Gdyńska połóweczka, czyli dobry trening nie jest zły !

Start w Gdynia Półmaraton planowałem jeszcze w ubiegłym roku. Oczywiście miała to być forma sprawdzianu i pokazania miejsca, w jakim jestem, ale po wybraniu głównych startów w pierwszym półroczu 2019 postanowiłem pobiec te zawody eksperymentalnie z pełnego treningu, bez żadnego, nawet najmniejszego luzowania. W związku z tym obrałem zupełnie inną taktykę na ten start, która niestety nie wypaliła, ale z przyczyn zupełnie innych niż można by było pomyśleć. Po prostu tak fajnie bawiłem się na trasie, że cała strategia poszła na dalszy plan.

Podszedłem do tego startu z hasłem „Bo się bawić trzeba umieć” i tak było od początku do końca. Bez ciśnienia, bez presji, bez żyłowania, na pełnym luzie i na pełnym funie.

Żeby nie być gołosłownym, to mój mikrocykl tygodniowy przed tymi zawodami wyglądał tak :

  • PONIEDZIAŁEK – ustawowo wolne
  • WTOREK – WT 10 x 200m : 5, 38, 35, 35, 35, 34, 34, 34, 33, 32″
  • ŚRODA – 5 x 200m podbieg + 10 km Cross [39’18] + 5x200m zbieg
  • CZWARTEK -Siłownia „PUMP”
  • PIĄTEK – 12 km rozbiegania na crossowej trasie
  • SOBOTA – 11 km rozbiegania z „premią górską” + 1 km siły biegowej zróżnicowanej, czyli skipy, podskoki, wieloskoki…
  • NIEDZIELA -21km 1:21:40

Czyli nie oszczędzałem nóg i cały czas mocno pracowałem nad siłą i wytrzymałością w lesie, co czułem mięśniowo na gdyńskiej połówce, ale o to właśnie chodziło. Po półmaratonie też nie odpoczywałem, ale o tym może napiszę później.

Sam start pierwotnie zaplanowałem rozegrać w formie BNP, czyli biegu z narastającą prędkością. 8 km po 4’/km + 7 km po 3’50/km + 6 km po 3’40/km… ale plany planami a meta zweryfikowała wszystko.

Po tradycyjnym śniadaniu maratońskim, które przetestowane mam od lat i dobrym załadowaniu węglowodanów pod korek pojechaliśmy z Iwoną do Gdyni. Iwona startowała w sztafecie na ostatniej zmianie a ja na pierwszej, drugiej i trzeciej, na raz. Przed zawodami standardowo potruchtałem z nóżki na nóżkę 2 km, zrobiem swój zestaw ćwiczeń i ustawiłem się w strefie A1, skąd startowałem. Kilka minut po godzinie 11 byłem już na trasie i cisnąłem ulicą 10 – go lutego wprost przed siebie. Było mega luźno i wiedziałem, że za szybko. Dawno nie biegałem nic mocnego na ulicy i musiałem dać sobie chwilę na wstrzelenie się w tempo. Pierwszy kilometr minąłem po 3 minutach i 41 sekundach, kolejne z międzyczasami : 3’54, 57, 58 i 51. Piątkę przebiegłem w 19’23 więc cały misterny plan poszedł…

Postanowiłem więc zmodyfikować plan i trzymać się bezpiecznych okolic 3’50-55/km, czyli dość spokojnie, ale z lekkim znakiem zapytania, co będzie później, bo dawno na takich „prędkościach” nie biegałem a mocny tydzień siedział w nogach. Biegnąć ul. Janka Wiśniewskiego wiało w twarz i grupka z którą cisnąłem trochę się przetrzebiła. Goniłem więc kolejnych biegaczy, a jak widziałem na mijankach „elitę” to zbiegałem do lewej strony ulicy, żeby się lepiej przyjrzeć chłopakom. Potem wracałem do swojego stadka i goniłem kolejne…

Cały czas był mega luz i zapas w nodze. Byłem tylko ciekaw do jakiej prędkości, ale to postanowiłem zostawić na sam koniec. Kolejne kilometry wychodziły podobnie i na 10 km zameldowałem się po 38 minutach i 53 sekundach. Luźno i swobodnie. Fajnym momentem było wbiegnięcie na ul. Władysława IV z ul. 10-go Lutego. Na zakręcie było bardzo dużo kibiców i doping pchał do mety i dodawał skrzydeł. Było super. Władysława IV było pod wiatr i grupka znów zmalała a coraz słabsi biegacze zostawali w tyle…

W okolicy Pomorskiego Parku Naukowo Technologicznego z przeciwnej strony biegła elita, w sumie to jednoosobowa elita w postaci Norwega, który finalnie zmiażdżył i rozwalił system, wygrywając półmaraton w praktycznie samotnym biegu z czasem 1:01:18 (2’57/km) biegł na wielkim luzie, płynął, frunął. Za nim długo, długo nikt a potem biegł debiutujący Krystian Zalewski z Kenijczykiem (?) i dopiero dalej Arek Gardzielewski i reszta chłopaków. Fajnie i miło było popatrzeć na piękną technikę i moc w nogach Norwega i Krystiana… Ja jednak miałem do mety jeszcze sporo km, ale ta mijanka dodała mi skrzydeł.

15 km minąłem z czasem 58:31, czyli zgodnie z planem i rozpoczęła się długa prosta w dół. Na około 16 km czekała na swoją zmianę Iwona, więc zwolniłem na chwilę i rzuciłem kilka zdań, po czym pobiegłem dalej w dół. Cisnąc w dół Aleją Zwycięstwa i następnie Władysława IV pozdrawiałem znajomych kibiców, których sporo wyszło na trasę półmaratonu.

Najlepiej biegło się pod górę Świętojańską, która od dołu do góry obstawiona była kibicami i punktami kibicowania zorganizowanymi przez gdyńskie szkoły. Było rewelacyjnie. Dużo dzieciaków zdzierających gardła i zagrzewających biegaczy do walki. Biegałem więc od punktu do punktu przybijając piątki dzieciakom i doskonale się przy tym bawiąc. Jak patrzę na cyferki z gremlina, to jak na taką zabawę pokonałem kilometrowy odcinek kultowej Świętojańskiej całkiem żwawo bo w w 3’43, ale zabrakło mi przez tą zabawę sił na kolejny kilometr wiodący w dół Aleją Piłsudskiego.

Zbiegając w dół do Bulwaru Nadmorskiego zagrzewałem biegaczy do walki i do spięcia tyłków na ostatnich kilometrach. Sam też nie próżnowałem, bo 20-21 km pokonałem po 3’32/km czyli …tempem, którym w 2012 roku biegałem maraton, ale to tak na marginesie. To było kiedyś… Teraz bawiłem się znakomicie.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i z czasem 1:21:40 zakończyłem ten bieg z wielkim bananem i wytrzeszczem zębów. Było super. Wielu kibiców, dobra gadka Tomka Galińskiego z Radia Gdańsk, który prowadził spikerkę i super nadmorski, gdyński klimat. Tego było mi trzeba w tym momencie

To był bardzo dobry trening, z którego jestem bardzo zadowolony. Pokazał mi miejsce, gdzie jestem i słuszną drogę, którą obrałem w treningu do dalszej części sezonu. Wiem, że jakbym się spiął i chwilę potrenował, to na spokoju jestem w stanie znowu pobiec maraton poniżej 2:40, czyli całkiem fajnie. To jednak jest nie istotne, bo uliczne maratony już mnie nie kręcą. Liczy się coś zupełnie innego…

#BoSięBawićTrzebaUmieć

prev
next