Są takie treningi…

Są takie treningi, do których zbieram się jak pies do jeża i nie mam koncepcji, jak je wykonać..

Kiedy w głowie rodzą się różne pomysły a najlepszym z nich jest odpuszczenie czy wyjście na rower lub spokojne rozbieganie…

Kiedy gnaty łupią, mięśnie bolą a temperatura za oknem rozwala i przyprawia o mdłości…

Wtedy, co jest absurdalne, realizują się najlepsze treningi, które mimo przeciwności dają + 100 do psychy i motywacji.

Taki dzień przyszedł w sobotę, kiedy trening idealnie zweryfikował wszystko i dosadnie pokazał miejsce, w jakim się znajduję. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, mimo że kombinowałem, jak koń pod górę, co by tu pobiec. Przez głowę przechodziły tysiączki, krótkie tempo na stadionie, bieg ciągły w drugim zakresie intensywności. Z jednej strony chciałem się zmęczyć a z drugiej nie chciałem się sponiewierać, tylko mocno popracować w tlenie, nie łapiąc zbyt wiele przewyższeń, szczególnie że w środę biegałem dość żwawy cross w Gdyni.

Postanowiłem podjechać do lasu, zrobić 2 km rozbiegania i w trakcie rozgrzewki zastanowić się co i gdzie pobiec. Postawiłem na pewną pętelkę, którą miałem naszkicowaną w głowie z kilkoma odcinkami, które dość często biegam, ale zakończoną długim zbiegiem i lekko pofałdowaną prostą do samego startu. Planowałem pobiec mocno, ale w tlenie, na tętnie nie przekraczającym 175 uderzeń na minutę. Długość pętli na szybko oszacowałem na około 14 km, a prędkość na 4’20-25/km. To jednak było drugorzędne i nie przykładałem do tego wagi. Najważniejsza była intensywność i końcowy wynik na laktometrze. Termometr pokazywał + 21 C, czyli tragedii nie było. Po 2 km rozbiegania i krótkiej rozgrzewce zacząłem część główną. Bieg ciągły po crossie.

Trasę zacząłem od krótkiego rozbiegu i po chwili zaczął się podbieg serpentynami, góra dół, góra dół, oczywiście nie za stromo, ale do odczucia. Po serpentynach czekał mnie kolejny dłuższy podbieg kilkoma singlami, gdzie nawet kiedyś nabiegałem „koma” na Stravie. Segment ten ma 1,3 km i średnie nachylenie tylko 2,4 %, ale w kilku miejscach potrafi zmęczyć. Biegło się OK, pilnowałem tętna, które tylko na chwilę przekraczało 175. Po singlu, zaczęła się normalna droga, która dalej lekko ciągnęła się pod górę. Po 8,5 km „wspinaczki” zaczął się długi zbieg, którego nigdy szybko nie biegałem. Założenie nadal było takie same, HR 175 i luźno do przodu. Po około 3 km zbiegu czekał wąski odcinek, koleiny i kilka ostrych podbiegów. Potem długa prosta do mety.

Ze zdziwieniem zobaczyłem, że gremlin pokazał 16,37 km a średnia na km wyszła 4’08. Średnie tętno wyniosło 174 a laktometr pokazał 3,1 mmol/l. Lepiej chyba nie mogłem się wstrzelić.

Wyszedł więc bardzo dobry i owocny trening, który idealnie pokazał, gdzie jestem z formą i że trening idzie w dobrą stronę. W samym treningu dużo nie zmieniłem. Staram się biegać dwa razy w tygodniu cross, raz dłuższe rozbieganie około 30 km a w pozostałe dni coś szybszego. W tym było to 5 x 1′ zbiegu po około 3’/km. Biegam 4 – 5 x w tygodniu i raz staram się pokręcić na MTB, czyli nie przemęczam się i dobrze mi z tym. Najbliższy sprawdzian formy 7 lipca na TriCity Trail, gdzie do pokonania będzie 47 km i około 1000 m w górę. Rok temu ze znacznie mocniejszego treningu i czerwcowego maratonu na Spitsbergenie zrobionego w 2:52 na TCT pobiegłem 3:55:32 i zająłem 5 miejsce w open. Wtedy byłem lepiej przygotowany szybkościowo i miałem więcej km w nogach. Teraz czuję się mocniejszy na podbiegach i zbiegach, ale jak zawsze to meta zweryfikuje wszystko. Będzie o tyle ciekawie, że w biegu wystawiam czarnego konia ze swojej stajni, który w tym roku nabiegał 2:47:55 w maratonie a na WFL zajął 5 miejsce w Polsce pokonując 53,4 km. Mocny zawodnik, ale tanio skóry nie sprzedam…

Płacz na treningu, śmiej się po wygranej walce. – Antoni Gołubiew

prev
next