 

Samolot mieliśmy po 10, więc parking klepnęliśmy na 7 rano… Okazało się, że niemiecki system komputerowy nie współpracuje z polskim i pocałowaliśmy przysłowiowy szlaban… Na bramie nikogo nie było i zaczęło się robić ciepło. Całe szczęście udało mi się dodzwonić do parkingowego, który stwierdził, że najbliższą rezerwację ma na godzinę … 9:00… hmmm… cóż… co zrobisz, jak nic nie zrobisz… Po krótkiej rozmowie, powołując się na najlepsze stosunki polsko niemieckie, udało się namówić pana, żeby przyjechał, wpuścił nas na parking i zawiózł na lotnisko. Oczywiście magiczny niemiecki komputer pokazał, że Daniela rezerwacja jest od 9:00 a moja od 11:00… ech te komputery… Finalnie jednak udało się wszystko ogarnąć a nasze nazwisko na długo utkwiło Panu w pamięci… tak długo, że dwa tygodnie później z lotniska odbierał nas inny parkingowy i to dopiero po wybraniu po raz siódmy numeru telefonu parkingu… Pamiętliwi są…

Wylecieliśmy… Berlin Tegel (nie polecam tego airportu…) Amsterdam >>> Willemstadt, czyli Curacao… 

Po iluśtam godzinach lotu dolecieliśmy… ufff… pozostało tylko odprawić się, odebrać bagaż, wziąć auto z wypożyczalni, dojechać do hotelu i zacząć się faszerować koxem, czyli HYDROSALTem i ALE RACE bo w takich warunkach pogodowych, gdzie w dzień rozmowa zaczyna się od + 35 C człowiek bez elektrolitów szybko staje się suchym flakiem… i na biegu takiż właśnie  suchym flakiem się stałem… ale o tym będzie później. Wracając jednak do odprawy… odpaleniu telefonu, zalogowaniu się do lotniskowej łifi telefon został zbombardowany informacjami z KLM, mniej więcej takiego typu:

Dear Passanger, we are very sorry but your baggage with bag tag number XXXXXXX did not make it on board your flight. Please report your bag on KLM.com within 48 hours after arrival. Go to KLM.com > Customer > Support > Delayed or damaged baggage. We will then immedediately get to work to bring your bag back to you soon. While we search, you can track your bag’s status on KLM.com. Our apologies!

…zapowiadało się więc bardzo wesoło i ciekawie. Całe szczęście zawsze w podręcznym mam sprzęt do biegania, czyli buty, skarpetki, spodenki, koszulkę i czapeczkę, więc tragedii aż tak wielkiej nie było. Oczywiście reszta klamotów została w walizce, czyli ciuszki, koxy itp. Finalnie z 5 bagaży 4 nie dotarły… było więc goło i wesoło. Takie rzeczy się zdarzają, więc akurat ja podszedłem do tego na luzie, bez stresu. Jedyne co było słabe to fakt, że na dworze było + 30 kresek a myśmy byli w długich portkach i śmierdzących koszulkach… fuj, fuj, fuj! Na lotnisku kto był grzeczny dostał kosmetyczkę z szczotką, grzebieniem, pastą do zębów i innymi bajerami, kto nie był grzeczny dostał po nosie i na tym przygoda lotniskowa się skończyła. Pozostało wypożyczyć auto, odpalić navi i obrać kierunek hotel… 

Udało się. Bez większych problemów dotarliśmy i poszliśmy spać. Następnego dnia po śnitadanku w auto, po numerki startowe i na szoping. Trzeba było coś kupić do ubrania, bo w długich fatałaszkach i przepoconej koszulce słabo się funkcjonowało. Całe szczęście opcja ubezpieczenia bagażu przewidywała takie atrakcje, więc można było kupić małe co nieco… Ciuchy ciuchami, ale najbardziej martwił mnie brak koksu i musiałem ratować się lokalnymi „izo”, które nie wchodziły jednak jak trzeba, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… 

Walizki dotarły w sobotę w okolicy 21 czy 22, nie pamiętam, ale było późno a start maratonu był w niedzielę o 4:00. Całą sobotę i kawał piątku funkcjonowałem więc na tamtejszych izo i dziwnych makaronach. Koniec zbliżał się więc szybkimi krokami… tup, tup, tup… 

Niedziela 2 rano a raczej w nocy pobudka, chwila na ogarnięcie, nawodnienie, w samochód i na start… było ciepło, termometr w samochodzie pokazywał 29 kresek a w zegarku 30… mimo, że było ciemno. Chwilę potruchtałem, co jakiś czas popijając IZO, na około 10′ przed startem wziąłem żel ALE  i ustawiłem się na linii startu. 

Punktualnie o 4:00 ruszyliśmy… kilku zawodników poszło mocno do przodu, kilku obserwowało co się dzieje. Ja byłe w drugiej grupce. Plan był trzymać spokojne 4’00/km i słuchać organizmu. Prędkość 4’00 niby luźna i spokojna, ale nie w tych warunkach, nie w tej strefie czasowej i nie po tak krótkiej aklimatyzacji… 

Szliśmy we trójkę. Dwóch Holendrów i ja. Staraliśmy się trzymać tempo w okolicy 4’00 i co jakiś czas dawać sobie zmiany. Przed nami jechał pilot na motocyklu, za nim drugi na rowerze, który ręczną latarką oświetlał drogę i wskazywał dziury w nawierzchni. 3’52, 4’03, 3’58, 3’59, 4’01 i piątka w 19’55. Idealnie !!! Chociaż byłem już lekko podgotowany. Na każdym punkcie wylewałem flaszkę wody na siebie i wypijałem kilka łyków wody. Ze sobą targałem 3 żele ALE i dwie kapsułki HYDROSALT. Biegło się ciężko. Temperatura dokuczała, a trasa nie pomagała. Mimo dość płaskich pierwszych kilometrów droga wiodła między budynkami i miejscami wszystko wisiało i stało w miejscu. Czułem się, jak w piekarniku. 

Zdjęcie z początkowych kilometrów… wszyscy już mają dość. 

Kolejna piątka szła całkiem, całkiem, chociaż luzu nie było, mózg się gotował i nie pomagało wylewanie pół litra na głowę. 4’08, 3’55, 4’02, 4’04, 4’11. Czyli na dyszce zameldowałem się z czasem 40 minut i 18 sekund. Nieco wolniej, ale do przodu. Biegliśmy dalej we trójkę, ale na pierwszym podbiegu pod most „Kon Julianbrug” zostaliśmy we dwójkę i całkiem fajnie dawaliśmy sobie zmiany, ale nie czułem luzu… gotowałem się. Na około 14 km wziąłem pierwszy żel i zgubiłem drugi oraz po raz pierwszy pomyliłem drogę. Co prawda straciłem tylko kilka sekund, ale dekoncentracja o czymś świadczyła…

te cztery podbiegi bardzo bolały…

Na około 15 km zostałem sam, nie mogłem utrzymać marnych 4’00/km i puściłem Holendra do przodu. Trzecia piątka wyszła tak: 3’53, 4’04, 4’05, 4’35, 4’29. Na 16 km puściłem z góry nogi, ale 3’45 osiągnięte na mega dyskomforcie grubo nad kreską pokazało mi dokładnie, gdzie znajduje się moje miejsce w szeregu. Dokulałem się jakoś do półmetka i jak mi później Iwona i Sylwek powiedzieli, wyglądałem, jak bym miał wszystkiego serdecznie dość. Zdychałem a miałem do pokonania jeszcze 21 km. Nawet nie sprawdzałem czasu na półmetku, dopiero po biegu zobaczyłem że zegarek pokazał 1:26’21. Priorytetem stało się dowiezienie drugiego miejsca, czas spadł na dalszy plan, szczególnie że robiło się coraz cieplej. Kolejne km wychodziły między 4’15 a 4’20, ale podbiegi pod most ostro mnie sponiewierały. 

Biegnąc dalej skupiałem się, żeby znaleźć na ulicy żel, który wypadł mi po drodze i chyba w okolicy 28-29 km udało mi się, więc miałem zapas prądu na ostatnie km, które okazały się bardzo wymagające. Po drodze miałem takiego dzwona, że pomyliłem trasę, sam nie wiem jak, i wbiegłem na … autostradę pod prąd zaliczając (prawie) czołówkę z ciężarówką. Zabezpieczający skrzyżowanie policjant stojący po drugiej stronie bariery oddzielającej pasy ruchu widząc to prawie połknął gwizdek… cóż, Polak potrafi !!! Musiałem więc przeciąć pas ruchu, przejść przez barierę i wrócić na trasę. Lekko nie było… Ostatnie kilometry były walką o przetrwanie. Miałem ciarki na potylicy, byłem odwodniony mimo, że wypiłem baaaaaarrddzzzo dużo płynów i po drodze wciągnąłem dwa Hydrosalty, ale temperatura zrobiła swoje. 

Jak kończyłem bieg, wystartowała dycha a w niej Iwona, Sylwek i Daniel. Wiedziałem więc, że biegnę powyżej 3 godzin ale spokojnie dowożę drugie miejsce do mety. Wbiegając do leja ktoś (chyba) Iwona podała mi flagę Gdyni i kluczyki do czołgu, potem jednak okazało się, że nie była to Iwona i z tą flagą biegłem dalej… i dalej… i przebiegłem linię mety i biegłem dalej… hmmmm….. i dopiero po około 100 m skumałem, że coś jest nie tak i dalej biegnę jak idiota z flagą w górze. Lekko musiałem być ujechany. Wróciłem więc po medal i poszedłem usiąść na ławkę. Zaopiekowały się mną panie z obsługi medycznej od których dostałem napój, ale skumały że jest coś ze mną nie tak, więc musiałem ratować się ucieczką… Udało się i niestety dalszej drogi do samochodu nie pamiętam. Za wszystkie grzechy bardzo żałuję i postanawiam poprawę. Ocknąłem się w samochodzie, pamiętam, że nagrałem krótki filmik, otworzyłem okna, rozłożyłem siedzenie i dogorywałem dobrą godzinę albo i dłużej. Nawet jak wróciła Iwona nie było ze mną zbytniego kontaktu. Byłem ujechany jak dziki pies po łesternie. Grubo mnie ten maraton sponiewierał. 

Finalnie zająłem drugie miejsce z czasem 3:01:39. Wygrał Holender, który sprał mi tyłek, jak juniorowi i na metę wbiegł po 2 godzinach 48 minutach i 20 sekundach. Pocieszające jest to, że na mecie też nie wyglądał… 

Po zawodach, przed ceremonią dekoracji, która została odwołana, organizatorzy ogłosili smutną wiadomość. Jeden z zawodników, niestety zmarł podczas biegu… [*]

 

prev
next