Reda > Warszawa > Rzym > Santiago de Chile > Punta Arenas… ON TOUR !!!

foto. zwierzosfera.pl 

Miałem się wyspać, odpocząć i zrobić dwa treningi a może i trzy, a… ani nie odpocznę, ani się nie wyśpię i zrobię jeden krótki rozruch. Cóż, najwidoczniej tak miało być, ale od początku. Bo trochę się wszystko rozjechało, tak tu bywa, na dalekim południu o pięknych współrzędnych geograficznych 53 S i 70 W.

Tak to mniej więcej wygląda. Reda > Punta Arenas, ale to jeszcze nie koniec. Z Punta trzeba dolecieć na Antarktydę, na lodowiec Union Glacier a to około 4,5 godzin lotu a z „lotniska” usytuowanego na „Blue Ice Runway” jakieś 30 minut „snowcatem” do obozu. Jazda bez trzymanki, szczególnie patrząc na to z perspektywy zbliżającego się maratonu… no, ale do rzeczy. Do sedna.

Z Redy wyjechaliśmy w piątek po godzinie 14. Reda, Gdynia, PKP do Warszawy i z Warszawy w sobotę z rana samolotem do Rzymu, gdzie na chwilę wyskoczyliśmy do miasta i na pizzę. Z Rzymu o godzinie 22 do Santiago de Chile. Jedyne 15 godzin i 15 minut lotu. To był chyba najdłuższy lot w jakim brałem udział. Tym razem padło na włoskie linie AlItalia i wcale rewelacji nie było.  Fatalne jedzenie, niewygodne fotele… ale najważniejsze, że dolecieliśmy w jednym kawałku i walizki się nie zgubiły, chociaż i na to byłem przygotowany. Większą większość ciuchów miałem ze sobą na grzbiecie i w plecaku. Wszystko na wszelki wypadek. OK. Dolecieliśmy do Chile, do Santiago. Na dworze było prawie + 30 kresek… ufff jak gorąco, pufff jak gorąco. Masakra, nie ma jak z PLUS 30 na MINUS 30. Aha, zapomniałem. Jeszcze jedna akcja była i to na lotnisku. Akcja (prawie) prowokacja.

Lecąc na inny kontynent generalnie nie można ze sobą zabierać dziwnych tematów, jak nasiona roślin, owoców czy warzyw, gatunków inwazyjnych, które mogłyby jak króliki zaatakować lokalne gatunki roślin czy zwierzaków. Do takich gatunków należą min nasze banany… i mimo, że o tym wiedzieliśmy, to co zrobiliśmy ? Znaczy się nie ja. Iwona ! Bo już drugi raz mnie tak urządziła. Wsadziła banana do podręcznego bagażu, który dała mi wraz ze swoją walizką i uciekła sikać. Ja w tym czasie dreptałem sobie przez lotniskowy korytarz z plecakami i walizkami. Tup, tup, tup. Noga za nogą… aż nagle podeszła do mnie kontrola, czyli lokalna policja z pięknym psiakiem rasy Labrador. Misiak śliczny i ślicznie się ucieszył mogąc obwąchać nasze bagaże a jeszcze bardziej ucieszył się, kiedy wyniuchał… banana. Uuuuuu. Zrobiło się wesoło, bo pani właścicielka psiaka momentalnie nakleiła wielką czerwoną naklejkę na plecak, który pieseł obwąchał. Po nim przyszedł drugi pieseł, który również miał mega radochę kiedy wyniuchał banana. Dostał za to w nagrodę przysmak. Mądry psiak a Iwony, jak nie było, tak nie było…. sikała sobie w najlepsze a ja w tym czasie zostałem zatrzymany za przemyt banana !!! Kiedy ja leżałem zakuty w kajdankach na glebie z nosem w bananowym sosie a nade mną kłębiła się setka policjantów z psami Iwona radośnie wracała z toalety. Hyc, hyc, hyc. Hop, hop, hop… Oczywiście to żart z tą „glebą”, ale rewizja była, całe szczęście że nie osobista… i banan został naklejony na specjalną kartę za pomocą czerwonej taśmy, która wcześniej znalazła się na Iwony plecaku. Taka sytuacja… ale całe szczęście wszystko GIT się skończyło i po zamówieniu uberka pojechaliśmy do hotelu… Obiadek, spacerek, relaksik, spać bo rano >>> airport i lot do Punta Arenas. Dobrze wyczułem, że będzie duży ruch na lotnisku i do samolotu wbiegliśmy na kilka minut przed zakończeniu boardingu. Był razem z nami Tomek, który również będzie biegł maraton na Antarktydzie.

Podróż minęła spokojnie, z wyjątkiem turbulencji, do których już się przyzwyczaiłem. Telepało dość mocno, szczególnie w chmurach. W każdym razie wylądowaliśmy, nasze bagaże również wylądowali, wzięliśmy taxę i pojechaliśmy do hotelu. Meldunek i na obiad. Makaronik, napój bogów, powrót do hotelu i oczekiwanie na … obowiązkową kontrolę sprzętu !!! Byłem generalnie pewny siebie, że wszystko będzie ok, ale po jakimś czasie przyszedł Tomek i powiedział, że było u niego dwóch chłopaków od Richarda, jeden opalony mały a drugi większy, od razu pomyślałem, że to Mark i Chico. Chłopaki zalecili mu wypożyczenie specjalnych butów bo jego, nie nadają się na Antarktydę. Moje były podobne, ale byłem pewny siebie, że dam radę, bo co to nie ja… arktyczny, polarny chłopak. Po chwili wpadł mały i duży. Mark i Chico, mega chłopaki i po gorącym przywitaniu i długiej rozmowie doradzili mi to samo. Nasze buty nadają się do tarcia chrzanu na polu kukurydzy a nie na włóczęgę po lodowcu Union Glacier… Trzeba było więc ruszyć się i iść pożyczyć specjalne buty za jedyne 100 dolarów… lajf is brutal… ale buty są. To są dopiero buty przez duże „B”. W takich butach mogę wszystko !

Więc buty mam i mogę lecieć na Antarktydę. Aha… zapomniałem o najważniejszym. O starcie i o wylocie a może w odwrotnej kolejności. O wylocie i o starcie. Jak wiadomo fajnie wszystko sobie zaplanować, bo plan musi być. Jak nie ma planu to jest lipa, więc plan był cały czas taki, że 12 grudnia lecimy i (teoretycznie), jak pogoda pozwoli, 13 grudnia biegniemy maraton… ale okazało się, że pogoda zmienną jest i po wejściu do hotelu przypadkowym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że jednak lecimy na Antarktydę dzień wcześniej, czyli jutro, to znaczy 12 grudnia… więc jutro. Jazda na maxa… ale przynajmniej coś się dzieje…

Tak więc reasumując… Po nie wiem ilu godzinach w podróży, chociaż to w sumie można policzyć, piątek 14:00 (czasu polskiego) do poniedziałku do godziny 12:00 (czasu chilijskiego) byliśmy z Iwoną „on tour”… a jutro „on tour” again… prosto do krainy pingwinów i wiatrów katabatycznych i wiecznego mrozu. Prosto na ANTARKTYDĘ !!!

Podróżować to żyć. – H.Ch. Andersen

prev
next