Baltic Cup 2018 – powrót do korzeni…

Pierwszy raz w Pucharze Bałtyku w Biegu na Orientacje brałem udział w 1996 roku, jako zawodnik gdyńskiej Floty. Biegaliśmy w nadmorskich lasach w okolicach Lubiatowa, Kopalina i bodajże Białogóry. Było to dość dawno i nie pamiętam dokładnie, ale z tych zawodów zapamiętałem trudny techniczny teren, bogatą mikrorzeźbę, bagienka i przebieg po plaży… Zawsze lubiłem tą imprezę. Było fajnie. Kolejne puchary były rozgrywane w Rumi, Białogórze a ostatni, w którym brałem udział w Choczewie. Był to bardzo pamiętny start,  z bardzo dobrze skoordynowaną integracją polskiego środowiska orienteeringu, w którym udział wzięli przedstawiciele klubów z całej Polski. Wspomnę tylko, że wszystko miało miejsce na polu namiotowym… BnO pełną gębą. Potem skończyłem karierę i w Balic Cupie wystartowałem dopiero w 2015 i 2016 roku, jako element treningu, uatrakcyjnienia i oderwania się od ulicznej rzeczywistości. Bawiłem się rewelacyjnie mimo tego, że daleko było mi do formy „orientalistycznej” z lat 90 tych. W tym roku postanowiłem znów wrócić do korzeni i wziąć udział w tej imprezie oraz tydzień później w Grand Prix Pomorza, czyli zaliczyć 6 startów w 14 dni. To by było tytułem wstępu…

kompas, numer startowy, chip, mapa…

Do tegorocznej edycji zgłosiłem się do kategorii wiekowej M 35 i z wielką niecierpliwością czekałem aż organizator poda długości tras i ilości punktów do zaliczenia. Dla niewtajemniczonych BnO to ganianie po lesie z mapą i kompasem i szukanie punktów rozstawionych wcześniej przez organizatora. Punkty należy zaliczyć wszystkie w podanej kolejności. Brak jakiegokolwiek punktu oznacza NKL, czyli dyskwalifikację. Jak ktoś dostał „enkaelę” to znaczy, że został NieKLasyfikowany. Kilka razy w dziesięcioletniej karierze zdarzyło mi się to, ale nie więcej niż 5 razy. Uważam to za dobry wynik. Zawsze starałem się walczyć do końca mimo tego, że były biegi, podczas których w lesie siedziałem bardzo długo. Cóż, taki sport.

W końcu nastał ten dzień i organizatorzy, czyli UKS Siódemka Rumia, opublikował listy startowe oraz parametry tras. W BnO każdy z zawodników startuje sam a nie wszyscy naraz i dlatego każdy ma inną minutę. Teraz tego nie ogarniam, ale kiedyś był sprint, klasyk, long i później, parkowe. Teraz podobno jest ultralong a klasyk zrównał się z longiem, albo jakoś tak. Nie istotne.

lista startowa

Wracając do sedna. Podano parametry, minuty i odkryto wszystkie karty. Organizator nie uniknął jednak małej wtopy, na którą się nadziałem, gdyż w biuletynie 1 wpisał przy E1 skalę mapy 1:15 000 a finalnie skala była 7 500, no ale ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Co do dystansów. Może wydać się to śmieszne, ale na E1 miałem do pokonania (w linii prostej) 4,6 km i 15 punktów, na E2 8 km i 17 punktów a na E3 5,7 km i 14 pk. Wygląda niepozornie i wręcz komicznie, ale proponuję udać się do lasu, zejść ze ścieżki i wykonać w jagodzinach oraz po bagienkach 8 km skipuA czytając przy tym mapę… tak to mniej więcej wygląda. Można się zmęczyć a do tego trzeba cały czas myśleć i być w 200% skoncentrowanym. Chwila dekoncentracji i robi się po zawodach… dlatego taki trudny jest ten sport a z drugiej strony taki piękny i niepowtarzalny. Można biegać dziesiątki razy na tej samej mapie, w tym samym terenie a ustawić różne trasy. To nie to samo, co szosa, albo… bieganie na biegunie, ale o tym będzie później.

Etap pierwszy 

Gdynia > Leśniewo, w miejscu, którego nawet nawigacja wujka google nie potrafiła zlokalizować, ale od czego są lampiony przy newralgicznych skrzyżowaniach. Jazda, jazda, jazda i po niespełna godzince dotarłem do centrum, zawodów, które przeniosło mnie do roku 1990, kiedy zaczynałem przygodę z tym sportem. Praktycznie nic się nie zmieniło, oprócz elektroniki i zmian kategorii. Wtedy było KM 10 N, K/M 11, 13, 15A, 15B, 17A, 17B, 19A, 19B… kto biegał, ten pamięta. Dojechałem, pokręciłem się chwilę po polanie, pogadałem ze znajomymi, odebrałem SI (Sport Ident), czyli chipa, numer startowy i można było się przebierać i iść (kuśtykać) na start. Do startu było około 250m, więc bliżej niż dalej. Krótki marsz, stacjonarna gimnastyka, koncentracja… a raczej dekoncentracja i do boksu. Tam wziąłem opisy punktów, potem mapę i można było biec… W głowie cały czas miałem wbitą skalę z biuletynu 1:15 000, ale od razu coś mi nie grało. Teren za szybko leciał… zerknąłem i skala była o połowę mniejsza, czyli 1 cm na mapie oznaczał 75 m w terenie. Łatwo się zagalopować i tak właśnie mijał ten etap… Galopem, gdzie oczy poniosą.

Jedynka czujnie. Przecinką do drogi i spokojnie w lewo, jedna ściecha, druga i mulda. Punkt. Dwójka spokojnie, czysto, mulda, punkt. Trójka podobnie. Bez fisiowania, suchy rów i mamy go. Czwórkę lekko zepsułem, trzymałem się kierunku, ale lekko mnie zniosło i nieczysto wszedłem w górkę. Musiałem się chwilę pokręcić, ale w końcu udało się. Myślę, że straciłem niecałą minutkę. 5 i 6 bez historii, 7 podobnie, chociaż tu zepsułem wariant. Za bardzo poszedłem w prawo do drogi i dobre 30″ w plecy. 8 idealnie, ale na 9… popłynąłem jak młody. Zachciało mi się rumakować i poczułem moc pod butem. Droga i rura… najlepsze to, że wchodziłem pewnie, z prawej strony złapałem żółte, małą ścieżkę z lewej, przecinkę i nie wiem jak, ale kręciłem się wokoło punktu dobre 4 minuty… lipa na maxa. Kolejny punkt na lekkim wkurzeniu, niecka i jest. Jedenastka spokojnie. Do drogi, skarpa, zielone niecka, punkt. Dwunastka w mega syfie. Zielono, krzaczory, jagodziny, skrzyżowanie suchego rowu, lekkie machnięcie, ale jest. 13, 14 i 15 bez problemów. Czysto, ale za wolno. Ostatni punkt i finisz. Miałem bekę z siebie, bo raz że kuśtykałem jak paralityk a dwa, że ścigałem się z dziewczynką, która była o połowę niższa ode mnie a nadawała naprawdę mocne tempo. Najważniejsze, że dobiegłem i znalazłem wszystkie punkty. Czas co prawda był daleki od doskonałości, zrobiłem kilka drobnych błędów ale jeden kolosalny, na ponad 4 minuty. To zaważyło, że w kategorii byłem dopiero 7 z czasem 39:59. Pierwszy zawodnik miał 28:38… Myślę na chłodno, że gdyby nie duży błąd na 4 minuty to byłbym spokojnie na 3 miejscu. Gdyby… gdyby babcia miała wąsy… W każdym razie było GIT i z dobrym humorem czekałem na kolejny etap.

Etap drugi

Long… czyli długie bieganie. Całe 8 km, czyli w realu gdzieś koło dychy po krzakach i bagnach. Zapowiadało się pysznie, gdybym tylko mógł w pełni sprawnie poruszać się do przodu… a nie kuśtykać, ale cóż. Nie ma lekko. Tym razem plan był bardziej precyzyjny a do biegu przystąpiłem z hasłem „tylko spokój może nas uratować” i tak też było. Zaopatrzyłem się w opiśnik, czyli takie coś na rękę, w co wkłąda się opisy punktów i podreptałem z Iwoną i teściem na start.

Full koncentracja… no prawie… rozgrzewka stacjonarna i do boksu… gdzie na samym końcu zagadałem się ze znajomym tak solidnie, że wybiegłem do lasu… bez mapy. Głupi Suchy ! Całe szczęście po kilku krokach skumałem, że czegoś mi brakuje, wróciłem się i pobiegłem przed siebie… do lasu… po punkty, przez bagna, wrzosowiska, jagodziny…

W końcu jakaś normalna skala, 1:10 000, czyli 1 cm na mapie = 100m w terenie Jak kiedyś się ścigałem, to biegało się na piętnastkach a na dyszkach od wielkiego dzwonu. Teraz jest odwrotnie i chyba dobrze. Dyszka jest spoko, dużo widać i można pewnie biegać. Jedynka banalna. Droga, górka, kamień. Dwójka… oj działo się, działo. Przebieg na dobry kilometr i trzeba było naprawdę cały czas być na full skupionym, żeby nie popłynąć. Poszedłem z lewej strony. Dróżka, rozwidlenie, kolejna i idealnie wypadłem na skrzyżowaniu przecinek w żółtym. Przecinkami do grubej drogi i potem drogą, ścieżką i bagienko. Pięknie. Trójkę też wziąłem od lewego, płot, ścieżka, bagienko. Czwórka luźno, w krzakach, wzdłuż bagienka, piątka… kolejne wyzwanie, ale spokojnie do zrobienia. Przelazłem przez zielone i ścieżkami, przecinkami do grubej drogi. Za mostkiem w lewo ścieżkami aż do dużego skrzyżowania i dalej przecinkami w syfie na punkt. Koniec rzeczki. Szóstkę zepsułem. Wywaliło mnie za bardzo w lewo i straciłem na moje oko dobre półtorej minuty. Siódemka luz, ósemka luz, bez historii, 9 i 10 podobnie. Pewny wariant, pewny punkt ataku i krok po kroku do celu. W drodze na jedenastkę wziąłem kubek z wodą i znów ścieżką, potem na kreskę przez żółte wprost na muldę. Dwunacha rura do płotu i dalej przez zielone do drogi na około na punkt…Dobiegając do 13 pk zorientowałem się, że czegoś mi brakuje. Zgubiłem chip… UUUU. Poważna sprawa, walić już koszty, ale to oznaczało jedno NKL… czyli dyskwalifikację. Lipa na maxa. Porażka po całości. Przed punktem rzuciłem kilka solidnych  epitetów pod nosem, na które skwitował jeden z zawodników, z młodszej kategorii „to nie to samo, co bieganie na biegunie” było to trafienie idealnie w punkt. Dla rozładowania atmosfery i szczerze… bardzo mi się spodobało i wszystkim o tej sytuacji opowiadam. 14 punkt czysto, 15 też, 16 również, 17 i meta… Podszedłem do Szymera, który obsługiwał SI i zakomunikowałem prosto. Zgubiłem chipa… i było już po zawodach. Przy moim nazwisku znalazł się zapis NKL i mogłem się pakować, ale na pocieszenie pozostał fakt, że nabiegałem 74:25 czyli trzeci czas dnia i po obu dniach byłem na 4 pozycji z czasem 114:24. Do trzeciego miejsca traciłem 1:26… Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Byłem nakręcony na niedzielne ściganie i miałem zamiar się odkuć, ale jak często bywa, to na zamiarach się kończy a rzeczywistość szybko weryfikuje plany… W międzyczasie, w oczekiwaniu na Suchego, Iwona z teściem piknikowali i raczyli się specjałami, czego dowodem jest zdjęcie zamieszczone poniżej… Jedni się męczą inni piknikują…

Etap trzeci

W głośnikach IRA, album „Mój dom”, pusta szosa i jazda… Reda > Wejherowo > Leśniewo… skręt w prawo i na parking. Żłopuś walnął focha i zdechł. Objawy, jak poprzednio. Przegub ? Oby nie półośka… cóż. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Szybka analiza, kalkulacja, przepak, kilka telefonów i marsz, marsz, marsz. Do boju marsz. Zwycięstwo czeka nas… Po drodze zgarnął mnie Pery z Ostródy, z którym nie raz i nie dwa wypiliśmy morze żółtego vitargo za czasów świetności i po chwili znalazłem się w centrum zawodów. Dzięki ziom. Nie pozostało nic innego, jak przebrać się i wystartować. Marszem na start, rozgrzewka, koncentracja… i do lasu. Tym razem zabrałem mapę, ale nie mogłem się skupić na biegu. Starałem się, ale niestety nie szło. Głowa była gdzieś indziej a nogi jeszcze w innym miejscu. Błąd za błędem. Głupie warianty, głupie miejsca ataku, że szkoda o tym pisać. Nie szło za żadne skarby świata, ale doleciałem do końca… i to by było na tyle. Nawet nie chciało mi się analizować przebiegów. O czasie nie ma co gadać. Szkoda klepania w klawisze. Trzeba było ogarnąć lawetę i wrócić domu. Szkoda, ale siła wyższa… Tak bywa.

Krauzik, ziomek z Pyrlandii i Suchy, kiedyś nosił irokeza, teraz ma łysą glacę 

Podsumowując zawody. Było GIT. Mimo kuśtykania, błędów, zgubionego chipa, NKL, sfochowanego samochodu było GIT! Bawiłem się doskonale i ganiałem jak dzik po polu. Tego było mi trzeba i o to chodziło. Zrobiłem mocny trening siłowy. Spotkałem wielu starych znajomych i po raz któryś przekonałem się o wyższości lasu nad ulicą (ale to zabrzmiało)… Myśląc o przyszłości wiem i jestem przekonany, że zawody w BnO na stałe zagoszczą na mojej liście imprez i nie będą to przypadkowe, wyrwane z rękawa starty, ale…

…sezon 2019 zapowiada się ciekawie i różnorodnie.

PS. mój pierwszy „wyjazd” poza województwo na zawody…Puchar Miast Targowych Europy, 1991 rok, kategoria M11. Ktoś biegał ?

prev
next