Spitsbergen Marathon 2018… back to Valhalla !

 

Obawiałem się tego startu, chociaż byłem pewny, że przysłowiową trójkę złamię biegnąc nawet w puchowej kurtce, jednak czy uda się z tego coś więcej urwać tego pewny nie byłem. Nie byłem pewien jak zachowa się organizm po dwóch i pół godzinach biegu, jak zareaguję na ewentualne zmiany tempa oraz na podbiegi, które na Spitsbergenie potrafią sponiewierać podobnie, jak pogoda, która w każdej części trasy była inna. Jechałem na ten maraton, podobnie jak na North Pole Marathon z dużą a nawet bardzo dużą dawką niepewności… Całe szczęście, że kontuzje udało się wyleczyć dzięki staraniom Maćka Czarnego z Centrum Zdrowia i Urody w Redzie, który dwoił się i troił, stawał na rzęsach i zostawał po godzinach, żeby pomóc dość mi do pełnej sprawności. Oprócz walki u Maćka dużo pomógł mi osteopata Pan Grzegorz Ziemba, któremu z tego miejsca równie mocno dziękuję.

Na północ ruszyliśmy w trzyosobowym squadzie. Binczuś – mały wielki człowiek, mój serdeczny przyjaciel i Ania, początkująca biegaczka, która czuwała nad nami, żebyśmy się nigdzie nie zgubili i nie spóźnili się na aeroplana… Nie dała rady bo i tak pomyliliśmy gejty na wylocie z Oslo. Z nami nikt sobie jeszcze nie poradził.

Suma lat tych dwóch panów wynosi 79…

W telegraficznym skrócie… Gdańsk > Oslo > hotel (Dzięki Sławek !!!) > on our do miasta pociągiem, który pociągnął nas po kieszeni dobre 150 pln w obie strony > obiad > hotel > piątek > lotnisko > lecimy… Na miejsce dolecieliśmy w piątek jakoś przed 13 godziną. Na lotnisku tradycyjna fota ze znakiem, w autobus, który prowadził kierowca Jacek (dzięki za podwózkę prawie pod same drzwi!) i do domu, czyli do Provianten u Cioci Oddny, gdzie czekały na nas przygotowane pokoje z karteczkami „Witamy w Arktyce”.

…to MY wandale !

Po szybkim rozpakowaniu klamotów, akcja rozruch z Antonem, który przyjechał z Kalifornii na maraton… i chyba lekko go przeciągnęliśmy, bo po 6 km niespecjalnie świeżo wyglądał a wlekliśmy się w krajoznawczym tempie z opcją włączonego przewodnika. Było mega. Arktyka, Spitsbergen, dziko biegające renifery, świeże powietrze, cisza i spokój. Było GIT do kwadratu ! Po rozruchu obraliśmy tradycyjny kierunek Barents Pub, gdzie uraczyliśmy się pizzą i złotym izotonikiem. O tym marzyłem długi, długo czas. Od stycznia, kiedy w Longyearbyen byłem ostatnio w styczniu. Po obiadku ruszyliśmy do biura zawodów, po numerki, które odbieraliśmy w towarzystwie wielu Polaków, którzy w około 20 osobowej liczbie zjechali się na ten bieg. Było miło i cały piątek zleciał w błyskawicznym tempie. Trzeba było iść spać, chociaż słońce nawet o 23 waliło mocno po oczach, ale taki jest urok polarnych dni, kiedy 24 / 24 jest jasno jak w dzień.

Sobota… dzień kota…

7:00 pobudka… lekkie śniadanko, dwie kromki chrupkiego pieczywa z miodem i dżemorem, herbata, flaszka koksu, krótki spacerek i koncentracja, koncentracja i jeszcze raz koncentracja na start. Całą trasę miałem doskonale wgraną do głowy, znałem każdy centymetr, każdy podbieg, każdy zbieg i każdy zakręt, czyli miałem ją rozpracowaną na czynniki pierwsze. To bardzo ważne i wielu biegaczy nie przykłada do tego uwagi a potem w połowie trasy są mocno zdziwieni.

Plan na bieg był prosty. Nie fisiować, trzymać grupę i być czujnym jak ważka. Trzeba było ocenić rywali i wyczuć ich mocne i słabe strony. Swoje mocne i słabe znałem… tym bardziej, że tych pierwszych nie było, ale o tym wiedziałem tylko ja. I dobrze. Na początek oczywiście krótka rozgrzewka. 2 km spokojnego truchtu z dużą gamą ćwiczeń i lekkim rozciąganiem a w głowie… znowu metodycznie kilometr po kilometrze ogarniałem trasę i wizualizowałem cały bieg. Dawno nie byłem tak nakręcony i tak zmotywowany jak podczas tego maratonu. To zadziałało idealnie.

kilkaset metrów po starcie…

O 10:00 ruszyliśmy… Pierwszy km jest dość trudny, wiedzie cały czas pod górę, ale tu od razu uplasowała się mała grupka, którą bacznie obserwowałem. Zacząłem rozkładać zawodników na czynniki pierwsze, czyli analizowałem sposób poruszania  się, krok biegowy, ubiór i wsłuchiwałem się w oddech. Dużo wniosków można było z tego wyciągnąć. Pierwszy km spokojnie 4’17, drugi mocniej bo z górki i tu pierwsza obserwacja, jak reaguje grupa na szarpnięcie i na szybszy zbieg… 3’47 i spokój. Trzeci km w 4 minuty i krótka rozmowa z Niemcem, który biegle mówił po polsku. Kolejne kilka km przegadaliśmy, szczególnie że tempo nie  było zbyt wymagające. Na 5 km km mieliśmy 20:08 i tu zaczęła się zabawa w berka. Wychodziłem na czoło i tempo rosło do 4 z małymi sekundami a nawet poniżej.

okolice 5 km

Chowałem się w grupę, biegliśmy w 4 osoby, tempo spadało do 4 kilkanaście… Po nawrocie na około 8-9 km zostałem sam z Holendrem. Reszta została z tyłu. Holender przyczepił się do mnie, jak rzep do psiego ogona, co mnie lekko irytowało. Nie chciał dawać zmiany… Zwolniłem do około 4’15 i czekałem na pierwszy podbieg w mieście. Tam lekko podkręciłem obroty a na kolejnym zbiegu depnąłem na 3’47… odjechałem jak młodemu, ale… zaczekałem grzecznie na dole zbiegu, żeby zobaczyć, czy rywal podejmie kolejne wyzwanie pod kolejną ostrą górkę około 16 km i jak się zachowa na następnym ponad 3 km podbiegu… Na 15 km wziąłem pierwszy żel i ruszyłem pod górkę bez kompromisów… Holender został. Przycisnąłem na długim podbiegu utrzymując tempo w okolicy 4’15 i odjechałem Holendrowi…

zbieg na 13 km

Na półmetek wbiegałem jako pierwszy, ale to była dopiero połowa 42 km biegu i jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Czas, jaki zanotowałem to 1:26:33.  Coś trzeba było zrobić i zgodnie z ideą „no risk no fun” trzeba było przyspieszyć i zrobić przewagę na zbiegach, na podbiegach a na prostej utrzymać w miarę komfortowe tempo, ale na podbiegu na 22 km lekko wolałem odsapnąć, więc spokojnie pobiegłem w 4’18 a potem rura… 3’45, 46, 47, 4’01, 3’50, 4’00, 3’55, 4’00, 3’57, 56, 4’09, 3’58, 50, 4’02, 06 po czym uspokoiłem tempo gdyż wiedziałem, że Holender musiałby pójść po 3 minuty z małym ogonkiem, żeby mnie dogonić… Ostatnie 5 km zrobiłem w 21’04 i po raz drugi wygrałem Spitsbergen Marathon, tym razem z czasem 2:52:27, czyli o 2 minuty szybciej niż dwa lata temu. Na drugiej pozycji finiszował Holender Erben Wennemars dwukrotny brązowy medalista olimpijski, wielokrotny medalista mistrzostw świata w łyżwiarstwie szybkim o czym dowiedziałem się później. Erben uzyskał czas 3:00:12 a trzeci zawodnik z Rosji minął metę 27 sekund po Holendrze.

Foto: Christopher Engås

W półmaratonie Binczuś zajął czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej oraz 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Ania natomiast pobiegła swoje co miała pobiec i przede wszystkim minęła metę z bananem na ustach i flagą Politechniki Gdańskiej w górze.  Maraton i półmaraton ukończyło w sumie 20 reprezentantów naszego kraju, co świadczy o coraz większej popularności tej imprezy wśród naszych rodaków.

Zwycięstwo w Spitsbergen Marathon 2018 dedykuję mojemu Tacie, który odszedł do lepszego świata w styczniu tego roku. Wiem, że tam na górze trzymałeś za mnie kciuki… Do zobaczenia… 

prev
next