Sto sześćdziesiąt sześć…

Nie chcę zapeszać, więc lepiej odpukam w niemalowane, splunę przez lewe czy prawe ramię, ale… nie jest źle. Udało się przerobić kolejny całkiem fajny tydzień i przez chwilę minęły mi obrazy sprzed kilku lat, kiedy taka tygodniowa objętość była na porządku dziennym. Ba, odszukałem największy 3 tygodniowy mikrocykl, jaki zrobiłem w treningu do maratonu i wyszło 640 km… 640 km w 3 tygodnie i nie chodzi tu o ilość, ale o jakość z ilością. Przetrwałem w jednym kawałku i czułem się wyśmienicie. Ale to już było i nie wróci więcej… Jednak fajnie wrócić do starych dzienniczków, treningów, prędkości… aż przez chwilę przeszła mi w głowie myśl, że może znowu… może jeszcze raz jeszcze? Ale nie… Odpaliłem szybko filmik i szybko mi przeszło.

Robi wrażenie… i jak dla mnie 100 razy większe niż ponad 40 tysięczne stado biegaczy galopujących po berlińskich, czy nowojorskich ulicach i właśnie dla takich widoków, chwil, miejsc warto będzie zmodyfikować swój trening, który powoli, z dnia na dzień staje się coraz bardziej ukierunkowany pod takie „zabawy”, pod znakiem których stanie 2019 rok.

Wracając do samego tygodnia, to miałem trochę więcej wolnych dni za robotę przy Biegu Niepodległości i można było wyspać się (spałem nawet 8 godzin !!!) i porządnie polatać po lesie. Zrobiłem ciekawy trening i mam nadzieję odda on 13 grudnia na Antarktydzie, gdzie zmierzę się z królewskim dystansem na kolejnym kontynencie. Mroźnym kontynencie.

Poniedziałek – tradycyjnie, ustawowo wolne.

Wtorek – wiadomo, siła biegowa i dwusetki pod górę…

Środa – dwie ósemki ciągłego w lesie na HR i dyszka wieczornego rozbiegania po osiedlu…

Czwartek – zabawa biegowa 10 x 2′ – oczywiście w lesie, oczywiście na góreczkach i oczywiście bez zerkania na jakiekolwiek parametry. W 100% na samopoczucie…

Piątek – czternastka ciągłego, w lesie, na góreczkach i na tym treningu chciałbym bardziej się skupić. Niby nic, niby luz, ale… Zaczął mi kilka dni wcześniej szwankować pulsometr a gremlin krzyczał, że bakteria w opasce ma dość. Kupiłem więc nową, zamontowałem, ale nie sprawdziłem czy działa. Byłem przekonany, że działa i z takim nastawieniem poszedłem na trening. Plan, trzymać się 170 – 175 i nie fisiować, nie ujechać się i na spokojnie przeżyć kolejny mocny akcent. Po dojechaniu do lasu i odpaleniu pulsometru okazało się, że nie ma odczytu HR… parowałem, buforowałem, wciskałem, klikałem, wduszałem, resetowałem… nic. Lipa. Jak nie trybi, tak nie trybi, albo on, albo ja… Miałem dwie opcje. Albo wrócić do domu i pomajstrować przy opasce, albo pójść w las i zrobić swoje. Wybrałem oczywiście opcję numer dwa… Postawiłem wszystko ja jedną kartę i ustawiłem program „56„, czyli 56 minut 14 km ciągłego bez zerkania na jakiekolwiek parametry. Kropka. Jak zaplanowałem i postanowiłem tak zrobiłem. Zegarek pod bluzę i jazda… Co km było „pip” i tylko dzięki temu wiedziałem ile km mam w nogach. Biegłem w 200% na samopoczucie. Mocno, ale z zapasem i przede wszystkim „tlenowo”. Trochę znam swój organizm i wiem, jak reaguje na różne obciążenia. Kiedy jest pod korek i na full a kiedy jest zapas i równowaga. Ogarnąłem 14 piknięć i nacisnąłem przycisk STOP. Wyszło… 55’28, czyli o 32 sekundy szybciej, niż planowałem a laktometr wskazał 2,2 mmol/l. Idealnie i to bez kontroli jakichkolwiek parametrów.

Dlaczego o tym piszę? Z jednego prostego powodu. Nie jestem i nie chcę być NIEWOLNIKIEM zegarków jakiejkolwiek maści i marki. Biegając kiedyś akcenty na szosie, kontrolowałem odcinki co 500m i właśnie w taki sposób nauczyłem się biegać równo na zadanych tempach. To procentowało i nadal procentuje właśnie na zawodach oraz na treningach. Sporo osób biegających wyłącznie wg wskazań GPS na zawodach gubi się i zamiast nabiegać dobry wynik, gania od krawężnika do krawężnika jak pijany zając a międzyczasy na poszczególnych kilometrach potrafią różnić się nawet o kilkanaście sekund a niekiedy i więcej… co to oznacza w przypadku maratonu nie muszę pisać. Cóż… a potem słyszę, że wieżowce, zakręty, tłum, źle oznaczone kilometry… a tak finalnie to wiadomo przecież, komu przeszkadza rąbek u spódnicy…

…wieczorem na stadionie zrobiłem jeszcze 10 x 200 od 36 do 32″ i tym przyjemnym akcentem zaliczyłem dzień.

Sobota – spokojne rozbieganie…

Niedziela – ostatnia 30 stka przed maratonem…

Poniedziałek – tym razem trening i siła zróżnicowana i z 166 km zamknąłem tydzień.

Było git!

Jeszcze trzeba przetrwać bieżący tydzień, który z uwagi na miliard różnych dziwnych tematów będzie chyba najbardziej wariacki i nieprzewidywalny a do zrobienia jest trochę km w tym w sumie 30 km akcentów i można będzie powoli zjeżdżać z objętości i intensywności koncentrując się coraz bardziej na starcie.

W tym maratonie obawiam się jednego i nie jest to pogoda. Nie jest to temperatura – 30 C czy zimniej, nie jest to wiatr, nie jest to śnieg, ale jest to długa i dość uciążliwa podróż. Mimo, że wszystko zaplanowaliśmy całkiem rozsądnie, to są tematy, na które nie mam wpływu. Podróż… piątek: Reda > Łorsoł, sobota / niedziela: Łorsoł > Rzym > Santiago, poniedziałek: Santiago > Punta Arenas, środa > Antarktyda… a co za tym idzie, to samoloty, lotniska, hotele, zmiany stref czasowych, zmiany klimatu, różne jedzenie… można by tu wymieniać i wymieniać a wiadomo, jak działa organizm w szczycie formy. Trzeba będzie się bardzo mocno pilnować i nie zrobić jakiegoś głupstwa, chociaż jak wspominałem wyżej, od pewnych rzeczy człowiek nie jest zależny…

Usposobienie człowieka jest jego losem – Sokrates

 

prev
next