Moja Arktyka…

W niedalekiej przyszłości…

Wylądowałem. Jest 11 września i dokładnie 5 lat temu, 11 września 2015 roku po raz pierwszy moja noga stanęła na tej nieprzyjaznej człowiekowi ziemi, gdzie matka natura na każdym kroku dyktuje swoje prawa. Jeżeli nie będziesz ich przestrzegać zginiesz. Nie pomogą ci super ubrania, wyszkolenie, nic ci nie pomoże i nikt ci nie pomoże. Jesteś tu tylko gościem, gościem, który ze swoimi butami najechał niegościnną północ. Jesteś tu tylko nieproszonym gościem, gdzie królem jest Ursus maritimus który wita gości od razu na lotnisku. Niby nie robi na mnie wrażenia, gdyż jestem tu chyba dziesiąty raz, ale nigdy tak zuchwale nie pchałem się prosto w jego paszczę i wiem, że tym razem stoję z góry na przegranej pozycji… Jestem tego świadomy i taki sobie oto prezent wybrałem na okrągłe czterdzieste urodziny…

Iwona nie była tym pomysłem zachwycona, ale przez dwa lata pracowałem nad tym, żeby jak najmniej martwiła się o mnie i była pewna, że jestem do tego jak najlepiej przygotowany. Czy jestem ? Cholera wie. Jedyne co wiem, to że jestem obsrany ze strachu jak myślę co mnie czeka i co może się stać. Jestem realistą chłodno patrzącym na życie rozkładając je na czynniki pierwsze starając się nie podejmować zbyt wielkiego ryzyka, ale… pewne rzeczy są ode mnie silniejsze. To jak nałóg. Jak narkotyk. Jak coś, czemu za żadne skarby nie da się oprzeć. To jak pierwsza miłość, pierwsza dziewczyna, pierwszy pocałunek. Coś co ciągnie, podnieca, powoduje, że na samą myśl na głowie jeżą się włosy a w brzuchu latają motyle… Arktyka… tak jej na imię…

Najważniejsze, że jestem na miejscu i mogę się skupić na zadaniu. Pełna koncentracja, skupienie i metodyczne krok po kroku wykonywanie czynności. Nie ma miejsca na błędy, na pomyłki. Za długo na to czekałem i teraz jest ten dzień. Wszystkie kwity już dawno leżą na biurku Sysselnanna (nie wiem, czy tak to się odmawia) więc może lepiej napiszę po polsku, gubernatora, więc teoretycznie nie powinno być żadnych problemów. Teoretycznie, bo praktycznie tu wszystko zmienia się tak szybko, jak pogoda. Teraz świeci słońce i jest przyjemne + 7 C a za godzinę nieoczekiwanie może spaść śnieg z deszczem i nadejdzie taka zawierucha, że wszystkie przyziemiające maszyny zaczną być zawracane na kontynent, do Tromso. Może być jakaś afera na wyspie i nie będzie zgody na akcję… Taki jest Spitsbergen, nieprzewidywalny jak kobieta… Po raz kolejny chciałoby się zadać pytanie, co do diabła mnie tu ciągnie i dlaczego pcham się tam, gdzie nikt o zdrowych zmysłach z własnej nieprzymuszonej woli nie chciałby iść… ale nie ma czasu na głupoty. Czas ucieka a czas to pieniądz, szczególnie tu, na dalekiej północy.

Ufff. Bagaż doleciał bo bez tego byłoby ciężko. Biorę torbę, mijam podnieconych turystów z Azji strzelających sobie zdjęcia przed lotniskiem ze znakiem drogowym z miśkiem i ruszam z buta do Provianten, gdzie czeka na mnie Oddny. Specjalnie nie chciałem, żeby po mnie wyjeżdżała. Po raz pierwszy będąc tu, chciałem przejść z buta drogę z lotniska do miasta. Nie autobusem, nie czarnym Foresterem, ale na własnych nogach z plecakiem na plecach. Jakieś pięć kilometrów z buta jeszcze nikomu nie zaszkodziło a poza tym może tym udobrucham moją Arktykę i matka natura okaże się dla mnie łaskawa. Mam taką nadzieję a nadzieja zawsze … umiera ostatnia.

Koniec pitu pitu, zagęszczam ruchy bo coś pogoda się psuje. Z północy nadciągają ciemne chmury i chyba będzie padać. Pięć kilometrów czyli szybkim marszem będzie jakieś 50 minut. Idę. Maszeruję. Jestem wolny. Jest super. Rześkie północne powietrze penetruje moją krzywą przegrodę w nosie i radośnie smarcząc szczerzę zęby do mijających mnie kierowców, którzy gestem ręki zapraszają mnie do środka. Tu każdy każdego podwiezie i nie ma w tym nic dziwnego. Takie miejsce, gdzie bez pomocy drugiego człowieka byłoby ciężko. No właśnie. Bez pomocy drugiego człowieka… ale co tam. Kto nie ryzykuje nie pije szampana, chociaż lepiej by pasował tu cytat Horacego

Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie.
Jaki nam koniec gotują bogowie,
I babilońskich nie pytaj wróżbiarzy.
Lepiej tak przyjąć wszystko, jak się zdarzy.
A czy z rozkazu Jowisza ta zima,
Co teraz wichrem wełny morskie wzdyma,
Będzie ostatnia, czy też nam przysporzy
Lat jeszcze kilka tajny wyrok boży,
Nie troszcz się o to i … klaruj swe wina.
Mknie rok za rokiem, jak jedna godzina.
Wiec łap dzień każdy, a nie wierz ni trochę
W złudnej przyszłości obietnice płoche.

Tak, to będzie chyba najlepsze i najbardziej dosadne podsumowanie tego co sobie wymyśliłem i generalnie… dobra, nieistotne. Czas ucieka, zegar tyka. Jeszcze dziś muszę ogarnąć tematy łodzi, broni, amunicji i jak się uda to wszystkich pozwoleń, bo reszta jest załatwiona i przyjemnie gniecie mnie w plecy, bo coś kiepsko poukładałem wszystko w plecaku. Generalnie wyglądam teraz jak wielbłąd dwugarbny i chyba stąd te zatrzymujące się co chwilę samochody. GPSy dwa, jeden w zegarku, drugi licznik rowerowy, no co. Tam przynajmniej za free wgrałem mapy Spitsbergenu a takie muszę mieć, więc jest git. Do tego nadajnik SPOT X, podrukowane mapy, trochę makulatury, kompas, kilka zestawów ciuchów, żarcie, specjalny plecak przystosowany do noszenia długiej broni, kabura na magnum, kamerka GoPro… masakra. Kto to wszystko będzie nosił i to przez tyle kilometrów. Ba, nosił to najmniejszy problem, ale kto z tym wszystkim będzie biegł… ?

Biegł… jak to łatwo powiedzieć. O właśnie. Zamiast Horacego lepiej odpalić sobie Piotra Szczepanika. Bardziej pozytywny kawałek, więc trzeba go wgrać w głowę i odpalić auto powtarzanie. Biegać – jak to łatwo powiedzieć. Biegać – tylko to więcej nic. Bo bieganie jest niepokojem, nie zna dnia który da się powtórzyć… czy jakoś tak…

Dobra, jestem na miejscu. Trzeba zdjąć buty, przywitać się z Ciocią, odpocząć chwilę i zabrać się do roboty a roboty jest sporo. Oby tylko pogoda dopisała…

Teraz najlepsze… na tym zdjęciu, które zrobiłem 12 września 2015 roku jest niedźwiedź polarny… Pytanie – gdzie jest misio ?

…ciąg dalszy nastąpi.

prev
next