Żarło, żarło i zdechło…

Cóż, tak bywa. Życie, albo jak to brzmi w starym przysłowiu “nie chwal dnia przed zachodem słońca” czy “nie dziel skóry na niedźwiedziu”. W styczniu całkiem fajnie udało się wejść w trening i zaczęło się nawet dobrze biegać. Zrobiłem kilka naprawdę wartościowych treningów, ale po treningu 4 x 2 km bieganego już na całkiem sympatycznych prędkościach coś zaczęło mnie ciągnąć w dole podkolanowym. Nie przejąłem się tym specjalnie, ale profilaktycznie zaczęliśmy szukać z fizjo przyczyny co to może być. Niestety nic nie pomagało a dyskomfort był cały czas. Zamiast zrobić przerwę to oczywiście normalnie trenowałem… czego nie polecam a co odradzam. Nawet jak jest jakaś pierdoła to nie ma co dalej pchać tego wózka, ale lepiej odpuścić, dać organizmowi czas na regenerację i odczekać. Dziwię się sobie, że tak nie zrobiłem i generalnie nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. W każdym razie zrobiłem USG i wyszło pogrubienie na przyczepach mięśnia półścięgnistego o półbłoniastego oraz drobny stan przeciążenia. Odpocząłem. Ogarnąłem ten temat z fizjo, zdjęliśmy napięcie dodatkowo z mięśnia podkolanowego i wróciłem do treningu, ale coś mi nie grało. Mięśniowo było spoko, ale wydolnościowo była jakaś masakra. HR z kosmosu i samopoczucie, które totalnie wybijało mnie z równowagi. Nawet na luźnym biegu tętno szło mocno w górę i cierpiałem. Początkowo myślałem, że przyczyną tego może być krótka przerwa w treningu, ale nie do przesady… Aż tak szybko mój organizm się nie rozstraja a taka przerwa nie mogła mieć aż takiego wpływu.

Mega dziwny temat kompletnie dla mnie niezrozumiały. Zrozumiałem wszystko dopiero w piątek, kiedy poczułem, jak łapie mnie jakieś świństwo. Czułem, że nie jest dobrze i jest tylko chwilą czasu aż złapie mnie gorączka, przyjdą dreszcze i generalnie będę poskładany do kupy. Wróciłem do domu po pracy i się zaczęło… Dreszcze, paskudne samopoczucie i ból głowy. Wjechał miód, czosnek – Iwona nie chciała się ze mną całować… żona… i odpuściłem jakąkolwiek aktywność ruchową. W sobotę rano obudziłem się z kosmicznym bólem głowy. Była masakryczna masakra. Leżałem pod kocem, na mnie leżała Kendra, a ja telepałem się z zimna. Łeb mi pękał i było źle. Czosnek, miód, witamina C i Aspiryna. Oczywiście trening odpuściłem. Nie było co katować organizmu, bo jakbym wyszedł to myślę, że mógłbym zawinąć się błyskawicznie na lepszy świat. Siedziałem więc pod kocem i dogorywałem. Mój stan był tak fatalny, że nawet nie poszedłem na 40 urodziny mojej przyjaciółki, z którą kiedyś dawno, dawno temu trenowałem w jednym klubie i trzymaliśmy się miliard lat. W sumie to do dziś się trzymamy… Pojechała tylko Iwona a ja sam w domu dogorywałem w domu, ogrzewany przez Kendrę, oglądając ekstrakupę w tv. O 21:30 spałem… Niedzielny trening również wypadł i musiałem na niego szybko skombinować zastępstwo. Całe szczęście, że są dobrzy ludzie, którzy lubią biegać i wiedzą gdzie można pobiec w lesie, żeby było GIT. Dziś już ciut lepiej się czuję, ale dalej szału nie ma. Jutro chyba wjedzie profilaktycznie L4 + czosnek, miód, cytryna i Kendra a może i Borys wejdzie do ogrzewającego kompletu… Zobaczymy

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że 7 marca startuję w Transgrancanaria na 65 km. Zakładam dwie opcje. Pierwsza to odbiorę numer startowy, zwrócę chipa i zamiast pojechać na start pójdę na plażę. Druga opcja to pójdę na długi spacer, tylko będę musiał kupić dodatkowe baterie do czołówki bo ten spacer może okazać się bardzo długi… Cóż, tak bywa i nie ma co się martwić na zapas. Tak miało najwidoczniej być , jak to mawia mój przyjaciel Sylwester. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu i trzeba je po prostu przeżyć i przeczekać.

Walka trwa nieustannie… i trzeba wierzyć, że kolejny dzień będzie lepszy od tego, który właśnie się kończy…

Aha, bo zapomniałem. Wiem, że pewne rzeczy w moim umyśle dość długo się tworzą i dzieją. Nie wiem, czy to jest cierpliwość, czy pewien proces dojrzewania do pewnych sytuacji, ale w mojej głowie tłoczą się różne myśli, które prędzej czy później ujrzą światło dzienne. Obserwuję, patrzę, analizuję i kombinuję. Często tylko ja wiem o co mi chodzi, ale mam w tym swój cel… Dlatego nie jest przypadkiem zamieszczenie zdjęcie z maratonu na Majorce, gdzie zająłem II miejsce w generalce po bardzo dobrym biegu. Oj kłębi się kłębi w tej głowie…

Odnaleźć stałość w odczuwanych sprzecznościach – oto jest cel walki z samym sobą.Autor: św. Augustyn

prev
next