Triathlon Karkonoski

Wyjazd w Karkonosze nakręcał mnie jak za dawnych czasów, kiedy często i gęsto udawałem się w tamtym kierunku, żeby pobiegać po górach a nawet potrenować. To właśnie w Szklarskiej, będąc na obozie w 2004 roku przebiegłem najwięcej kilometrów w jeden tydzień – 222.

…ale to już było i nie wróci więcej, jak to Maryla śpiewała w jednej ze swoich piosenek. Teraz w Karkonosze pojechałem jako support Tri Wiatraka, czyli Krzysia Wiatrowskiego, który startował w Triathlonie Karkonoskim organizowanym przez wspólnego znajomego Gudosa, z którym znamy się jeszcze z czasów biegajznami.pl

Ruszyliśmy w piątek rano z Trójmiasta i po kilku godzinach jazdy autostradą dobiliśmy na miejsce, do Pensjonatu pod Orłem, gdzie mieliśmy noclegownię. Po wypakowaniu manatków udaliśmy się do Zamku Czocha gdzie znajdowało się biuro zawodów i właśnie tam miała miejsce odbrawa techniczna dla zawodników i dla supportów.

Gudos prezentował trasę, informował o zmianach, pomocy a myśmy słuchali i kombinowali, jak najlepiej to wszystko ugryźć i sprawnie pokonać cały dystans. Jako support musiałem być na telefon podczas trasy kolarskiej i gdyby coś (odpukać) coś się stało, musiałbym udzielić pomocy, czyli wsadzić rower i Krzysia do samochodu oraz wywieźć w bezpieczne miejsce. Nie znam się zupełnie na mechanice roweru, więc i tak nic bym nie pomógł. Tym jednak się nie martwiliśmy i ostrzyliśmy sobie zęby na część biegową, którą miałem pokonać całą od Karpacza aż na Śnieżkę. To mnie nakręcało i nie mogłem się doczekać ponad 20 km biegu pod górę.

O godzinie 7:00 wystartowaliśmy to znaczy wystartowali a ja czekałem na brzegu z klapkami w garści, żeby Krzyś nie połamał sobie nóg na wybojach, kamieniach i korzeniach. Po 37 minutach wyskoczył z wody i pobiegliśmy do strefy zmian, skąd do pokonania było niecałe 90 km na rowerze prosto do Karpacza. To był czas kiedy mogłem się najeść i odpocząć za kółkiem samochodu. Krzyś niestety musiał pedałować i cisnąć cały czas pod górę. Czas mijał spokojnie i profilaktycznie dwa razy zatrzymałem się na dłuższą przerwę, żeby zobaczyć, czy z Krzysiem było wszystko ok i czy jeszcze jest cały. Było ok. Jadąc drogą z Świeradowa do Szklarskiej przypominały mi się treningi realizowane na „Zakręcie Śmierci”, tempa, ciągłe i rozbiegania. Fajnie było cofnąć się do dawnych lat…

Po ponad 3 godzinach rowerowania Wiatrak dojechał soczyście przeklinając pod nosem i chyba miał serdecznie dość karkonoskich wzniesień, które organizatorzy zafundowali mu na trasie. Nie wiedział, że to dopiero początek i nie miał świadomości, co będzie czekać na niego na trasie biegowej.

Po szybkiej zmianie butów ruszyliśmy… Krzyś rwał jak szalony i musiałem go lekko hamować. Ja po długiej nieobecności na biegowych trasach, lekko obawiałem się o swoją dyspozycję a dodatkowo miałem z tyłu głowy fakt, że czeka nas mocne drałowanie pod górę. Po moich ostatnich przebojach ze stopą cały trening robiłem na MTB więc siłowo byłem bardzo dobrze przygotowany, ale to jednak nie do końca to samo to, co bieganie.

Było cudownie. Pogoda dopisywała, było optymalnie, około + 12 C, nie wiało a niebo było praktycznie bez chmur. Biegliśmy mocno, bez kompromisów. Na zbiegach pełna moc, sporo poniżej 4 minut na kilometr a najszybszy kilometr wyszedł w 3 minuty i 11 sekund. Było mocno. Na podbiegach a raczej stromych podejściach maszerowaliśmy, czego na początku Krzyś nie mógł zrozumieć. Tam jednak ciężko było biec, szczególnie kiedy miało się w nogach 1,9 km pływania i 90 km pedałowania.

Po drodze mijaliśmy wielu biegaczy i było fantastycznie. Ja skakałem po kamieniach jak szalona kozica i celebrowałem każdy kamień, każdy kilometr trasy a Krzyś sapał dyszał i miał powoli dość. Nie biegał w takim terenie i było to dla niego nowe doświadczenie, ale ani na sekundę nie odpuszczał i trzymał wysoko podniesioną gardę. Walczył z całych sił.

Jak widać na zdjęciach była radocha i wyszczerzone zęby i gęby mimo dość znacznego zmęczenia, ale jak nie cieszyć się w takim miejscu? No właśnie, nie da się. Tak więc dreptaliśmy kilometr za kilometrem i zbliżaliśmy się nieuchronnie do Śnieżki, gdzie zlokalizowana była meta zawodów.

Ostatnie kilometry ścigaliśmy się i tasowaliśmy z Michałem, dla którego był to już szósty start w tej imprezie. Raz Michał był przed nami raz my przed nim i tak aż do mety. Ostatnią prostą na Śnieżkę przycisnąłem sam mijając maszerujących turystów, którzy korzystając z pięknej pogody, hurtowo wdrapywali się na górę. Było epicko i bawiłem się wyśmienicie. Na szczycie czekałem na Krzysia, który walczył z Michałem i na ostatnich metrach uciekł mu o 14 sekund.

LINK DO TRASY BIEGU

Na mecie Krzyś zameldował się po 6 godzinach 39 minutach i 58 sekundach. Zajął 18 miejsce w generalce i mimo licznych epitetów rzucanych po drodze postanowił tu wrócić i powalczyć o czołowe lokaty. Najpierw jednak czeka go maraton w Chicago i walka w „czelendżu” do którego dał się mi i Grzesiowi wkręcić nie wiedząc co czyni…

Wyzwanie, bo jednak warto żebym je opisał jest proste i banalne. Jeżeli Krzyś w Chicago pobiegnie minimum 2:39 to:
– w 2020 będę supportował go w kolejnej edycji Triathlonu Karkonoskiego,
– ma ode mnie zielone światło na start w Hardej Suce.
Jeżeli pobiegnie poniżej 2:45 to:
– ma zielone światło na Hardą Sukę.
Jeżeli nie pobiegnie PB to:
– startuje w 2020 w Hardengervidda Marathon,

Jak będzie – tego dowiemy się w najbliższą niedzielę 13 października.

prev
next