Kolejny rozdział, kolejna historia, kolejny kontynent i kolejny maraton. Kolejna strona, a nawet kilka SIEDEM pochłonęło słowa składające się w opis tego, co działo się w Ameryce Północnej.Zapraszam do przeczytania fragmentu wstępu, a jak chcielibyście więcej, to o północno amerykańskim kontynencie przeczytacie w mojej książce SIEDEM. Miłej keltury.
Zwiedzaj świat. To lepsze niż najpiękniejszy sen – Ray Bradbury
Amerykę Północną odwiedziłem trzy razy. Ani razu nie była to jednak typowa kontynentalna część, o jakiej wszyscy myślą. Moja noga nie stanęła ani w Nowym Jorku, ani w Los Angeles, Chicago czy Bostonie, chociaż zawsze chciałem przebiec najstarszy maraton świata. Byłem natomiast w Kangerlussuaq, Kingston, Hawanie czy Punta Cana. Maraton przy dźwiękach reggae w oparach marihuany przebiegłem w jamajskim Negril, a na Grenlandii sprawdziłem, czy lodowiec faktycznie jest śliski. Jamajka zaskoczyła mnie niesamowitą życzliwością mieszkańców, piekącym słońcem, wspaniałą muzyką oraz cudownymi widokami. Kolejny raz na tym kontynencie miałem przyjemność stanąć w turystycznej Dominikanie. Była ona przystankiem między Kubą a Curaçao,gdzie biegałem maraton.

Ostatni raz na amerykańskiej ziemi, chociaż lepszym określeniem byłoby – na lodzie – stanąłem w 2018 r. Na Grenlandii na własne oczy ujrzałem legendarną czapę lodową Ice Cap, przez którą wiodła część trasy Polar Circle Marathon. Urzekła mnie ona siermiężną przyrodą i wieloma odcieniami szarości, które mogłem w spokoju eksplorować, pokonując dystans 42 km i 195 m.
Jak upalnie było podczas jamajskiego maratonu? Jak prawie zostałem rastafarianinem? W jaki sposób chciały mnie przestraszyć kubańskie niewiasty i jak uskuteczniałem taniec na lodzie? Tego się dowiecie, czytając amerykański rozdział.