República de Cuba, czyli w komuno wróć !

Kuba – wyspa, jak wulkan gorąca. O, la! E, ja!
Palm wachlarze rozkłada do słońca,
Słońce do niej uśmiecha się.
Wiatr melodię wygrywa na pn±czach,
Hen, na morze rybakom śle.
Oceanu gładka toń, 
Ptaków śpiew, kwiatów woń,
To ojczyzna jest ma – Kuba.
Piosenka kubańska – Janusz Gniatkowski

Kuba… generalnie to zakrawa o jakiś absurd, bo właśnie siedzę w ciepłej kuchni z podgrzewaną podłogą u Cioci Oddny w Longyearbyen, jest noc polarna, czyli 24/24 jest ciemno jak nie powiem gdzie, SAS zgubił dodatkowo nasze walizki i generalnie … jest GIT. Tak, jest GIT, mimo tego, że nie mam ciuchów do biegania, nie ma na dworze – 20 stopni, jest tylko – 2, nie ma armagedonu pogodowego i renifery nie jedzą mi z ręki (jeszcze)… oczywiście te, które nie zostały przerobione na kiełbasę. No dobra, nie istotne. Miało być o Kubie a nie o Spitsbergenie, miejsce gdzie czuję się jak w drugim domu. 

Kuba… a raczej Republika Kuby, państwo na Morzu Karaibskim, jeden z ostatnich bastionów komunizmu… no dobra socjalizmu, bo tak jest klasyfikowana, jako republika socjalistyczna… ale rządząca przez partię komunistyczną. Bla, bla, bla… za kilka lat wielki brat z hameryki położy tam swoje petrodolce i skończy się stara, socjalistyczna Kuba, ale do konkretów. 

…no właśnie, z czym kojarzy się Kuba ? Z pięknymi samochodami – prawda. Z pięknymi kobietami – prawda. Z cygarami – prawda. Z pięknymi plażami – prawda. Ze słońcem – prawda. Z muzyką – prawda … i tak można by wymieniać i wymieniać i wszystko byłoby prawdą bo tak jest. Ta Kuba pokazywana w telewizorni to toczka w toczkę ta sama, jaka jest w realu i nie ma tu kolorowania w fotoszopie czy politycznego upoprawniania. 

Na Kubę lecieliśmy z Dominikany. Szybko i sprawnie, bez kłopotów, turbulencji itp. Generalnie wszyscy obawialiśmy się jakiś kontroli, trzepania, trudnych pytań itp. Nic z tego. Całkiem sprawna odprawa i po wyjściu z lotniska… szok. Tak. Szok. Było, tak jak miało być… ale na początku trzeba było ogarnąć kasiorę i wymienić ełro na CUCe.

ukradzione z internetów

No właśnie… CUP a CUC i o co chodzi i gdzie i czym płacić ? Oto jest pytanie… okazało się jednak, że z pozoru proste, bo wyboru wielkiego nie ma, mimo że jest 50% na 50%… otóż cudzoziemcy mogą na starcie posługiwać się jedynie słuszną walutą, czyli CUC peso converible i w taką walutę trzeba zaopatrzyć się w kantorze. Oczywiście po odstaniu swojego czasu w kolejce, dwukrotnym okazaniu paszportu i dopiero wtedy można wymieniać i wymieniać… najlepiej euro na CUC, więc tak myśmy zrobili. CUC od CUP różnią się tym, że lokalesi posługują się CUP’ami i za tą walutę mogą robić szoping w swoich sklepach, w których jest ocet, mydło w kostkach i cukier na kilogramy, a za CUCe… którymi głównie (w teorii) obracają cudzoziemcy można kupić wszystko… albo i więcej a są takie możliwości. Po zaopatrzeniu się w twardą walutę można jechać do …hotelu albo do „casy” i raczej do tego drugiego, bo na hotele mało kogo stać i generalnie trudno jest je wynająć. Próbując w kilku popularnych wyszukiwarkach, zostałem odesłany z przysłowiowym kwitkiem i z komentarzem, że sorry, ale nie ma takiej opcji… pozostają więc mieszkania, czyli „casy” a dokładniej mówiąc „Casas Particulares”, czyli takie nasze air bienbi, nad którymi łapę trzyma władza i daje kwity i niebieskie tabliczki gdzie można a gdzie nie. Jak tabliczka wisi, to znaczy, że jest spoko i na legalu można się przekimać… Jak nie wisi, to … na własne ryzyko a według mnie, w tym kraju lepiej nie ryzykować. 

Kasa wymieniona, szofer po małych perturbacjach znaleziony, walizki zapakowane, więc można ruszać do centrum Havany, do naszego lokum i ostatniego miejsca na urlopowej mapie ad 2017. ON TOUR !!! Pojechali… pierwsze kilometry z lotniska do miasta i pierwszy szok… telefon nie nadążał z robieniem zdjęć i w życiu bym nie pomyślał, że będę robić zdjęcia takim cudom techniki, jak Łada 1500, Moskwicz, Wołga czy Fiat 126 P… 

Oprócz naszych socjalistycznych motoryzacyjnych nowinek, ulice zapełnione były starymi hamerykańskimi furami rodem z lat 50 i 60 tych. Rewelacja. Głowa latała w każdą stronę i co chwilę padały komentarze typu „łał” (wersja ocenzurowana). Szaleństwo !!! 


Zajechaliśmy do naszego lokum. Ulica obdrapana, wszędzie walały się graty, śmieci… ale czuć było pewien specyficzny klimat. Ta bieda, ten bałagan wcale nie odrzucał, ale przyciągał… przyciągał jak magnes i powodował typowe „wow!” (czyt. łał…)… było czadowo. Samo wejście do mieszkania wąską klatką po pokonaniu miliona schodów przypomniało mi wejście do domu mojej babci, gdzie również do pokonania była podobna klatka schodowa a ściany były pomalowane taką samą farbą. Można było cofnąć się dobre 30 lat … jak nie więcej. 

Nasi gospodarze okazali się bardzo miłymi i sympatycznymi ludźmi. Było to starsze małżeństwo, które wraz ze swoją córką prowadziło casę. Rodzice rozmawiali tylko po hiszpańsku, więc Iwona miała szansę się wykazać, więc w ruch poszła „Ola!”… było wesoło, ale klimatycznie. Szybko ogarnęliśmy temat i po powitalnym drinku, szybkim prysznicu i rozpakowaniu klamotów ruszyliśmy na miasto… i od razu przypomniała się piosenka, której słuchali moi kumple z BnO pod koniec lat 90’tych… „czy ciemno czy jasno, płynie muza przez miasto”. 


Zdjęcia oddają wszystko, więcej nie ma co komentować. REWELACJA, i trzeba to napisać caps lockiem. Świat się zatrzymał i to było piękne. Stara Hawana, jak nasza Warszawa Praga ferdziesiąt lat temu, ale nowa Hawana zupełnie inna. Bardziej zadbana, nowoczesna, eleganckie lokale, prawie jak w Europie, ale klimat mega. Obeszliśmy kawał miasta i wróciliśmy późnym albo późniejszym wieczorem, maszerując po starych odrapanych ulicach bez żadnego strachu czy ryzyka, że ktoś nas trafi i zabierze portfel. Podobno Hawana jest bardzo bezpieczna i mało kiedy kto poluje na turystów. Rząd trzyma obywateli twardą ręką to jest ordnung… Tak to odebrałem i takie są moje spostrzeżenia a kręciliśmy się naprawdę po ciemnych ulicach o dziwnych wieczornych porach. 

Na następny dzień zaplanowane mieliśmy zwiedzanie miasta autobusem turystycznym. Kojarzy mi się to z Berlinem czy innymi europejskimi czy światowymi stolicami, bo w Sydney kręciliśmy się podobnym busem po mieście, więc dlaczego nie tutaj ? 

Największe wrażenie wywarł na mnie plac rewolucji o powierzchni ponad 70 tysięcy metrów kwadratowych, przy którym została wzniesiona 112 metrowa wieża w kształcie wieży, pomnik José Julián Martí y Pérez, kubańskiego pisarza, poety, przywódcy ruchu niepodległościowego, bohatera narodowego.  Na placu odbywały się zgromadzenia ludu pracującego stolicy, gdzie swoje godzinne przemówienia wygłaszał Fidel Castro. Mają rozmach…

To miejsce powinno być obowiązkowym punktem zwiedzania Hawany, podobnie jak ostatni przystanek autobusowego rajdu po mieście, gdzie można zrobić… szoping. Przypomniało mi się od razu czajna tałn w Pekinie oraz lokalne targi, bazary na całym świecie, gdzie turyści hurtowo wydają kasiorę na suweniry, pierdółki, jak magnesy na lodówkę, drewniane samochodziki czy obrazy i żeby tradycji stało się zadość myśmy również kupili drewniane autko, kilka magnesów, jakiś obraz i takie tam dziwne dziwactwa. Trzeba w końcu wspierać socjalistycznych przyjaciół. 

Następnego dnia zaplanowany mieliśmy plażing i smażing, za czym ja nie przepadam, ale trzeba było oblookać słynne kubańskie plaże. Oczywiście nie te z milionem turystów olinkluzif… tylko takie inne, bardziej kameralne, lepszejsze, piękniejsze i milsze. Tam, gdzie jest spokój, cisza i nie ma tłumów… Na taką plażę wyemigrowaliśmy…. na plażę, której nazwę potrafią wymówić jedynie mieszkańcy Kuby, na plażę na którą zawiózł nas Martinez, zwany Marcinem. Kubański taksówkarz, który podjechał po nas Kadilakiem z 57 roku !!! Tak, z 1957 roku i to w automacie, okna bez ramek, skóra w środku, mega klimat a pod maskę 7 (siedem) litrów… 

… o spalanie wolałem się nie pytać, ale jak moja dwulitrówka w manualu chleje ponad 10 litrów w mieście to ta bestia pije pewnie 3 razy tyle, albo i więcej. Wrażenie z jazdy niesamowite. Auto płynie a największa frajda jest przy prędkości patrolowej z zimnym łokciem… jazda na maxa. Tego trzeba spróbować. Wycieczka tam i z powrotem, dobre 40 minut jazdy, kosztowała 70 CUC, czyli jakieś 245 złotych… tanio nie jest, ale Kuba wcale nie jest taka tania, jak by się wydawało… ale warto. 

Plaża… plaża, jak to plaża. Piasek, woda, fale, palmy, ryby… szału nie ma, ale trzeba przyznać, że jest ładnie. Spokojnie, można odpocząć, poleżeć plackiem i obserwować błękitno zielone kolory wody, której barwa jest zupełnie inna niż u nas nad Bałtykiem. Na naszej plaży dodatkowo nie było naciągaczy, którzy co chwilę, jak na Dominikanie, staraliby się coś wcisnąć… specjal prajs for ju… bla bla bla… 


Podsumowując plażing na Curacao, Dominikanie i Kubie w cuglach wygrała ta trzecia, czyli Kuba. Przede wszystkim ciszą, spokojem, klimatem i pięknymi kolorami wody oraz temperaturą, chociaż nie wiem, czy to nie 2 tygodniowa aklimatyzacja wpłynęła na to, że nie odczuwaliśmy już takiego gorąca, jak na początku urlopu. Może to właśnie ten fakt, albo różnica kilometrów od równika ? Willemstadt miało pozycję współrzędne 12°07′N 68°56′W a Hawana 23°06′N 82°23′W. 11 stopni to dość spora różnica w odległości, więc pewnie w jakimś stopniu i to miało wpływ na odczuwalną temperaturę. 

Roma… podczas jednego z obiadów w lokalnej knajpie otrzymaliśmy tajemniczą wizytówkę lokalu, o którym nie wszyscy wiedzą, o wdzięcznej nazwie Roma. Lokal był zlokalizowany w jednej kamienicy na ostatnim piętrze a nawet wyżej, na dachu… taka sytuacja. Po krótkich wieczornych poszukiwaniach udało się odnaleźć kamienicę, gdzie mieszkała Roma. Szczerze mówiąc to miejsce bardziej odrzucało niż przyciągało, ale chyba tak właśnie miało być. Postanowiliśmy z Sylwkiem zobaczyć co tam jest… Obskurna kamienica, odrapana klatka schodowa i … stara winda a w niej bezzębny starszy windziarz, który zaprosił do środka… level hard… Po zapakowaniu się do windy ruszyliśmy do góry. Bardzo ciekawe doświadczenie… strach się bać, ale kto nie ryzykuje nie pije kubańskiego browara… winda stanęła i można było się ewakuować… krótki korytarz i jest i ona, Roma w całej okazałości. Bar, hokery, kanapy, muza, tona alcu a wszystko zlokalizowane na ogromnym balkonie… Było GIT! 

To jednak nic w porównaniu z tym, co znajdowało się w miejscu, gdzie nawet król chodzi piechotą. Rzadko kiedy piszę o tym, co dzieje się w kibelku, ale … kibel był największą atrakcją Romy. Kiedy zachciało się ruszyliśmy z Sylwkiem i znaleźliśmy… mieszkanie, ba, salon, duży pokój w którym na środku leżały dwa psy a na kanapie i na fotelu siedziała kubańska rodzinka… „łi ar luking for wc…” … „it’s hijer…” No właśnie. Siku znajdowało się w owym mieszkaniu i żeby do niego trafić należało przejść przez duży pokój, przeszkodzić familii w oglądaniu serialu i skorzystać… Taka sytuacja… Sylwek nie skorzystał, ja zaryzykowałem i było to dobre rozwiązanie, bo po wszystkim porozmawiałem z głową domu, starszym Kubańczykiem po … polsku. Tak, w naszym ojczystym języku. Syn szefa domu, ożenił się z Polką i tak historia zatoczyła koło… 

Z ciekawych ciekawostek, warto wspomnieć o naszych najbliższych sąsiadkach z domu obok… otóż jednego pięknego dnia od rana było słychać dziwne odgłosy, kwiki, meczenie, kwakanie czy gdakanie, ale dość dziwne… podejrzane i nieco straszliwe. Okazało się, że te oto śliczne, zgrabne i powabne panny przygotowywały mięsiwo na piątkową imprezę i nic co miało cztery cy dwie łapy, futro czy pierze w tej imprezie musiało wziąć udział. Niestety w formie posiłku… 

Tak w telegraficznym skrócie przebiegał nasz pobyt w Hawanie, gdzie czas zatrzymał się dawno dawno temu, ale z drugiej strony bardzo szybko zaczyna nadganiać zaległości. Widać to doskonale w nowo powstałych hotelach, które rosną w ekspresowym tempie oraz w coraz bardziej ekskluzywnych lokalach, gdzie można dobrze zjeść i wydać sporo kubańskich pesos. Warto jak najszybciej odwiedzić to miejsce, bo za kilka lat może być nie do poznania… 

Co warto wiedzieć o Kubie ? 

Podróżowanie – samolotem, latają z każdej możliwej strony. Większe, mniejsze… tak jest najszybciej i najwygodniej. Warto wcześniej kupić bilet, bo wiadomo… czym bliżej daty wylotu, tym drożej.  Na miejscu można wynająć auto i objechać wyspę, to wg mnie jest najlepsza opcja a można lansować się szewroletami czy innym taksówkami, ale wiąże się to z bardzo dużymi wydatkami… 

Waluta – CUC i CUP. Jedne mają na obrazkach pomniki a drugie ludziki i tak najłatwiej to ogarnąć. Nie ma jednak co się martwić, że się nie ogarnie tematu, bo tymi z ludzikami turyści nie płacą, chyba że w na jakimś targu sprzedawca zrobi mały wałek i wyda resztę w drugiej walucie. Tu trzeba być czujnym, chociaż nam to się nie zdarzyło. Nie ma co brać ze sobą dolców hamerykańskich, bo ta waluta nie jest tam ubóstwiana. Euro i innego rodzaju europejskie pieniądze są ok i te najlepiej i tylko w kantorach lub bankach można wymienić na CUCe.

Wizy  – koniecznie, bo bez tego nas nie wpuszczą. Najłatwiej i najszybciej jest je zorganizować przez pośrednika w Polsce, wystarczy przesłać skany paszportów, zapłacić kasiorę i przyślą do nas świeże wizy kurierem. Na 5 osób ze wszystkimi tematami, jak wysyłka, prowizja itp. koszt wizy na osobę wyniósł 177 zł. 

Internet – pomidor. Nie ma neta. Tzn jest w parkach i na placach, to można zauważyć, gdyż zbierają się tam tłumy ludzi z komórkami, ale prędkość netu jest tragicznie tragiczna… w knajpach WiFi nie istnieje, ale kilka dni bez netu nie powinno nikomu zaszkodzić. Ba, nawet więcej to bardzo pomaga.

Prąd – 110V, suszarki wolno chodzą i trzeba mieć przejściówki. 

Temperatura – jest na plusie, cały czas w okolicy trzech dyszek, więc nie ma co ze sobą brać ciepłych ciuchów. Szkoda miejsca w walizce. 

Ceny – 2-3 razy droższe niż w Polsce. W sklepikach z pamiątkami trzeba się targować, w knajpach ceny są stałe i nic nie da się urwać. Trzeb sobie jasno powiedzieć, Kuba to drogi kraj i trzeba mieć tu sporo kasiory, żeby móc normalnie, po europejsku funkcjonować. Nie ma co myśleć o płaceniu kartą… kesz only. 

Bezpieczeństwo – jak na moje oko, to jest bezpiecznie. Hawana późną porą, Gdzieś w ciemnych zakamarkach nie jest taka straszna, jak to może wyglądać. Oczywiście nie ma co eksponować złotą biżuterią czy portfelem wypchanym pieniędzmi, ale to jak wszędzie. Lepiej gotówkę mieć pochowaną w kilku miejscach a paszporty schowane w sejfie w hotelu czy w casie. 

Język – wiadomo… hiszpański, ale po angielsku rozmawia tam całkiem sporo osób. 

Na co zwrócić uwagę – podobno było kiedyś tak, żeby wylecieć trzeba było zapłacić bodajże 30 CUC. Obecnie nie trzeba, ta opłata wliczona jest w bilet samolotowy, więc nie ma co się martwić na zapas. Warto przed wylotem dużo wcześniej pojawić się na lotnisku, bo swoje trzeba odstać. Myśmy byli ponad 2 godziny przed wylotem a przed nami stał już ogonek składający się ze 146 osób. Temat ubezpieczenia podróżniczego, nie wiem… jest bardzo dużo opcji i nikt do końca tego nie wie jak to działa. Mailowałem nawet z ambasadą, która skierowała mnie na kubańską stronę www, gdzie są wyszczególnione ubezpieczalnie, które mają podpisane kwity z Kubą. Z polskich biur podróży nie ma zbyt wiele opcji a jak są to takie, których nazwy nie potrafię wymienić i nigdy ich nie słyszałem. Nasi ubezpieczyciele jednak twierdzą zupełnie inaczej… Że nie ma problemu i wszystko jest ok. Całe szczęście nie musieliśmy się o tym przekonać, więc nie wiem, co mam podpowiedzieć. 

Czy warto ? TAK, warto tam pojechać i mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję, żeby zwiedzić Kubę lepiej i dogłębniej a nie tylko Hawanę. Bardzo przypadł mi do gustu ten kraj i bardzo mi się tam podobało. Jeżeli miałbym wrzucić do jednego worka Jamajkę, Dominikanę, Kubę czy Curacao, to o rastafariański włos wygrywa Jamajka, za nią jest Kuba, potem długo długo nic i gdzieś na samym końcu plasują się pozostałe dwa karaibskie kraje. 

 

 

 

prev
next