Transgrancanaria Advanced – 65 km

Planu na ten bieg nie miałem od samego początku. Nie wiedziałem, jak biec, czy mam iść, czy truchtać, czy sam nie wiem co. Byłem w wielkiej kropce i przytłaczał mnie wielki znak zapytania, chociaż po czwartkowym rozbieganiu po 4’41/km przyszedł jakiś dziwny luz w nodze, ale… 8 km po płaskim to nie 65 km po górach, kamieniach i w upalnym upale niczym na tropikalnej patelni. Pomyślałem, co ma być to będzie i w sobotę rano podejmę decyzję co robić.

W piątek rano potruchtaliśmy z Iwoną kilka km po Maspalomas, odebraliśmy pakiety i wraz z moimi zawodnikami i ich rodzinami pojechaliśmy na objazd wyspy. Zjechaliśmy całą, w tym kilka OS-ów zakręconymi zakrętami i wieczorkiem zameldowaliśmy się w apartamencie.

Trzeba było się spakować, nastawić i obrać plan, którego jeszcze nie było. Przygotowałem więc ciuchy, koksy Power Bar, których oczywiście wziąłem za mało, bo nie miałem w planach ścigania, tylko turystykę, przyczepiłem numer do paska, nastawiłem budzik na piekielnie wczesną godzinę i poszedłem spać. Spało się dobrze, tylko jak zadzwonił budzik to ostatnią rzeczą, o której myślałem to opuszczenie ciepłego łóżka i ruszenie czterech liter na 65 km spacer po górach.

Tak nie mogło być i trzeba było włączyć sobie jakiś program w głowie, który pomógłby mi chociaż w kilku procentach zmotywować się i ruszyć przed siebie. Tradycyjnie w głowie brzmiała mi pieśń zagrzewająca do walki robotnicze klasy, zaczynająca się od jakże pięknych słów „wyklęty powstań ludu ziemi” … trzeba było więc się zebrać do kupy i ruszyć. Nie chciało mi się, ale powoli program zaczął się wgrywać i zacząłem myśleć o fajnej wyprawie połączonej z poznawaniem kanaryjskiej przyrody okraszonej wspaniałymi widokami w doborowym towarzystwie. Zrobiło się lepiej do czasu, kiedy nie wyszliśmy z Iwoną przed apartament. Na dworze było zimno. Miałem na sobie długą wełnianą bluzę i było mi zimno. Tak. Trząsłem się z zimna i wcale nie podobał mi się ten fakt.

Kilka minut przed 5 rano, no może kilkanaście, podjechaliśmy pod Expo, odstawiliśmy Iwonę do autokaru, którym biegacze jechali na start biegu na 30 km a sami z Grzegorzem i potem Michałem grzaliśmy się w środku samochodu. We wnętrzu było ciepło i przyjemnie, ale lada moment trzeba było wyjść i grzecznie ustawić się w ogonku czekającym do wejścia do naszych autokarów, które miały zabrać nas w półtoragodzinną podróż do Artenary, gdzie zlokalizowany był nasz start. Miałem nadzieję, że prześpię się chwilę w autobusie i w jako takim stanie stanę na starcie. Nic bardziej mylnego. Nie mogłem zasnąć a w dodatku dwa razy wylałem na siebie odżywki, bo softflask nie chciał ze mną współpracować. Chyba dla niego również było za wcześnie. W każdym razie jakoś dobrnęliśmy na start i po wyjściu z autokaru dostaliśmy obuchem w łeb od hulającego zimnego wiatru niczym na Spitsbergenie. Pierwszą myślą było pobiegnięcie w bluzie i kurtce, ale całe szczęście z tego pomysłu zrezygnowałem.

Grzaliśmy się w jakiejś hali, gdzie spotkaliśmy Monikę, której również genialnym pomysłem był start na 65 km. Nie rozumiem tych ludzi, chociaż jak pomyślałem o kolejnych moich dzikach, które walczą na trasie 128 km klasyka, o Maćku i Robercie, to zrobiło mi się ciepło. Przestałem się mazać i zacząłem obmyślać strategię na bieg. Generalnie w tych zawodach startowała spora ekipa moich podopiecznych i był to bardzo fajny i duży wyjazd. Na 30 km biegła moja Iwona i Zuza. Na 42 km Maciej z Wiktorem. Na 65 km Michał, Grzegorz i Monika a na 128 km, jak wyżej wspomniałem Maciek i Robert. Zacne stadko.

W każdym razie grzaliśmy się w hali, gdzie Grześ kupił kawę i wodę i zrobiło się w końcu ciepło. Wróciło krążenie i zacząłem się rozgrzewać. Oczywiście stacjonarnie, bo nie miałem zamiaru wystawiać nosa na zewnątrz. W środku było cieplej, milej i przyjemniej.

Na około 15-20 minut przed startem zaczęto nas wyganiać z hali na zewnątrz. Na wiatr, na mróz, na zimno. Skandal! Musiałem szybko przebrać się, zostawić ciuchy w depozycie i poszukać Grzesia, bo Grześ się gdzieś zgubił i zostawił swój plecak a wiadomo, że bagaż pozostawiony bez opieki zostanie zneutralizowany, zutylizowany i zniszczony, więc musiałem się nim zaopiekować. Oczywiście bagażem a nie Grzesiem, chociaż ten drugi cały czas gdzieś się gubił. Potem dopiero odkryłem co w trawie piszczało i okazało się, że Grześ był miłośnikiem pływalni i całe dnie spędzał taplając się w hotelowych basenach bratając się z emerytkami zza zachodniej granicy. Nie wnikam a Ty Grzesiu nie brnij. Po chwili jednak Grześ się znalazł, znalazł się Misiek i mogliśmy ustawić się na linii startu, oczywiście po wcześniejszej rejestracji naszych chipów. Ja jednak nadal nie miałem planu na bieg.

3, 2, 1… no i ruszyliśmy. Z górki na pazurki, potem pod górkę i znów z górki i pod górkę… Towarzystwo powoli się rozłaziło, nad głowami latało śmigło i było sympatycznie. Wzdłuż trasy stali kibice, gdyż biegliśmy przez miasteczko, ale po chwili skończyła się sielanka i zaczęło się maszerowanie w górę. O dziwo czułem się dobrze, chociaż na podejściach lekko mnie przytykało i obawiałem się jak 65 km spacer zniosą moje nogi.

Puściłem Grzesia do przodu, Misiek został z tyłu – taki z niego kolega, a ja sobie z nóżki na nóżkę, niczym lekko utuczona górska kozica przedzierałem się do przodu. Obserwowałem sobie biegaczy i kombinowałem, co by tu dalej robić.

Postanowiłem zrobić tak, że pokażę młodemu jak się biega ultra, chociaż moje doświadczenie jest znikome, ale nie jedną „sosnę” w życiu zaliczyłem i trochę km w nogach mam. Dam mu się wyskakać na początku, przegonię go na kilku technicznych zbiegach i z uśmiechem na ustach podam mu na mecie zimne piwo. Taki był plan i zacząłem go powoli wdrażać w życie. Plan jak plan, ma swoje słabe i mocne strony, które dopiero wraz z czasem wychodzą na światło dzienne. W każdym razie lecieliśmy z Grzegorzem jak pociąg polsko norweski z prędkością światłowodu, którym jest połączony Mainland ze Spitsbergenem. Z prędkością niedźwiedzia polarnego, który poczuł fokę pod lodem. Oczywiście byłem tego świadomy, że nasze rumakowanie skończy się bardzo szybko, ale cóż. Życie. Biegło się o dziwo luźno i swobodnie. Przypominałem sobie, jak się zbiega, jak pracować spokojnie, ale miarowo na podbiegach i jedyne, co mi przeszkadzało to temperatura. Było za ciepło z podkreśleniem przyimka „za”.

Na pierwszy punkt żywieniowy, który był usytuowany po 11,4 km, wpadliśmy, jak młode dziki. Szybko uzupełniliśmy wodę w bidonach, zatankowałem trochę pepsi do żołądka i polecieliśmy dalej po chwili mijając tabliczkę informującą, że do mety pozostało nam jedyne 50 km. Powoli zaczęło wtedy do mnie docierać na co się zapisałem i jak to się może skończyć.

Przed nami zaczynał się jeden z najładniejszych i najbardziej krajoznawczych zakamarków trasy. Do zaliczenia był długi podbieg a raczej podejście pod Roque Nublo skąd rozpościerały się mega widoki na całą wyspę. Wcześniej jednak był pitstop w Garañón, gdzie zostaliśmy chwilę dłużej. Takie fajne sympatyczne miejsce, gdzie można było się najeść i napić do syta. Wjechała znów pepsi, pomarańcze, banany i można było powoli zmierzać na dalszą część trasy. Pamiętam, że Grześ spotkał tam znajomego, którego poznał dzień wcześniej i ten znajomy powiedział jedno bardzo niepokojące zdanie. Uważaj, bo teraz będzie tylko cieplej. Jak może być cieplej jak już jest ciepło, takie pytanie zacząłem sobie zadawać w głowie. No, ale cóż. Na pewne sprawy nie mam wpływu, więc trzeba było zacisnąć zęby i pocisnąć dalej. Przed nami był jeszcze maraton. Jedyne 42,2 km. Idioci! Tak. Idioci z nas, z całym szacunkiem dla idiotów, chociaż tu lepiej pasowałoby określenie samodestruktorzy, masochości czy zwolennicy BDSM.

Wracając jednak do Roque Nublo. Kiedy tam wbiegliśmy było cudownie. Pogoda była boska i z góry rozpościerał się piękny widok na okoliczne góry, góreczki a w oddali było widać ocean. Było cudownie, ale trzeba było lecieć dalej. Ku przygodzie. Ku przeznaczeniu. Prosto przed siebie. Z górki na pazurki. Bój to jest nasz ostatni… Tak. Więc ruszyliśmy i to całkiem żwawo. Były miejsca, gdzie spokojnie można było zbiegać i szło nam to bardzo fajnie i sympatycznie. Zbieg był praktycznie cały czas i z kilometra na kilometr kasowaliśmy nasze czwóreczki, które nie były do tego aż tak bardzo przygotowane. Z kilometra na kilometr a raczej z minuty na minutę robiło się coraz cieplej a miejsca osłonięte od wiatru w sosnowym lesie przypominały piekarnik i też tak było. Oj robiło się nie za wesoło i nawet przez myśl przeszła mi myśl wyboru telefonu do przyjaciela, czyli do Iwony, która mogłaby przyjechać i zabrać mnie do wygodnego hotelowego łóżka. Całe szczęście ta myśl została szybko wykasowana przez Grzegorza, który podobnie jak ja wspinał się na kolejne gałęzie coraz bardziej suchej sosny. Przychodził kryzys, klasyczny łomot i spektakularne wpierdziel. Grzegorzowi na dodatek zabrakło wody, więc trzeba było ratować go z opresji, bo jak to jest napisane „głodnych nakarmić, spragnionych napoić”. Amen. W pewnym momencie zrobiło się naprawdę nieciekawie i do dziś nie wiem, dlaczego. Złapałem mega zjazd. Miałem dreszcze, kręciło mi się w głowie i musiałem stanąć i chwycić się drzewa (sosny), żeby nie zaliczyć spektakularnej gleby. Wiedziałem jednak, że bliżej niż dalej jest kolejny punkt z piciem, więc muszę się zebrać do kupy i dopełzać ten kawałek. Wyglądałem jak 7 nieszczęść.

Jak doszedłem do punktu, Grzegorz powiedział, że jestem biały. Czułem się, jakby mnie ktoś wywrócił na drugą stronę i od razu podłączyłem się pod kroplówkę z pepsi i pomarańczami. Wlałem w siebie dobre pół litra słodkiego oczyszczacza do wanien zagryzając pomarańczami. Grześ stwierdził, że siedzimy i nie ruszamy się przez dłuższy czas, aż nie dojdziemy do siebie. Jak teraz patrzę na wykresy, to kiblowaliśmy tam niecałe 20 minut. Grubo nas poskładało. Nie można jednak było tu tkwić w nieskończoność, szczególnie że wzbudziliśmy zainteresowanie organizatorów. Nie wiem, czy obawiali się, że zeżremy im wszystkie pomarańcze, czy wypijemy całą pepsi, ale z dużym niepokojem się nam przyglądali, więc postanowiliśmy ruszyć dalej. Po kilku minutach odżyłem i ustawiłem tempomat. Dreptałem swoim tempem i nawet wyprzedzałem kolejnych zawodników. Zaczęło się momentami całkiem fajnie biec. Złapałem luz, ale standardowo podchodziłem wszystkie podejścia a tam, gdzie było płasko lub z górki, starałem się biec.

W zegarku miałem wgranego traka z przebiegiem trasy i jedne z pól pokazywało mi szacowany czas przybycia do mety. Spodobała mi się ta funkcja do tego stopnia, że założyłem sobie, że będziemy na mecie na 19:00. Założenia założeniami a meta i tak weryfikuje wszystko, ale czymś trzeba było zająć głowę. Jak biegliśmy czas się skracał i na mecie w teorii mieliśmy być bliżej 19 a nawet przed. Jak szliśmy czas się wydłużał i szacowany czas przybycia na metę oscylował nawet w granicach 19:50, czyli po zmierzchu.

Do czwartego punktu żywieniowego prowadziło kilka technicznych i trudnych odcinków, co sygnalizowały ustawione tabliczki z ostrzeżeniem „uwaga przepaść”. Można tam było zrobić sobie krzywdę, ale nie były to jakieś megaciężkie zbiegi. Trzeba było jednak uważać i być cały czas czujnym. Ja truchtałem, Grześ maszerował i z duszą na ramieniu wyczekiwał punktu. Ja za to łapałem coraz lepszy nastrój i włączyła mi się głupawka. Zaczynało mi się podobać, chociaż w nogach było prawie 50 km. Na przed ostatnim punkcie włączył mi się taki film, że zacząłem tańczyć i śpiewać. Było cudownie. Typowy luz i typowa zabawa, poprzedzona sprawdzaniem wyników meczów z ekstraklasowych boisk. Nie muszę chyba mówić, co się stało, jak Conrado strzelił w 4 minucie bramkę na 0:1 dla Lechii. Punkt żywieniowy prawie oszalał wraz ze mną a Grześ cierpiał…

Umarły mu stopy a biedak nie wiedział i chyba nie był świadomy, że czekał go najbardziej wredny odcinek wyschniętym korytem rzeki. Po chwili na punkt dobiegł Michał, który patrzał się na mnie, jak na wariata. Większa większość ludzi wyglądała, jak po ostrej batalii a Suchy skakał jak pijany. Dostałem nowe życie i miałem w nosie, czy dojdziemy po ciemku, czy za widnego. Liczyło się tu i teraz a co najważniejsze robiło się coraz chłodniej i w tym upatruję mojego powrotu do żywych.

Na punkcie zamelinowaliśmy znowu dobre kilkanaście minut. Grzegorz by tam został, gdybym go nie wyciągnął za uszy. Problem ze stopami spowodowany był złym doborem butów. Hiszpańskie kamienie i skały nie tolerują obuwia z cienkim bieżnikiem, szybko eliminują takie jednostki i dosadnie pokazały nieopierzonemu ultrasowi, gdzie jest jego miejsce. Musiał chłopak nadrabiać wszystko siłą woli, więc ruszyliśmy powoli i ociężale, para buch, koła w ruch… Misiek nie dołączył się do nas. Został na punkcie, taki z niego kolega. W każdym razie do mety mieliśmy jeszcze niecałe 18 km i była szansa dotarcia tam przed zmrokiem. Od tego punktu do mety usieliśmy jednak zmienić dyscyplinę na Nordic Walking, więc wymyśliłem sobie kolejne zabawy garminowe.

Było bieganie 1 km i maszerowanie 200 – 300 m i tego typu podobne. Coś musiałem wymyśleć, żeby się nie zanudzić, szczególnie że w korycie rzeki szwankował zasięg i nie mogłem na bieżąco odświeżać wieści z boisk i stadionów a działo się oj działo się w Lubinie. Finalnie mecz zakończył się hokejowym wynikiem 4:4 a myśmy brnęli po kamlotach, kamieniach i kamyczkach do przodu. Moje buty robiły robotę i nie miałem żadnego problemu, żeby swobodnie tam biec. Fizycznie też było ok. Nogi szły, lekko miałem obolałe czwórki, ale bez tragedii. Bywało gorzej. Wydolnościowo luz, bo intensywność wysiłku była żadna a energetycznie również nie było źle. Na trasie zjadłem bardzo mało, bo tylko 4 żele, ale na punktach wchodziła pepsi pod korek oraz duża ilość pomarańczy i trochę bananów.

zas leciał, mecze się skończyły a myśmy cisnęli. Po wyjściu z koryta rzeki zaczęliśmy truchtać i powoli z nóżki na nóżkę pokonywać ostatnie km. Co jakiś czas pisałem z Iwoną określając jej naszą pozycję aż dotarliśmy do ostatniego punktu, gdzie zaczął się niezły melanż. Grześ zaległ na krześle a ja tańcowałem i raczyłem hiszpańską obsługę punktu polskim przebojem Perfectu „Przeżyj to sam”. Tak im się spodobało, że uraczyli mnie złotym trunkiem za co jeszcze ładniej zaśpiewałem im refren. Było cudownie, ale trzeba było ruszyć tyłek i dowlec się do mety. Iwona pisała, gdzie jesteśmy, Grześ pytał czy daleko jeszcze a ja czułem się jak w Shreku. W każdym razie, kiedy do mety został niecały kilometr Grześ się spiął i ruszyliśmy całkiem żwawo pokonując ostatnie metry po piasku. Wbiegając na metę zrobiliśmy małe szoł z łobuzami Grzegorza, Marcelem i Leną zatrzymując zegar na 10 godzinach i 26 minutach. Misiek wbiegł jakieś 8 minut po nas. Patrząc z perspektywy czasu, to wykonaliśmy kawał fajnej, nikomu nie potrzebniej roboty, męcząc się przez taki kawał czasu po hiszpańskich górkach. Fakt, wiem. Można to było zrobić dużo, dużo szybciej i mam tu na myśli przynajmniej 90 minut szybciej, ale… Tak wyszło jak wyszło i nie inaczej. Najważniejsze, że wszyscy dobiegli na metę i byli zadowoleni. Sponiewierani, ale zadowoleni.

Maciej i Robert ukończyli 128 km, Monika, Michał i Grześ 65 km. Wiktor i Maciej 42 a Iwona i Zuza 30 km. GRATULACJE Dziki !!! Trener jest z Was dumny. W sumie nasza banda, która kręciła się po wyspie składała się z kilkunastu osób i było bardzo owocnie, szczególnie w niedzielę po zawodach, chociaż niektórzy woleli nurkować w odmętach hotelowych basenów, ale co tam. Wanna czy basen, ważne, że woda a woda jest najlepszym lekiem na spektakularną sosnę z zakończeniem w tartaku. Kto wie o czym piszę ten wie a kto nie wie, musi się domyśleć.

Z tematów ciekawych, to po zawodach około 21 – 22 musiałem zawieźć Iwonę na lokalny SOR, gdyż zbiegając z góry wywróciła się i rozwaliła kolano, które trzeba było zszyć. Natomiast z w nocy z niedzieli na poniedziałek mieliśmy mały włam do apartamentu, podczas którego pozbyliśmy się sejfu, który został wyrwany z szafy. Brawa dla inżyniera i Boba budowniczego, który zamocował sejf w szafie na 4 śruby wkręcone w płytę wiórową. Sejf był pusty całe szczęście, ale przy okazji zwiedziliśmy lokalny komisariat, nauczyłem się jak pobiera się odciski palców z miejsca włamania i podszkoliłem język podczas składania zeznań na Policji.

Do Polski wróciliśmy praktycznie w ostatniej chwili, przed rozpoczęciem wirusowego szaleństwa. Posiedzielibyśmy na wyspie 3 dni dłużej, to mielibyśmy problem z powrotem do domu. Opatrzność chyba nad nami czuwa.  

#BoSieBawićTrzebaUmieć

prev
next