Dobry tydzień

Zacząłem się wysypiać, regularnie jeść i porządnie się regenerować to następstwem tego było coraz lepsze samopoczucie na treningach. Niby taka prozaiczna sprawa, ale jak ważna, szczególnie kiedy człowiek młodszy się nie robi i każdy mocny km gdzieś się odkłada. Czuję, że jednak najważniejszy jest sen. Jak spałem po 6 – 7 godzin to biegało się słabo a jak do tego doszło dużo roboty na kilku frontach to nie było co się dziwić, że były kontuzje, notoryczne przemęczenie i nic się nie chciało. Teraz jest odwrotnie i jakby to głupio zabrzmiało, ale to “zbawienny” wpływ wirusowego zamieszania na które coraz częściej patrzę z dystansu. Za dużo rzeczy mi tu nie pasuje, ale nie wypowiadam się. Robię swoje i ciągnę swój wózek z węglem, jak Łysek z pokładu Idy.

Dużo pomogła również siłownia, gdzie pracujemy praktycznie nad wszystkimi partiami ciała. Weszła sztanga, ketle, kółka gimnastyczne, boxy i inne zabawki, które uruchomiły nieużywane partie mięśni, co na początku objawiało się dość dużymi DOMSami, ale z biegiem czasu organizm załapał o co chodzi i teraz jest GIT. Nie potrzebuję biegać tyle kilometrów, co kiedyś. Swoje już przerobiłem, więc trzeba było szukać alternatyw a swoje 100 – 110 km tygodniowo w zupełności wystarcza.

Poniedziałek – tradycyjnie rozpocząłem siłownią. Sztanga, martwe ciągi, pompki, drążek, box… Mocno popracowała góra, brzuch, grzbiet i łapy. Oj pięknie weszło.

Wtorek – trening zagadka. W planie była dycha na HR do 175 na czarnej drodze. Nie miałem pojęcia po ile wyjdzie, ale patrząc na ostatnie leśne ciągłe liczyłem, że zejdę lekko poniżej 4’/km. Ustawiłem jak zawsze w zegarku jedne ekran – tętno – i ruszyłem… Od zera do piątki i z powrotem. Biegło się elegancko. Dynamicznie i przyjemnie. Czułem się mocno i trzymałem zadane tętno. Po nawrocie lekko przycisnąłem i puściłem mocniej nogi. W głowie cały czas chodziła myśl i pytanie po ile biegnę? …Na mecie po wciśnięciu STOP w zegarku zobaczyłem czas 37’52, czyli średnia na km wyszła 3’47. Pierwsza piątka wyszła 19’11, druga 18’42. Dawno tak mocno nie biegałem na treningu i dawno tak dobrze się nie czułem.

Środa – miała być spokojna dwunastka z kilkoma rytmami, wyszła dość żwawa dwunastka na górkach, ale znowu noga szła fajnie do przodu i biegło się bardzo przyjemnie. Takie bieganie bez kontroli HR czy prędkości jest rewelacyjne. W głowie można przetworzyć różne myśli, pomysły a nie co kilka sekund sprawdzać intensywność treningu. To właśnie tak zwane komfortowe tempo. Raz wyjdzie po 4’30 a raz po 5’00. Ważne żeby był luz i spokój a nie stres i presja podczas ciągłego spoglądania na zegarek. Jak komfort to komfort. Zarówno fizyczny, jak psychiczny.

Czwartek – nałożyło się wszystko na siebie i poczułem to solidnie w nogach podczas leśnej, pagórkowatej osiemnastki. Niby tylko 218 m pod górę, ale swoje zrobiło. Wyszło po 4’39 czyli całkiem fajnie mimo dość znacznego mięśniowego zmęczenia… a miałem się oszczędzać na piątek, bo w piątek był dzień sądu…

Piątek – jak piątek to musi być piątka. Jak piątka to musi być piątka na pięć, czyli mocno, bez kompromisów i bez odpuszczania. W maxa. No może prawie w maxa. Znowu pojawił się dylemat po ile i jak… Założenia było znowu proste. Trzymać intensywność i HR do 185, czyli dość mocno, ale z jakimś tam zapasem, bo stary Diesel potrafi jeszcze wkręcić się na wysokie obroty.

Początek był dość niewinny. Po około 800 m wszedłem na w miarę oczekiwaną intensywność, chociaż leciałem na lekko zaciągniętym hamulcu. Wolałem nie świrować pawiana i nie skończyć z nosem na asfalcie po 4 km, chociaż po drodze miałem takie myśli. Pierwszy km poszedł fajnie, drugi również, ale na trzecim zaczęło robić się ciepło. Do głowy przyszła mi myśl, że “4 km w zupełności wystarczą, przecież nie mam zawodów i nie muszę się pruć”. Zacząłem znów bawić się głową i wkręcać sobie rożne filmy. Głowa to generalnie fajne miejsce, gdzie dużo się dzieje i można bardzo dużo w niej zadziałać. Przyszła więc myśl, że 4 km i basta. Tak. Zacząłem sobie (specjalnie) wyobrażać, że nie mam mocy, że trzeba zwolnić, że po co i tak dalej. Zacząłem myśleć o tym o czym często myśli wiele osób na zawodach, kiedy przychodzi kryzys. Włącza się wtedy kontrolka na przyzwolenie odpuszczania i to ten moment, kiedy głowa dyktuje warunki i odcina nogi. Człowiek pokornie poddaje się i … jest już po zawodach. Ja tym razem celowo starałem się wprowadzić w taki stan i całkiem fajnie mi się to udało. Liczyłem metry do końca i wiedziałem, że jest on bliżej niż dalej. Jeszcze tylko 500, 400, 300 metrów… i przed samym czwartym kilometrem… OGIEŃ Z DU**!!! Redukcja, gaz w podłogę i jazda. Jazda po bandzie, bez trzymanki. Zaciśnięte oczy, spięte pośladki i walka. Jak Berserk podczas ataku. Takie małe oszukanie głowy, która myśli już o odpoczynku… Nie tym razem. Dałem po garach i po chwili dyszałem na 5 km zamykając stoper na 17’25, czyli piątka wyszła po 3’29/km czego nie spodziewałem się w najśmielszych oczekiwaniach. Gdzieś w głowie liczyłem na średnią 3’35 – 3’40 a tu proszę. Taka sytuacja. To był mega dobry trening dla głowy i nóg. Nie poddałem się chociaż mogłem i walczyłem do końca.

Sobota – dzień kota, czyli spokojne lekkie komfortowe 12 km po okolicznych lasach. Bez historii.

Niedziela – kolejna zabawa i kolejny fajny trening z cyklu “zwiedzanie” i poznawanie nowych starych szlaków. Wgrałem w zegarek rowerowy track rumskiego wyścigu MTB, który jechałem w ubiegłym roku i puściłem a raczej puściliśmy się do lasu. Podobnie, jak tydzień temu, ale wtedy trasa padła na Wejherowo. Bardzo fajny sposób na urozmaicenie treningu, sponiewieranie się na górach i odreagowanie od starych monotonnych tras biegowych, po których poruszamy się codziennie. Niedziela to święto i na ten czas trzeba coś świątecznego polecieć.

Jak widać na załączonym obrazku było fajnie. Szary kolor pokazuje przewyższenia a czerwony pracę serducha. Działo się, ale był duży zapas, jak na wycieczkę biegową przystało. Taką troszkę żwawszą, bo średnie HR wyszło 161, czyli praktycznie zgodnie z założeniami. Na zbiegach puszczaliśmy nogi, na podbiegach spokój i turystyka a na prostych żwawo. Nudno nie było. Oczywiście można to było pobiec mocniej i to znacznie a można było wolniej. Było jednak prawie optymalnie. Pogoda dopisała, towarzystwo też i było GIT. Jest pomysł na kolejną niedzielę, ale zobaczymy która trasa wygra… Mam dwa pomysły, które muszą jednak dojrzeć.

To był bardzo dobry i udany tydzień zakończony kolejną setką w nogach. Biega się coraz lepiej i mam coraz większą frajdę z samego biegania i trenowania. Nie myślę praktycznie o startach w zawodach a w głowie pojawiają mi się dziwne pomysły, jak kilkudniowy wypad w góry w celu sponiewierania się na przykład po karkonoskich szczytach… Czemu nie…

Właściwa droga i łatwa droga nigdy nie wiodą tą samą ścieżką. Kami Garcia – Istoty ciemności

prev
next