Weszło pięknie. W nogi, w tyłek i w głowę. 4 dni ścigania się w okrutnie trudnym i wymagającym terenie zleciało błyskawicznie. Było kit, było git i niestety pozostał niedosyt, bo znów zabrakło koncentracji i spokoju, chociaż zaczęło się dobrze. To była cenna lekcja orientacji i świetna przygoda. Z niecierpliwością nie mogę doczekać się kolejnej edycji, a już dziś szykuję się mentalnie na najbliższe 6 startów w przeciągu 2 tygodni. Mam na myśli stałe punkty programu, czyli Baltic Cup oraz Grand Prix Pomorza. Teraz czas na podsumowanie sudeckich wypocin, w których wziąłem udział.
Do lasu szedłem na początku. Na pierwszym, drugim i trzecim etapie. Poprosiłem organizatorów, żeby nadali mi pierwsze minuty, a Iwona w tym czasie mogłaby ogarnąć Olafa. Potem następowałaby zmiana. Iwona do lasu, a ja z Olafem. Fajnie to zagrało, chociaż wchodzenie na początku do lasu równoznaczne jest z torowaniem, trasowaniem i udeptywaniem ścieżek. Cóż. Jakby nie patrzeć to sroga lekcja BnO i tak do tego podchodziłem. Oczywiście ci, którzy szli na końcu, momentami mieli wydeptane autostrady, ale nie ma co się mazać. Trzeba było robić swoje, zacisnąć zęby, spiąć pośladki i starać się popełnić jak najmniejszą ilość błędów, co w tym terenie było bardzo ciężkie.
E1: 2,9 km, 15 PK, 155 m UP
Pierwszy etap Sudety Cup będzie prawdziwym wyzwaniem, które zaskoczy nawet najbardziej doświadczonych zawodników. Teren będzie charakteryzował się ciągłą zmiennością – od otwartych przestrzeni po gęste lasy, od miękkiego podłoża po skaliste ścieżki. Kamienie i skały, rozsiane po trasie, będą wymagały precyzyjnego czytania mapy. Ten etap stanie się eksplozją różnorodności, która zmusi uczestników nie tylko do rozwinięcia prędkości, ale i do nieustannej adaptacji do zmieniającego się charakteru terenu.

Zacznij spokojnie i miej plan. Tak, z takim nastawieniem wchodziłem do boksu i w głowie miałem tylko tą myśl, a raczej jedno słowo. Plan. Plan był najważniejszy i starałem się tego trzymać. Musiałem trzymać nogi na wodzy i nie dać się ponieść. Całe szczęście teren skutecznie uniemożliwiał szybkie bieganie, więc teoretycznie było łatwiej. Można było planować i spokojnie poruszać się do przodu.
Stanąłem w boksie mocno skupiony. Byłem tak skupiony i zestresowany, że nie potrafiłem zapamiętać numerów i opisów dwóch pierwszych punktów kontrolnych, co powinno być banalne. Numer 102, skrzyżowanie rzeczek, 108, 3 metrowa ścianka skalna u góry… Ruszyłem.
Jedynka jako tako. Czujne wejście w syf, krzaki, kamienie, mokro, zielono i ciut za nisko. Po dobiegnięciu do rzeczki musiałem trochę podejść w zielononiebieskożółtym syfie. Dwójka i trójka luz. Był plan i realizowałem go. Czwórka i piątka spoko, chociaż na ten ostatni mogłem pójść inaczej. Byłoby szybciej, ale tak przynajmniej biegłem pewniej. Szóstka niby wyglądała na łatwą, ale w środku zielonego był taki bajzel, że szkoda gadać. Pokręciłem się chwilę wokół skał i znalazłem punkt. Siódemka trochę mnie przerosła, ale ostatecznie dałem radę. Czujnie, spokojnie, bez fisiowania. Dwa razy wolniej i czujniej. Ósemka, dziewiątka, dziesiątka i jedenastka elegancko. Trochę za wolno i za spokojnie, ale pewnie. Dwunastka i trzynastka też ok, ale w połowie przebiegu włączył mi się alarm w zegarku, którego nie mogłem wyłączyć. Gremlin stwierdził, że potrzebuję pomocy i zaczął wydzierać się w niebogłosy. Rozkojarzyło mnie to straszliwie i ostatecznie wyłączyłem zegarek. Skutkiem tego były błędy na czternastkę i niepewny dobieg na piętnasty.

LIVELOX – PRZEBIEGI
Na metę wbiegłem piąty z czasem 36:45. Zwycięzca zdeklasował wszystkich osiągając czas 27:04. To chłopak z solidną przeszłością w światowym orienteeringu, wielokrotny reprezentant swojego kraju, więc zawiesił bardzo wysoko poprzeczkę. Nadmienię, że wygrał wszystkie etapy z taką przewagą, że szkoda gadać. Ja jednak byłem nawet zadowolony ze swojego biegu i z niecierpliwością czekałem na drugi etap.
E2: 5,1 km, 17 PK, 200 m UP
Drugi etap przeniesie Was w głąb dziewiczej przyrody wokół majestatycznego szczytu Wielkiej Sowy. Przemierzając te dzikie ostępy napotkacie skryte na zboczach góry tajemnicze pozostałości poniemieckiego Projektu Riese. Czekają na Was zarówno piękne krajobrazy, jak i nawigacyjne pułapki, które sprawdzą Waszą precyzję i zdolność do szybkiego podejmowania decyzji. Teren będzie sumą stromych zboczy oraz kamieni i cieków wodnych skrytych w leśnym labiryncie. Ten etap to kwintesencja sudeckiej dziczy – wyzwanie, które zostanie w pamięci na długo.

Na długo to w mojej pamięci pozostanie wejście w las, gdyż było tam wszystko, chociaż trzeciego dnia czekały na mnie jeszcze większe atrakcje. Ruszyłem spokojnie i bardzo czujnie widząc, jak wyglądają pierwsze dwa punkty. Plan zadziałał i z lekkim, subtelnym i delikatnym błędem pewnie podbiłem jedynkę. Dwójkę wciągnąłem nosem i ruszyłem dalej. Na trójkę. Za szybko, za odważnie, za chaotycznie. Nie zaplanowałem dokładnie przebiegu i to mnie pokarało. Wystarczyło włączyć hamulec. Ustawić kompas i pobiec prosto. Przeciąć zielone, wbiec w biały las i pocisnąć drogą i ocenić czy można przeciąć kolejne zielone. Ja… pobiegłem w lewo i na drzewo. Szkoda komentować. Posiałem tam dobre 3 minuty. Najgorsze jednak było to, że nie miałem się od czego odbić atakując sam punkt. Złapałem ścieżkę, rzeczkę, ale potem był totolotek. Gorzej poszła czwórka. Tam ruszyłem za wysoko, zamiast po warstwicy na kierunek i kolejne 3 minuty poszły w las, a raczej w krzaki. Piątka jako tako. Było lekkie zawahanie, nie było od czego się odbić, ale bez tragedii. Szóstka podobnie. Ciut za nisko. Od siódemki do czternastki czysto. Może trochę zbyt asekuracyjnie i za wolno, ale w miarę czysto. Pewnie i konkretnie. Skopałem jednak piętnastkę. Zrobiłem znowu to, czego nie powinno się nigdy robić. Zmieniłem wybór wariantu w jego trakcie. Pierwotnie planowałem dobiec do dużego skrzyżowania, odbić w prawo i zaatakować od rozwidlenia. Ja zbiegłem w dół, leciałem wzdłuż gęstwnki i chciałem odbić od wału ziemnego. Efektem tego było zabiegnięcie punktu i posianie dobrych 2 minut. Końcówkę pocisnąłem czysto.

LIVELOX – PRZEBIEGI
Na drugim etapie uzyskałem siódmy czas. Pokonanie całego dystansu zajęło mi 59 minut i 2 sekundy. Nie napiszę ile pobiegł zwycięzca, bo to inna liga, ale pierwszy z Polaków ukończył trasę w czasie 47:46. Dystans, który pokonał było 1 km krótszy niż moje leśne wypociny. Tak wygląda BnO.
E3: 3,2 km, 15 PK, 85 m UP
Trzeci etap to najtrudniejsze wyzwanie techniczne całych zawodów. Trasy będą przebiegać przez stosunkowo płaskie obszary, charakteryzujące się brakiem wyraźnych punktów orientacyjnych, co wymusi precyzyjne czytanie mapy i szybkie podejmowanie decyzji. Teren, choć pozornie łagodny, kryje w sobie liczne pułapki w postaci bagien i gęstych zarośli. Tutaj każdy krok powinien być przemyślany, a każda chwila nieuwagi będzie kosztować cenne sekundy. Przy odrobinie szczęścia, możecie spotkać tu jednego z mieszkańców tych terenów – muflona, który jest symbolem dzikiej przyrody Sudetów.

Obawiałem się tego etapu, ale brałem to na plus. Wiedziałem, że muszę skupić się na 200% i być czujny, jak pies podwójny. Jedynkę podbiłem szybko i pewnie. Dwójkę lekko zabiegłem, ale wolałem zaatakować z pewnego miejsca niż błądzić w nicości. Przebieg na trójkę zweryfikował wszystko. Początek był dobry, ale potem zaczęło się pływanie. Punkt ustawiony był północnej części polanki, która znajdowała się w bagnie, a żeby było wesoło, to bagno było w gęstwince. Nie szło za Chiny ludowe. Kręciłem się w każdą stronę. Przedzierałem się przez chaszcze, krzaki i nie mogłem znaleźć punktu. Straciłem ram ponad 6 minut. Rozkojarzyłem się straszliwie, a mój poziom koncentracji spadł do zera. Czwórkę położyłem również i musiałem coś z tym zrobić. Piątka weszła czysto, ale szóstkę znów położyłem. Patrząc z perspektywy czasu, zabrakło planu, spokoju i koncentracji. Wdał się chaos i on mnie zniszczył. Nie wiedziałem jak sobie z tym poradzić i latałem jak po pustym sklepie. Wziąłem się w garść i postanowiłem wdrożyć opcję spokój, bo tylko on mógł mnie uratować. Wystarczyło go do dziesiątki. W okolicy jedenastego stało kilka punktów, zbiegło się wielu zawodników i zamiast skupić się na robocie, ponownie włączył mi się plan chaos, tak samo jak na trzynastkę. Tam rozkojarzyła mnie wycinka, która nie była uwzględniona na mapie. Pozostałe punkty bez historii, chociaż mogłem pobiec to czyściej.

LIVELOX – PRZEBIEGI
Na tym etapie dałem ciała po całości. Uzyskałem 22 czas biegu. Co prawda zepchnęło mnie to z 7 na 8 miejsce po trzech etapach, ale ten bieg wolałbym zapomnieć. Jedynym plusem jest duży materiał do analizy, więc jakiś pozytyw jest.
E4: 4,7 km, 16 PK, 340 m UP
Finałowy etap przeniesie Was w świat licznych formacji skalnych i stromych zboczy. Ostre jak szczyty trasy, pełne stromych podejść i technicznych zbiegów, staną się sprawdzianem wytrzymałości i umiejętności nawigacyjnych. Gęsty las, ograniczający widoczność, wymusi maksymalne skupienie i precyzyjne czytanie mapy, a surowość terenu zmusi do przekraczania własnych granic. To wymagające zakończenie zawodów nie tylko podkreśli piękno skalistych krajobrazów, ale także dostarczy ogromnej satysfakcji każdemu, kto pokona te trudności.

Idąc na start wiedziałem, że będzie wyrypa i podobało mi się to niezmiernie. Miałem zamiar się upodlić i sprawić solidny łomot. Z racji, że całą noc lał deszcz postanowiłem zmienić buty z VJ na Inov8 z dłuższym bieżnikiem, który lepiej trzymałby się w terenie. Nie był to dobry pomysł, o czym przekonałem się później. Jednak co kolce, to kolce i z tym się nie dyskutuje.
Ostatni etap charakteryzuje się tym, że start odbywa się ze startą czasową do zwycięzcy. Jednakże, akurat w przypadku Sudety Cup, strata ta nie może przekraczać 45’. Mi się to nie udało. Zabrakło 3 minut, więc startowałem w normalnym interwale czasowym co minutę, podobnie jak większość chłopaków. Przed sobą miałem dwóch Czechów, minutę po mnie biegł Andrzej, a 6 minut dalej Roger. Zawodnicy z którymi często rywalizujemy na naszym amatorskim poziomie. Liczyłem, że dogonię Czechów i ucieknę goniącemu mnie ogonowi. Jak się skończyło? Wiadomo. Nie dorwałem ani chłopaków z przodu, a Andrzej i Roger uciekli mi w dość śmiesznych okolicznościach.
Start był pod solidną górę. Do pierwszego punktu, na odcinku około 130 m można było doliczyć się 10 warstwic, a każda to 5 metrów. Wszystko to oczywiście w ciężkim terenie. Zaliczyłem go sprawnie, podobnie jak dwójkę. Trochę posiałem trójkę wchodząc za wysoko i zaliczając skałę, ponieważ nie doczytałem dokładnie opisów i mapy. Zdarza się. Na trójkę miałem plan, który wyszedł mi do pewnego momentu. Początek szedł spoko, ale niestety przebiegłem obok punktu i się trochę zakręciłem. Z tego trochę wyszło ponad 2 minuty biegania wokoło. Słabo. Kolejne cztery przebiegi wyszły elegancko. Czujnie, spokojnie i pewnie. Bez zbędnych ruchów. Jedyne co mnie ograniczało to brak kolców w butach. Niby pierdoła, ale kilka razy noga mi uciekła na mokrych powalonych pniach i musiałem bardziej uważać.

Totalnie skopałem przebieg na dziewiątkę. Zamysł był, początek szedł dobrze, ale w połowie dystansu nie wiedziałem, gdzie jestem i włączył się tryb wiadomo jaki. Żałuję, że odbiegając od ósemki, nie ustawiłem azymutu, bo to byłoby najlepszym rozwiązaniem. Zostawiłem tam jakieś 2,5 minuty i doszedł mnie Andrzej z grupą pościgową. Co zrobiłem? Zamiast podłączyć się i razem z Andrzejem urwać się ekipie, ja postanowiłem uciec im wybierając zupełnie inny wariant. To mnie zgubiło, bo wywaliło mnie strasznie na lewo i w tym momencie miałem po zawodach. Zamiast pobiec ten odcinek w 8 minut, zrobiłem go w niecałe 15! Masakra. Jedenastkę znalazłem szybko z jednym drobnym zawahaniem, ale dwunastka mnie przerosła. Był tam taki bałagan, że każdy krok był bardzo ryzykowny. Wielka stromizna, błoto, kamienie, skały, korzenie i płynąca w korycie rzeczka. To sprawiało, że poziom koncentracji musiał sięgać 300%, a każdy krok trzeba było przemyśleć 5 razy jednocześnie czytając mapę. W pewnym momencie musiałem pomóc jednej zawodniczce, której zaklinowała się noga w gałęziach, co wymagało włożenia dość dużego wysiłku. Nudy więc nie było. Samo wejście na punkt również było dość chaotyczne i nieprzemyślane. Straciłem tam kolejne 3 minuty. Na trzynasty wbiegłem razem z Rogerem, któremu na kolejny przebieg uciekłem. Na tym odcinku zanotowałem 2 międzyczas, ale co z tego, jak biegnąc na piętnastkę odbiegłem nie w tym kierunku i finalnie pomyliłem drogi. Oczywiście dogonił mnie Roger, który myślał podobnie jak ja i we dwójkę jak sieroty kręciliśmy się nie w tym miejscu co trzeba. Cyrk! Cyrk na kółkach! Przedostatni punkt Roger podbił przede mną, więc i na mecie był pierwszy.

LIVELOX – PRZEBIEGI
Ostatni etap biegłem o dobre 12-15 minut za długo i ostatecznie Sudety Cup ukończyłem na 10 miejscu. Cóż… mogło być lepiej, ale nie było. Najważniejsze jednak, że podobało mi się i mimo solidnego łomotu bawiłem się wyśmienicie mieszając irytację, frustrację z ogromną radością z każdego odnalezionego punktu. Było GIT, a to najważniejsze. Teraz czekają na mnie starty w Baltic Cup oraz Grand Prix Pomorza, czyli 6 startów w 2 tygodnie. Będzie wesoło i nie mogę się już doczekać, kiedy wezmę mapę i ruszę w las.
To jest tylko sport. Nigdy nie ma pewnych zwycięstw – Krzysztof Hołowczyc