kierunek >>> 78 North

Życie powinno być przygodą. Życie powinno być spełnione. Życie powinno być czymś więcej niż tylko zwykłym egzystowaniem. Większość ludzi jest jednak tak bardzo zabiegana, usiłując przeżyć z dnia na dzień, że nie delektuje się cudem życia. Ludzie ci doświadczają jedynie ułamka radości i satysfakcji, jakie Bóg im przeznaczył… – Joseph Murphy, Potęga podświadomości. 

To był zaplanowany i nie zaplanowany wyjazd na Spitsbergen. Kombinowaliśmy od dłuższego czasu, jak to ogarnąć i przede wszystkim kiedy… bo kalendarz był bardzo napięty. Udało się ogarnąć wolne na początku stycznia i ja po raz piąty a Iwona po raz drugi polecieliśmy do miasta, gdzie ulice nie mają miejsc, przed wejściem do knajpy zostawia się buty w korytarzu a broń chowa się do specjalnej metalowej szafy. Do Longyearbyen, czyli stolicy Spitsbergenu. Do miejsca, które jest dla mnie wyjątkowe i przyciąga niczym magnes… igłę mojego kompasu. 

Może się wydać to dość dziwnym pomysłem, bo po co jechać ponad 2 500 km na północ, w środku zimy i nocy polarnej ??? No właśnie… o to jest pytanie. Pójdę jeszcze dalej… po co jechać turystycznie na Spitsbergen, kiedy sezon zaczyna się tam na dobre od połowy lutego a w styczniu… miasto odpoczywa. Odpowiedź jest prosta… Odpocząć. Zrelaksować się. Wyciszyć się… przemyśleć kilka tematów, a przy okazji poszukać zorzy polarnej, przejechać się psim zaprzęgiem i pobiegać, jak pogoda pozwoli. W końcu Longyear leży niecałe 1000 km od bieguna północnego, więc pogoda jest tam nieprzewidywalna. 

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Geografia_Svalbardu 

Jak jest w (teorii) w styczniu na wyspie ? Zimno i ciemno… Statystyki mówią, że średnia miesięczna temperatura w styczniu 2017 wynosiła – 10,3 C, normalna temperatura to – 15,3 C, najzimniejsza zanotowana to – 21,1 C a najcieplejsza wynosiła + 2,2 C. Jak widać tragedii nie ma, ale to temperatura na termometrze a nie odczuwalna, która jest zdecydowanie niższa. Jest to związane z obecnością prądu zatokowego Golfsztromu, który lekko podgrzewa atmosferę. Oczywiście cały czas mówimy o Longyearbyen, o stolicy. W innych częściach wyspy jest inaczej. To słowem wstępu… 

O tym, jak tam dolecieć kiedyś pisałem, ale myśmy jak zawsze wybrali SAS’a… i od tego wyjazdu ten skrót będzie mi się kojarzył z hasłem „zgubimy twoje walizki, gdziekolwiek byś nie poleciał„… i tak też się stało tym razem. Iwona chyba to wykrakała…

GDA > CPH… i opóźnienie, generalnie opóźnienie już na starcie, w Gdańsku, ale w Kopenhadze radosny rajd przez lotnisko w poszukiwaniu zaginionego gejtu… zdążyliśmy na styk.

CPH > OSL … bez problemu, szybko i sprawnie. Z lotniska autobusem do hotelu i spać… Hotel ogarnęliśmy dlatego, że czas oczekiwania do następnego lotu był dość długi, chyba około 12 h, więc to była najlepsza alternatywa. Nasz żółty tobołek, do którego się razem spakowaliśmy, ruszył od razu do Longyear, o czym wiedziałem i poinformowałem moją ładniejszą połówkę… ale wytłumaczyć kobiecie to rzecz niemożliwa… więc przy sobie mieliśmy tylko podręczny. Daliśmy radę. Następnego dnia bus, lotnisko…

OSL > LYR… z międzylądowaniem w TOS (Tromso), gdzie trzeba było wyleźć z samolotu, przejść kontrolę paszportową i wleźć do tego samego samolotu drugi raz… Udało się. Z kilometra na kilometr z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej i okazało się, że noc polarna, w którą byliśmy swojego czasu w Tromso to typowa podróbka nocy polarnej… Prawdziwa noc zaczyna się wyżej i właśnie w taką noc można zaobserwować zorzę polarną i to nawet z okna samolotu. Potwierdzam. Można i zaobserwowaliśmy. Hurrraaaaaaa !!! W końcu z godzinnym (a jak….) opóźnieniem wylądowaliśmy na wyspie. Opóźnienie wynikało raz że ze złej pogody a dwa z powodu zagubionej Rosjanki na lotnisku w Tromso, na którą samolot musiał czekać… Słabo…No dobra. Wylądowaliśmy. Czekała na nas Ciocia Oddny, z którą nie widziałem się od kwietniowej wizyty na wyspie. Ciocia ciocią, ale walizka postanowiła wyskoczyć na jakiś melanż i niestety została gdzieś indziej na jakimś innym lotnisku, więc zaczęło się przerabianie powtórki z rozrywki… reklamacja, PIR, bla bla bla… tak… wszystko na @, żadnych papierów i kwitów… No dobra. Pani przyjmująca reklamację powiedziała, że możemy iść na szoping, bo najbliższy samolot przyleci dopiero za dwa dni… w środy nic tu teraz nie lata… Jazda bez trzymanki a ceny w sklepach… zajebiście wysokie. Łelkom in Norłej…

Dotarliśmy do domu, wypakowaliśmy… podręczny i pocisnęliśmy do miasta na zakupy… najpotrzebniejsze, żeby nie było, czyli buty z futra foki, kożuch z renifera, czapka z norek i futro z lisa… a tak na poważnie to wełniane kalesony, bluza, skarpety – wszystko merino i to warm merino, galoty, jakieś kosmetyki i … tysiak poszedł w śnieg… a jeszcze raz powtórzę, że to były tylko „artykuły pierwszej potrzeby” i to wcale nie z najwyższej półki… SAS ma oddać kasiorę… zobaczymy… 

Miasto… tak wygląda moje miasto nocą… ciemno, jak w Polsce przed północą, jakoś tak mi się zrymowało. Jest ciemno. Nie ważne czy to 9 rano, czy 14 po południu, czy 23:58. Jest tak samo ciemno i nic nie widać. Jedyne światła to światła miasta i gwiazdy na niebie… jak to połączy się z białym śniegiem to robi się całkiem sympatycznie. Po krótkim szopingu wróciliśmy do domu i pojechaliśmy szukać zorzy polarnej. Była. Trafiliśmy fajną zieloną zorzę w dolinie. Było łał. Zorza wędrowała po niebie i było ją widać, jak na filmach. Niestety nie mieliśmy super aparatu, którym moglibyśmy zrobić dobrą fotę, ale Iwony komóra dała radę…  Niestety bez podrasowania w fotoszopie, którego nie posiadam, musiałbym zamieścić tutaj czarną plamę… ale za to mogę wrzucić fotę purpurowego nieba, które jest dość rzadkim zjawiskiem w okolicy i wielu mieszkańców głośno ten fakt komentowało. 

Ma to podobno nawet swoją nazwę, ale jej nie pamiętam. Tak więc Spitsbergen przywitał nas całkiem sympatycznie a fakt zagubionej walizki zrekompensowaliśmy sobie pięknymi widokami. Wracając do miasta i do świateł. Okazało się, że prąd na wyspie jest ponad dwukrotnie droższy niż na kontynencie… a wcale tego nie widać. Każdy świeci czym  się da i ile się da… Z ciekawostek wyspiarskich warto zaznaczyć, że podatek wynosi 15% a na kontynencie … 40%. Taka sytuacja. 

Poniżej kilka fotek z miasta, które naprawdę robi w tym czasie niesamowite wrażenie. Cisza i spokój… żadnego hałasu… rewelacja. Pamiętam Longyear z czerwca, września i kwietnia… niby to samo miasto a zupełnie  inne. 

Jest taka dewiza określająca Longyear i ciężko się z nią nie zgodzić: 

„unikt, trygt og skapende”, czyli „wyjątkowe, bezpieczne i twórcze”

 

Wtorek minął bardzo szybko. Środa również błyskawicznie… łaziliśmy po mieście, wieczorki spędzaliśmy w Barents Pubie oraz na pogaduchach z Oddny przeplatając to grą w „Bananagrams” a w czwartek… w czwartek pocisnęliśmy na lotnisko po walizkę, która w jednym kawałku do nas dotarła a w niej… ciuchy do biegania, warzywa i makaron do rosołu i inne takie tam gadżety. Nie trzeba chyba mówić, co zrobiłem p otworzeniu walizki… Buty na nogi i jazda na miasto… Oj tak. Tego mi było trzeba. Porządne mocne rozbiegania po norweskich górkach weszło idealnie. Było rewelacyjnie. Jarałem się jak pies spuszczony ze smyczy. Dwunastka weszła idealnie. 

Na czwartek zaplanowana była wycieczka psim zaprzęgiem do jaskini lodowej ze stajni Green Dog Svalbard. Z usług zielonego psa korzystałem już drugi raz, więc wiedziałem, że będzie wszystko idealnie zorganizowane i tak też było. O 10 rano przyjechał po nas  busik z przewodnikiem. Okazało się, że mamy prv tour, bo nie więcej chętnych na wycieczkę. Sezon jeszcze się nie rozpoczął i to był pierwszy trip w tamtą stronę. Przecieraliśmy szlaki… 

Pies ci mordę lizał… a raczej 250 psów, bo właśnie tyle liczy hodowla. 250 zwariowanych ciapków, głośnych, szczekających, kudłatych i kosmatych. Rewelacja. Ubraliśmy się w skafandry i ruszyliśmy po czworonogi… oj była jazda bez trzymanki. Głośne ujadanie, szczekanie i wariowanie… Po krótkim instruktażu, jak ubrać psa w szelki i jak przypiąć go do sań przeszliśmy do czynów. Było wesoło, bo psiaki są silne, skoczne i cały czas skore do zabawy. Nie jest wcale tak łatwo odpiąć psa od łańcucha, ubrać w szelki, przyprowadzić do zaprzęgu i przypiąć do linki… a psów w zaprzęgu było 11 !!! Poprzednio w Tromso prowadziłem zaprzęg  złożony z 5 albo 6 psiaków… Teraz było ich jedenaście, więc zapowiadała się jazda bez trzymanki… Ruszyliśmy. Nasz przewodnik powiedział co i jak i usiadł zadowolony na sankach. Iwona również… Psiaki ruszyły z kopyta… oj była jazda. Cały czas na hamulcu, ale i tak mało to pomagało. Psy mają taką moc, że jak obiema nogami stałem na hamulcu zaparty do tyłu, zmieniając uchwyt na saniach to i tak mało to dawało. Diabły miały piekielną moc. Jechało się super. Było maksymalnie ciemno i jedyne co było widać, to światła naszych czołówek. Cisnęliśmy przez noc i było GIT!

 

Po około 90 minutach jazdy zameldowaliśmy się na miejscu. Na „parkingu” dla psów. Trzeba było więc odpiąć psiaki od sanek, dać po przysmaku… była walka i dopiero potem przyczepić do nowej linki na „parkingu”. Po tym wszystkim można było wczołgać się do namiotu, gdzie rozłożone były skóry reniferów, posilić się liofkami i zapić wszystko gorącą herbatą. 

Tak to właśnie wyglądało. Namiot,  skóry, śnieg, czołówki, liofki… a na zewnątrz coraz bardziej hulał wiatr… Pogadaliśmy sobie z naszym przewodnikiem o życiu, o podróżach o Kanadzie, Jukonie, Laponii i innych dziwnych miejscach na świecie w których byliśmy. Gość był naprawdę twardzielem i miał sporo zjechanego świata i ogromne doświadczenie jako przewodnik, chociaż według mnie z bronią nie umiał się zbyt dobrze obchodzić. Takie miałem wrażenie obserwując go i porównując do tego, jak z bronią obsługiwali się inni przewodnicy… Po posiłku poszliśmy do jaskiń lodowych. To było coś! Liny, śnieg i ogrom lodu… lodu tak przezroczystego, że można było zajrzeć w głąb na dobre pół metra jak nie dalej… rewelacja. 

Było trochę łażenia. Świeżo założona wczoraj lina dawała radę i miejscami była bardzo przydatna, ale było również sporo odcinków, gdzie można było swobodnie maszerować. Widoki były nieziemskie. Pierwszy raz coś takiego widziałem i byłem pod mega wrażeniem. Warto ten punkt wpisać do swojego programu zwiedzania Svalbardu, podobnie jak odwiedziny opuszczonego miasta Pryamiden wycieczki skuterami w poszukiwaniu misiaków polarnych na East Coast czy do Barentsburga, który jednak szału nie robi. Fajnie tam pojechać ale zimą na skuterach. Statkiem jest fajnie, można trafić na wielkie ryby wieloryby czy białuchy arktyczne i poprażyć się w promieniach arktycznego słońca, ale zima… znaczy się wiosna to wiosna. Mówiąc o wiosnę mam na myśli końcówkę marca i początek kwietnia. Tak, dla jasności. 

Dobra… jaskinie jaskiniami, skutery skuterami, ale na dworze czeka 11 psiaków, które chcą biegać… psiaków to delikatne słowo. 11 śnieżnych puchatych kulek, bo jak wyszliśmy z jaskini to wiało dobre 18 m/s, śnieżyło na maxa bo że było ciemno to wiadomo. Pieseły jak nas wyczuły od razu zaczęły radośnie ujadać i kręcić się jak wściekłe. Trzeba było je jednak ubrać w szelki i przypiąć do sań a w takich warunkach pogodowych nam to trochę czasu zajęło. Było jednak super !!! Psiaki zapięte, można było więc jechać w dół, ale z uwagi na trudność tego odcinka, który pieszczotliwie nazywał się „rock’n’roll” kierownicę wziął nasz przewodnik… i chyba dobrze, bo kilka razy było po krawędzi, chociaż to i tak delikatne słowo. Jak zjechaliśmy z górki role się zamieniły i to ja znów siadłem za sterami. Jazdaaaaaaaa….. wiśta wio !!! W dolinie pogoda się uspokoiła a na niebie można było dostrzec gwiazdy i zorzę polarną. Można było wyłączyć lampy i w ciemnościach wśród błysków na niebie prowadzić nasz pociąg. Było GIT! Dwa zdania jeszcze w temacie pogody. W tym samym czasie, kiedy myśmy cieszyli się idealną cichą praktycznie bezwietrzną pogodą na oddalonym o około 20 km lotnisku rozpętał się armagedon. Norwegian podchodzący do lądowania został zawrócony na kontynent i co za tym idzie, lot w drugą stronę został odwołany… Witamy na północy, gdzie nic nie jest pewne a pogoda potrafi zmienić się w ciągu kilku minut w taką, która nas sponiewiera tak bardzo, że nie będziemy wiedzieli gdzie jest północ a gdzie południe. 

Wróciliśmy, posililiśmy się pysznym polskim rosołkiem i … poszedłem na kolejny trening. Trzeba było wykorzystać pogodę, bo na sobotę prognozy były nieciekawe. Temperatura na dużym plusie, wiatr ponad 14m/s i ulewny deszcz… i tak też się stało. Na dworze rozpętał się istny armagedon, ale postanowiłem pójść pobiegać… pobiegać to zbyt mocno powiedziane, bo przy tym wietrze i wszechobecnym lodzie nie dało się posuwać do przodu a co dopiero biec. W gorszych warunkach pogodowych nigdy wcześniej w życiu nie biegałem. Było naprawdę hard. Wiatr wiał z taką siłą, że stojąc w miejscu spychał mnie w dół… jak po równi pochyłej. Level hard poziom 10, ale było GIT! To z biegania wyszło tyle, że zrobiłem całe 6 km i miałem dość. Żeby jednak nie było, to wieczorkiem poszliśmy na pływalnię, tak na Spitsbergenie jest pływalnia i machnąłem dobre 1200 m. Poruszałem się więc troszkę. Dodam, że bilet wstępu na pływalnię kosztował 90 NOK… mają rozmach… Dzionek a raczej wieczór zakończyliśmy w fabryce … piwa… Tak. Nawet na Spitsbergenie produkuje się browar. 

Tak minęła sobota… i był to kolejny rodzaj pogody, z którą miałem do czynienia na Spitsbergenie. + 4 C, deszcz, wichura a wszystko w środku zimy, ale ludzie tutaj sobie  jakoś radzą i dają radę. Nikt nie płacze, że jest zimno czy spadł śnieżek, zagrożenie lawinowe wzrosło do „4” a na stronach z pogodą wszystko świeci na czerwono. Tu mieszkają naprawdę twardzi ludzie i zawsze mi to imponowało. W sobotę wieczorkiem wyskoczyliśmy jeszcze na krótki trip po mieście, do Svalbaru na kolacyjkę z lokalnym złotym napojem i spędziliśmy miły wieczór. 

Niedziela zleciała na pakowaniu i krótkiej pracy na kompie oraz na sesji foto w okolicznej opuszczonej kopalni. 

Potem trzeba niestety trzeba  było zmykać na lotnisko i wracać do domu. LYR > TOS > OSL > CPH > GDA… z drobnymi opóźnieniami oraz mottem na ustach naszych linii lotniczych, z których usług korzystaliśmy… „zgubimy twoje walizki, gdziekolwiek byś nie poleciał„… Więc nasza żółta walizka dotarła dopiero do domu dobre 10 godzin po nas… Taka sytuacja… 

Podsumowując wyjazd. Było super. Mi się podobało, ale mi się zawsze tam podoba. Najważniejsze, że Iwonie się podobało w noc polarną, w zimę w paskudną pogodę i nie zraziła się tym miejscem. Jak mówią lokalni mieszkańcy… Spitsbergen można kochać albo można go nienawidzić… innej opcji nie ma. Myśmy go pokochali. 

Kolejny wypad na północ już w czerwcu… Jakby ktoś się chciał podłączyć, to jest taka opcja. Kontakt na prv a temat będzie do ogarnięcia. Do wyboru dystans maratonu, półmaratonu lub 10 km… Wylot teoretycznie 31 maja wieczorem a powrót 4  czerwca w nocy. 

SPITSBERGEN MARATHON 2018