Grand Prix Pomorza 2019 w Biegu na Orientację – KO!

Ten start miał być przetarciem przed sierpniowym startem w Hardangervidda Marathon, ale od samego początku coś nie trybiło, jak miało trybić. Kilka tygodni walczyłem z Achillesem, który był tylko wisienką na torcie i oczywiście okazał się czymś zupełnie innym niż ścięgno. Ścięgno tylko bolało jako ostatni punkt na mapie a samo z siebie było zdrowe i sprawne w 200% ale irytowało. Dało się oczywiście z tym biegać, ale co to za bieganie, jak coś wkurza i ćmi, dla tego wszedł rower, na którym zrobiłem naprawdę fają robotę. Wydolność utrzymałem, siłę poprawiłem, tylko brakowało prędkości, ale to bez biegania ciężko poprawić.

Plan na start był prosty. W środę i czwartek zrobić żwawsze rozbieganie 18 km, żeby nie być w pełni świeżym na start czyli nie dać się ponieść nogom i emocjom, bo mógłbym zabiec do Gdańska czy Wejherowa… Taki był plan i tak był realizowany. W środę zrobiłem 18 km po górkach po 4’47 a w czwartek po 4’43 i to z dość znacznym i długim podbiegiem. Na umęczenie nóg.

W piątek miałem zacząć trzydniówkę w BnO i naprawdę byłem przeszczęśliwy, że będę mógł sponiewierać się w lesie. Niestety po czwartkowym rozbieganiu coś niepokojącego zaczęło się dziać w mojej lewej stopie, która zaczęła coraz bardziej puchnąć. Specjalnie mnie to zaniepokoiło, bo brałem to na poczet ostatniej terapii i myślałem, że to normalna reakcja, ale… z godziny na godzinę było coraz gorzej. Zacząłem się niepokoić, ale ubrałem buty i ruszyłem do lasu.

Trasa 3,8 km, 19 punktów kontrolnych i 150 m w górę. Tyle w teorii. W praktyce wyszło oczywiście więcej, bo 4,6 km i 268 m w górę, ale i było spoko. Na początku ciężko było mi się wgrać w mapę, której skala była 1:10 000, czyli 100 m w terenie odpowiadało  1 cm na mapie. Trasa niby prosta, ale dla osób, które są w cugu startowym i dobrze czują się na trasach typu „wejście wyjście”. Ja z racji tego, że startuję 2 x w roku na zawodach preferuję długie przebiegi przez połowę mapy, gdzie mogę spokojnie obrać wariant i rozkręcić nogę. Tu tak nie było, więc musiałem spokojnie dreptać i uważać żeby nie zrobić zbyt dużo błędów. Wyszło jako tako zarówno pod względem przebiegów jak i intensywności, która zmieściła się w spokojnym II zakresie. Tak miało być. Najwięcej problemów sprawiły mi punkty w zielonym, jak np. 6, który finalnie nie był zbyt trudny, ale wybrałem bezsensowny wariant pchając się w zielone, zamiast pójść z góry i spaść w dół żółtym. Na 12, 13 i 14 trochę pływałem, ale udało się dobiec na 4 pozycji w swojej kategorii wiekowej.

Drugi etap miał być pode mnie. 8,1 km, 19 punktów i 140 m w górę, czyli fajne szybkie bieganie, ale… taktycznie znów miałem pobiec to spokojnie, bez szaleństwa. Cała moc miała być skierowana na ostatni dzień, gdzie chciałem kilka przebiegów i zbiegów pójść w przysłowiowego trupa, na przetarcie przed norweskimi zawodami.

Niestety… rano obudziłem się z wielką spuchniętą stopą, która niczym nie przypominała stopy, tylko świńskie udo. Była różowa, spuchnięta i bolała, jak cholera. Nie mogłem stanąć. Skóra była napięta, gorąca i przy nawet najmniejszym dotyku bolała. Iwona widząc to powiedziała, że nigdzie nie jedziemy a ja zastanawiałem się, czy nie udać się na SOR. Wyglądało to fatalnie. Zrobiłem jednak mały test i po ubraniu buta nie było już tak źle. Mogłem chodzić, oczywiście kuśtykając jak Herr Otto Flick z Gestapo, z serialu Allo, Allo!, ale… zaryzykowałem. Dalej miałem nadzieję, że to jakaś pierdoła i da się to rozbiegać. Wziąłem prochy przeciwbólowe i przeciwzapalne (NIE POLECAM, ODRADZAM!) i pojechaliśmy z Iwoną na start. Na rozgrzewce było spoko. Oczywiście rozmiar stopy nie ułatwiał zadania, bo ledwo co mieściła się w środku buta, ale wystartowałem.

Tym razem mapa była w skali 1:15 000, ale znów na początku miałem problemy żeby wstrzelić się w teren. Było to spowodowane brakiem koncentracji, gdyż zamiast na biegu rozmyślałem z tyłu głowy o tym, co dzieje się z nogą i od razu na pierwszym punkcie znacznie popłynąłem. Słabo. Wyszła ponad minuta błędu, ale nie to było najważniejsze. Dalej zrobiłem kilka głupich i prostych błędów, ale trzymałem założoną intensywność i kuśtykałem prosto do przodu. Przebiegu do 5 i 6 punktu wolę nie komentować, bo była to tragedia i na tym zakończę…

Do mety dobiegłem z 7 czasem i nie byłem z tego powodu zadowolony. Pewnie, gdybym był w 100% sprawny byłoby lepiej, bym był lepiej skoncentrowany i motorycznie lepiej by to wyszło, ale… wszystkiego na raz nie można mieć.

Po biegu I zdjęciu butów oraz skarpetek moja stopa nie wyglądała pięknie. Było coraz gorzej a dzień dopiero się zaczynał. W planach mieliśmy jeszcze wizytę na meczu oraz 40. urodziny u Rycha, więc zapowiadało się bardzo aktywnie. Do domu zlądowaliśmy przed północą a w niedzielę rano trzeba było kolejny raz wystartować.

To miał być mocny i szybki bieg, na przepalenie, ale… dyspozycja mojej lewej stopy niestety była najgorsza ze wszystkich dni i plany skończyły się na planowaniu. Tym razem pobiegłem bez żadnych prochów i miałem nadzieję, że jakoś to będzie.

Starałem się jak najlepiej skoncentrować na biegu i nie popełniać błędów. Ciężko było bo zbiegać praktycznie nie mogłem, ruchomość w stawie była znikoma i jedyne co mi wychodziło, to bieg pod górkę. Reszta była tragiczna. Nadmienię, że startowałem z 6 pozycji. Do 5 zawodnika miałem 1 minutę i 12 sekund a do czwartego 11 minut i 36 sekund. To pokazuje doskonale, jak słabo  (wolno) pobiegłem podczas dwóch pierwszych etapów, ale z góry było takie założenie.

Ruszyłem spokojnie i bardzo czujnie. Starałem się obierać pewne warianty i punkty ataku .Niestety nie mogłem rozwinąć zakładanych prędkości czy puścić nóg na zbiegu, ale o tym pisałem wyżej. Nie pamiętam na którym punkcie, ale gdzieś w początkowej fazie, 2 czy 3 przebiegi pokonałem bardzo podobnie do zawodnika w czerwonej koszulce. Było to dość dziwne bo nie spodziewałem się nikogo dogonić ze swojej kategorii a szczerze mówiąc nie znam zawodników, biegających w M 35, bo dość dawno wyszedłem z „obiegu”. Na 7 czy 8 punkcie skumałem jednak, że to biegacz z mojej kategorii i zapowiada się walka. Postanowiłem wyczuć rywala. Specjalnie zwolniłem na dobiegu na 8 punkt i chciałem zorientować się w jakich elementach jest mocny. Czy to zbiegi, czy podbiegi, czy może prosta droga a może technika i pewne czytanie mapy. Czailiśmy się jak czajniki przez kilka punktów. Biegliśmy podobnymi wariantami i rozdzieliliśmy się dopiero na dobiegu na 13 punkt. Ja poszedłem prosto schodami w górę, kolega odskoczył na lewo.

Na 13 byłem pierwszy i pocisnąłem dalej. 14, 15 i 16 poszedł bez problemu, ale na 17 zrobiłem głupi błąd i zbiegłem za nisko, co kosztowało mnie powrót pod górę i straconą dobrą minutę, jak nie więcej.

Zapowiadała się więc walka do samego końca a że punktów było tylko 21 to dużo nam nie zostało. 18 punkt spoko. Pobiegliśmy tak samo. 19 ja bardziej w prawo drogą, kolega lekko z lewej, ale cały czas mieliśmy się w zasięgu wzroku. Straciłem trochę na tym wariancie, ale cały czas było bezpiecznie i wierzyłem w swoje mocne nogi. Kluczowe okazały się dwa ostatnie punkty. 20 skarpa w którą wlecieliśmy jak dzikie dziki prosto w dół nie bacząc na przeszkody i ostatni 21 gdzie gnaliśmy przez pole. Sebastian przewrócił się na jednej z kolein ja cudem kilka razy uniknąłem podobnego upadku gdyż hamowała mnie obolała stopa i musiałem drobić a nie biec dużymi susami.

Ostatni punkt skasowałem pierwszy i dobiegłem na 4 pozycji z 2 sekundową przewagą nad rywalem, z którym zaliczyłem bardzo fajne zawody. Przypomniały mi się czasy juniorskie, kiedy podobne akcje działy się na sztafetach. Nie wiem co by było, jakby Sebastian się nie przewrócił. Pewnie byśmy rozegrali ze sobą bieg na ostatnich metrach, więc kto wie czy nie byłbym piąty. Z drugiej strony mocny finisz zawsze był moim silnym punktem ale teraz można tylko gdybać…

Na mecie przybiliśmy sobie piątki z Sebastianem i podziękowaliśmy za naprawdę dobrą walkę na trasie. Było git. Dzięki i do następnego razu.

Co było dalej? Kopyto wielkości piłki i interwencja u Pani Marianny i Maćka w Centrum Zdrowia i Urody w Redzie. Nikt z nas nie wiedział co mi jest, ale wykluło się kilka hipotez z których jedna brzmiała „Dna moczanowa” – zabrzmiało groźnie. Zrobiliśmy z Maciejem krioterapię, dostałem zastrzyk przeciwzapalny i obolały wróciłem do domu. Na poniedziałek zamówiłem wizytę lekarza oraz skonsultowałem temat z kolejnym i doszliśmy do wniosku, że to jakieś zakażenie bakteryjne i trzeba wziąć antybiotyk i rozpocząć szybkie leczenie, bo może być naprawdę źle. Badania krwi wykluczyły dnę, więc teoretycznie nie jest tak źle…

Wracając do samych zawodów. Było naprawdę super. Spotkałem starych znajomych, z którymi ścigałem się w latach 90 tych, dawną kadrę trenerską i lekko sponiewierałem się w lesie. Na pewno znowu wrócę do BnO, nie wiem jeszcze z jaką częstotliwością, bo wielki powrót zapowiadam co rok, ale… mam to gdzieś na uwadze. Kupiłem nawet swojego chipa i myślę poważnie o zakupie dederomu…

Ekipa z lat 90 tych. Sławek, Grzesiek, Suchy i Trener Mirek – mega załoga !

Sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i podjęcie działania – Walt Disney

prev
next