Długa Góra po raz drugi… rowerowo

Od rana padało. Lało, waliło deszczem i całe niebo było sine. Żeby było śmieszniej to cała noc wyglądała podobnie i co chwilę się budziłem, kiedy deszcz walił w parapet i włączała się pompa odprowadzająca wodę z kanalizacji na zewnątrz. Nie wyglądało to ciekawie i nie napawało optymizmem przed ostatnim startem w Garmin MTB Series. Dodatkowo czułem osłabienie spowodowane szczepionką i sobotnie 20 km górskiego biegania. Fajnie wszystko się na siebie nałożyło, ale cóż… trzeba być twardym a nie miękkim bo nie od dziś wiadomo, że co nie zabije to a) dobije, b) wzmocni. Właściwe zaznaczyć….

Wstałem, zjadłem śniadanie i pojechałem po pakiet. Postanowiłem załatwić to jak najwcześniej i dojechać na start rowerem, jakby nie padało, albo autem, jakby była ulewa. Całe szczęście nie padało, tylko kropiło, więc kilka minut po 10 wsiadłem na rower i pojechałem na start. Ubrałem się we wszystko co miałem, żeby nie zmarznąć i nie zmoknąć. Spokojną dyszkę wciągnąłem nosem i zacząłem rozglądać się po okolicy. Po chwili przyjechała Iwona, która zabrała ode mnie ciuchy rozgrzewkowe i mogłem ustawić się w 4 strefie startowej.

Przypomnę, że dwa tygodnie startowałem z ostatniego, dziewiątego sektora, tydzień temu z piątego a teraz awansowałem do czwartego. Taki oto awans społeczno sportowy.

Ruszyliśmy… trasa w Rumi jest najtrudniejsza z całego cyklu. Cały czas coś się dzieje, jest sporo technicznych odcinków, wymagających podjazdów, zjazdów i singli, gdzie trzeba umieć jeździć. Trasa ta weryfikuje bardzo dosadnie umiejętności każdego kolarza, więc skłamałbym, jakbym napisał, że byłem spokojny i pewny siebie.

No właśnie, więc ruszyliśmy… i od początku pod górę, po kostce, do lasu, wąsko, ciasno, mocno. Nie mogłem złapać swojego rytmu i nie mogłem skoncentrować się na płynnej jeździe, jak w Wejherowie. Z tyłu głowy chodziły mi techniczne momenty trasy, błoto oraz ostatni bardzo trudny fragment. To był bardzo duży błąd, który spowodował, że nie miałem tego komfortu psychicznego i cały czas coś zaprzątało mi głowę. Zero spokoju. Na odcinkach wąskich, śliskich nie jechałem pewnie, ślizgałem się i uważałem, żeby nie zaliczyć spektakularnej gleby.

Przez dłuższy okres tasowałem się z jedną zawodniczką, która czuła, że siedzę jej na kole i na podjeździe dała mi znać, żebym ją miną z lewej. Chciałem przykozaczyć i wpadłem w poślizg, który zakończył się solidną glebą. Dobrze, że było to na podjeździe… bo inaczej kiepsko bym wyglądał. Finalnie udało mi się jej uciec i spiąłem mocniej pośladki cisnąć kiedy czułem się pewnie a mało było takich momentów. Na trasie było sporo błota, które mocno utrudniało jazdę. Nie wiedziałem jak się zachować podczas szybkich błotnistych zjazdów i sporo hamowałem. Na tym traciłem i w takich momentach mijali mnie zawodnicy. Wolałem jednak bezpieczniej dojechać do mety, niż wyrżnąć się i zaorać nosem w błocie.

W pamięci utkwił mi jeden podjazd a raczej podejście zlokalizowane gdzieś w połowie trasy. Stała tam Iwona zagrzewając mnie do jazdy a podjazd oczywiście nie był do podjechania, tylko do butowania. Lazłem tam prowadząc rower i głośno się śmiałem co chwilę rzucając jakimś epitetem pod nosem. Po chwili sporo osób podchwyciło temat i zaczęło rechotać jak stado żab. Musiało to wyglądać zabawnie. Kilkanaście osób maszerujących po kostki w błocie z rowerami rechoczących jak żaby. Było wesoło.

Tak więc poruszałem się cały czas do przodu, momentami prowadząc rower, momentami jadąc i liczyłem na jak najszybsze dotarcie do mety. Męczyłem się, ale nie fizycznie tylko „technicznie” jeżeli tak można to ująć. Brakowało mi umiejętności i nie mogłem nic na to poradzić.

Końcówka wiodła singlem na Długiej Górze, pod którą trzeba było podjechać, czy lepiej podprowadzić rower i pokonać kilka bardzo wymagających odcinków. Było bardzo wąsko, było sporo korzeni i trudnych krótkich, ale stromych zjazdów. Na dwóch z nich zmuszony byłem rzucić biały ręcznik i sprowadzić rower w dół, gdyż miałem przed oczami widmo spotkania twarzą w twarz z sosną albo nie daj Boże brzozą a to mogło się źle skończyć.

Ten fragment wybitnie pokazał mi moje miejsce w szeregu i obnażył totalne braki w technice, której nie posiadam. Jednak nie to było najważniejsze. Do mety miałem bliżej niż dalej i cały czas posuwałem się do przodu. Nie byłem poobijany, rower był cały, łańcuch się nie urwał i było git. Dojechałem do mety w jednym kawałku, cały umorusany w błocie i co najważniejsze nie spadłem do 5 strefy startowej. Oczywiście spadłem o kilka oczek w klasyfikacji generalce, ale w przyszłym roku, jak zdecyduję się wystartować w cyklu, to nadal będę startować z 4 sektora.

Podsumowując cykl jednym zdaniem – było git. Było cudownie i fantastycznie. Fajnie się sponiewierałem, zrobiłem świetny trening i oderwałem się na chwilę od biegania. To była doskonała alternatywa i urozmaicenie treningu biegowego. Ciesze się, że udało się wystartować w całym cyklu i nie zrobić sobie, ani nikomu, krzywdy. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mógł wystartować ponownie i może uda się awansować do 3 strefy startowej… Kto wie.

prev