Dominikana nana nana nana nana…

Dominikana… cóż… szału nie ma, a najbardziej na usta nasuwa mi się słowo przereklamowana, ba nawet się rymuje Dominikana przereklamowana nana nana zjadłbym dziś banana moja ukochana. Dominikana kraina plaż, morza, naciągaczy na specjal prajsy, ale to chyba wszędzie a także przereklamowanych atrakcji turystycznych, za które trzeba słono płacić, no może z wyjątkiem ZOO a raczej Manati Park, gdzie było GIT. Reszta bez historii… ale z kronikarskiego obowiązku dwa zdania w temacie Dominikany. 

Z Curacao na Dominikanę podróżuje się samolotem, dominikańskich linii PAWA Dominicana. Trochę obawialiśmy się tego z powodu braku możliwości czekinowania się onlajn przez komórkę oraz tajemniczego aeroplanu o pięknej nazwie MD 82/83, czyli ani to Boeing ani Airbus a… sławny amerykański DC-9 a raczej jego nowsza generacja. samolot dał radę. Lecąc na Dominikanę zaliczyliśmy planowy postój na Arubie, gdzie niczym do autobusu dosiedli się kolejni pasażerowie i mogliśmy pocisnąć dalej, na północ. 

Wylądowaliśmy w Santo Domingo, czyli w stolicy Dominikany i po mega długiej i mega skomplikowanej odprawie, wypełnieniu kilku świstków, przejściu bodajże przez 3 czy 4 kontrole pocisnęliśmy do wypożyczalni samochodów, gdyż do naszej meliny mieliśmy dobre 190 km i trzeba to było jakoś pokonać. Naturyści generalnie latają bezpośrednio do Punta Cana i tam grzeją tyłki w olinkluzif hotelach, ale takie atrakcje nie dla nas.

My młodzież z robotniczych miast… więc obraliśmy kierunek Punta Cana

Zapowiadała się jazda bez trzymanki, bo było już ciemno, a oprócz autostrady trasa przebiegała przez kilka okolicznych wiosek, które to miały sprawdzić system naszego zawieszenia w nowej kijance. Zawieszenie dało radę, kierowca też, nawigacja prawie… bo kilka razy zamyśliła się i musieliśmy z lekka nadrabiać. W każdym razie lokalne wioseczki, jak Boca Chica czy San Pedro de Macorís pokonywane o zmierzchu znacznie ubarwiły naszą eskapadę. 

Było wesoło. Były konkursy typu zgaduj zgadula kto ma pierwszeństwo, albo kto wjedzie w większą dziurę, albo co powie nawigacja w wersji off line… i takie tam. W każdym razie całe szczęście droga w większości prowadziła autostradą i w jednym kawałku dojechaliśmy do naszego apartamentu. Pokoje były spoko, miejsce również. Jedyne co było słabe to śniadania a raczej przystawki do śniadania, bo śniadaniem tego nazwać nie było można. Dwa tosty, kawałek sera i wędliny, trochę ananasa, kawa i sok. Takie wczasy odchudzające. Sama lokalizacja, całkiem spoko, ale po zmroku trzeba było być czujnym i nie zapuszczać się w ciemniejsze zakątki, bo w opuszczonych domach pomieszkiwały dość podejrzane osoby. Dość dziwny był również fakt iż na parkingach przed dużymi sklepami i knajpami kręcili się ochraniacze z długą bronią… to dawało do myślenia. Nie wiem, czy to był straszak na turystów i zabieg marketingowy, żeby trzymać się hoteli i resortów, czy faktycznie po zmroku lepiej jest nie bujać się po dzielni. W resortach oczywiście strzeżonych z każdej strony było bezpiecznie. Chyba… bo tam nie mieszkaliśmy i dobrze. 

Plaże… bo Dominikana słynie z plaży, morza, palm bla bla bla … pięknych, uroczych, słonecznych, bajecznych, niebiańskich, prześlicznych, przecudnych, bla bla bla… mnie to nie robi, ale ja jestem inny, zresztą to widać na zdjęciu. Plaże są. Plaże są bezpłatne i płatne. Na płatnych, należących do resortów ośmiogwiazdkowych są leżaki, parasole, ochroniarze i drinki z palemką. Opalają się zamożni turyści, świecący goldem po oczach, którzy lansują się w slipkach z krokodylkiem na „wacku” czy najnowszym stanikiem za trzy tysiące rubli. Na plażach bezpłatnych jest klimat. Leżą puste kokosy, kręcą się mrówki, można walnąć się pod palmą i gapić się na wodę a co najważniejsze można cieszyć się spokojem i miejscem dookoła. Nie ma opcji, że pół centymetra od nas będzie puszczał bąki inny turysta a po naszej lewej stronie będzie grało w bule piętnastu innych turystów. 

 Punta Cana i okolice Bavaro niestety takie są. Multum ludzi, miliard naciągaczy z papugami, legwanami, małpkami i innymi zwierzakami, zaplataczy warkoczyków, którzy kręcą się tu i tam i oferują „specjal prajsy for ju”. Masakra, ale całe szczęście są takie miejscówki jak np. Playa de Macao, gdzie jest spokój i można na darmowej plaży napić się browara zakupionego w sklepie i cieszyć się słoneczkiem, falami i ciszą. 

Oczywiście na taką plażę trzeba dojechać, co nie jest proste. Trzeba albo posiadać auto, albo ogarnąć taksówkę czy inny środek transportu, który tani nie jest. Lepie więc zakupić wczasy ollinklusif w biurze podróży dostać dowiezionym do airportu Punta Cana skąd następnie przywiezionym do swojego resortu, gdzie drinki, palemki… wśród czterech tysięcy podobnych turystów… ale jak kto lubi to kto mu zabroni ? 

Podobnie wygląda temat atrakcji wewnątrz wyspy, na które się poniekąd czailiśmy. Coś udało się zwiedzić, coś zobaczyć ale znowu szału nie było oprócz Manati Park, gdzie było mega, jednak żeby tam dojechać uuuuuuuuuuu to trzeba było się nagimnastykować, znać hiszpański, mieć dobrego dżipiesa i kupę szczęścia, ale jak się uda… to jest się sporo dolarów do przodu. Oczywiście można wykupić sobie w naszym mega resorcie taką wycieczkę, poczekać na klimatyzowany autobus, który nas zawiezie i przywiezie… ale tym samym unika się zabawy na bramkach jakiś budów, miejsc, gdzie nie można wjechać a właśnie tam navi pokazuje drogę, unika się jazdy po dziurach do połowy koła ku uciesze lokalesów, którzy obstawiają które koło najszybciej odpadnie. Zależy wszak, kto co lubi… Ja wybieram opcją numer dwa. 

Wracając do parku, oprócz ślicznej Murzynki, która dość szybko podchwyciła słowo „kupić, kupić, kupić…” spodobało mi się praktycznie wszystko. Po parku oprowadzał nas prywatny przewodnik, wpuścił do klatki z legwanami, pokazał pająka, który zaczął łazić mi po ramieniu oraz inne zwierzaki. Oglądaliśmy pokazy papug, delfinów, fok, koni i owiec z baranami. Niby takie tematy nie raz już widziałem, ale było bardzo sympatycznie. 

Oprócz parku, plaży Macao, Bavaro byliśmy jeszcze w jakimś innym parku, którego nazwy nie pamiętam. Wiem, że nie było tam nic ciekawego oprócz wodnej sadzawki do której można było skakać na główkę, czy na bombę. Jak kto wolał. Na wyspę Saona nie popłynęliśmy, bo nikt nie miał weny jak tam dopłynąć będąc posiadaczem jedynie samochodu Kia Sportage bez opcji wodnej… Qzyn, który wychwalał wyspę na potęgę od miesiąca odpuścił temat uszczelnienia naszej kijanki silikonem, więc wyspa na literkę S została do obejrzenia przez jutuba. Może i dobrze, bo zawsze 100 bagsów od łba zostało zaoszczędzone. Ma to więc jakieś wymierne korzyści. 

Podsumowując temat wyspy na literkę D, jak Dominikana. Szału nie ma, ale jak ktoś lubi leżeć na plaży a raczej smażyć się to czemu nie. Mnie to nie kręci, ale warto zobaczyć taki karaibski Sopot czy Jastrzębią Górę, gdzie ceny są w dolcach. Można rozważyć opcję wygodną lecąc z biurem podróży i mieć podane wszystko na tacy a można wybrać opcję odważną i według mnie bardziej turystyczną, wziąć auto, odpalić apartament przez którąś ze stron wuwuwu i działać na własną rękę nie będąc uzależnionym od nikogo i od niczego, jedynie od limitu na karcie kredytowej. 

Co warto wiedzieć o Dominikanie ? 

Podróżowanie – generalnie samolot. Można polecieć do Santo Domingo albo na Punta Cana. Wizy nie trzeba mieć, ale na lotnisku kasują po 10 euro od głowy, przy czym trzeba uważać na to, ile kasjerka wydaje reszty i w jakiej walucie… można się zdziwić a po hiszpańsku mało kto umie rozmawiać… Na lotnisku trzeba przygotować się na dość długą odprawę i często na trzepanie. Oczywiście mam tu na myśli Santo Domingo, nie wiem jak jest na Puncie. Po wyspie można jeździć autem. Można je wypożyczyć bez problemów z wypożyczalni na lotnisku, ale warto wcześniej je zarezerwować. Po kraju da się jeździć, ale trzeba uważać. Jest ciemno i jadąc prawym pasem można w coś przywalić, więc lepiej jeździć lewym. Warto używać kierunkowskazów, najlepiej wszystkich na raz… i nie zawsze wiadomo, kto ma pierwszeństwo. 

Waluta – peso dominikańskie, ale spokojnie można płacić dolcami i kartą. Korzystniej płacić peso, bo kurs dolara jest różny… są bankomaty, ale nie wszystkie akceptują polskie karty, trzeba szukać takich, które mają ikonki różnych kart płatniczych. Kantory są, banki również, ale tam są kolejki. 

Wizy – po co ? 

Internet – w hotelach jest generalnie za free, na plażach jest… ale tylko tych lepszych i to po wpisaniu hasła, hasło „żyrafy wchodzą do szafy” nie działa… 

Prąd – mieszka w kontakcie i trzeba mieć do niego dziwną wtyczkę, nasze nie pasują, napięcie 110 V – tak mówią, nie sprawdzałem.

Temperatura – za wysoka, od 30 C zaczyna się rozmowa… na pierwszy rzut oka widać, kto dopiero przyjechał, a kto jest drugi czy trzeci dzień, można to wywnioskować po kolorach, biały > różowy > czerwony… Czarni są lokalesi. 

Ceny – tanio nie jest. Lepiej pojechać do tamtejszego supermarketu na zakupy niż kupować w lokalnych sklepikach, ale trzeba mieć czym do takiego sklepu pojechać… W sklepach jest fajnie. 

Bezpieczeństwo – no właśnie. O tym pisałem. Teoretycznie jest bezpiecznie, ale praktycznie lepiej w tym przypadku nie ryzykować. Mówi się, że nie jest bezpiecznie poza resortami i lepiej nie wystawiać nosa za strzeżone plaże i mury hoteli, ale z drugiej strony patrząc to dobry trik marketingowy… bo w hotelach wszystko jest  10 razy drożej, poza tym nie widać tego, co jest w mieście i jak tam toczy się życie… Jak człowiek nie zacznie szukać sam kłopotów to kłopoty raczej nie powinny go znaleźć. Kręci się dużo policji turystycznej i ochrony z długą bronią. 

Język – Ola … i wszystko w temacie. Po angielsku idzie się dogadać… raczej ale nie  zawsze.  

Na co zwrócić uwagę – na to żeby się nie zjarać na plaży, żeby nie przeziębić się w klimatyzowanym pokoju, oraz żeby nas nikt nie skroił na kasiorę przeliczając walutę na różne możliwe sposoby, zdjęcie z legwanem kosztuje… z papugą, małpą też, nawet jak właściciel a raczej tym bardziej jak właściciel wsadzi zwierza na głowę. Wtedy obowiązuje zasada musisz stówę mieć, żeby zwierz chciał z głowy zleźć… 

Czy tam wrócę ? Nie przewiduję takiej opcji. Czy było warto ? Hmmm…. dyplomatycznie powiem, że są lepsze miejsca, które wolałbym odwiedzić, np. po raz piąty Spitsbergen… ale Dominikana tyłka nie urwała i szału tam nie było. Nie dla mnie takie atrakcje, ale jak ktoś lubi to kto mu zabroni ? Fajnie wrzucić przecież na fejzbóga zdjęcie z palmą… sam wrzucałem… 

 

 

 

prev
next