Kolejny sezon biegowy zaliczony. Ten, o ile dobrze liczę, był 35. Czas leci straszliwie szybko, a ja pamiętam nadal mój biegowy debiut w lutym 1989 roku oraz pierwszy trening z mapą we wrześniu 1990. Niby łącznie kilkanaście minut wysiłku, ale to właśnie te kilkanaście minut zadecydował o całym moim życiu. 45 lat na karku, 35 w biegu, a 38 w sporcie. Jaki był 2025 rok? Ciekawy, szybki, wymagający, ekstremalny, konkretny. Zapraszam do krótkiego przeglądu tego, co się w nim wydarzyło.
Styczeń – 253 km
Tradycyjny wyjazd na biegowe zgrupowanie do Szklarskiej Poręby z zawodnikami. Solidna wyrypa w górach i kilka wymagających akcentów. Skupiłem się na crossach, sile biegowej, sprawności, ale nie zapomniałem o kilku intensywnych bodźcach, jak 10×400 m na stadionie czy zabawie biegowej 10×1’. Było ok i powoli wchodziłem w trening pozytywnie nastawiając się na lutowe bieganie w TGC.

Luty – 186 km
Głównym punktem miesiąca był start w Transgrancanaria na dystansie 21 km. Zostałem zniszczony przez hiszpańskie słońce, zmielony przez kamloty i przeczołgany przez góry. Niby wyszło tylko 21 km, ale w tym klimacie, w tej temperaturze to było aż 21. Wcześniej pobiegłem urodzinową dychę w Gdyni, podczas której zamknąłem stoper z czasem 37’54. To był ciekawy bieg i nie spodziewałem się takiego wyniku.

Końcówkę lutego i początek marca spędziliśmy rodzinnie na Wyspach Kanaryjskich. Gran Canarii i teneryfie. Tam zrobiłem kilka wartościowych treningów w kontekście majowego maratonu pod Everestem. Kulminacyjnym punktem był 20 km, a raczej 6-godzinny, marszobieg pod Teidę, podczas którego wgramoliłem się na wysokość 3500 m n.p.m. zaliczając 1640 m w pionie. Było GIT!
Marzec – 236 km
Treningowo bez szaleństw. Crossy, zabawy biegowe, drugi zakres, przyspieszenia i kolejny start na dychę. Tym razem u Artiego w Poznaniu. Nie planowałem zupełnie tego biegu, ale zostałem podstępnie namówiony, więc pobiegłem. Tym razem było szybciej niż w lutym. 21. Recordową 10 pokonałem w 36 minut i 30 sekund. Dawno tak szybko nie biegałem.

W marcu wystartowałem jeszcze z mapą i kompasem na Wyspie Sobieszewskiej, ale na ostatnim etapie coś sobie popsułem w nodze. Na Mistrzostwa Polski w długodystansowym BnO, które rozgrywane były tydzień później pojechałem z nożem na gardle i ledwo co dokuśtykałem do mety. Po tym starcie nastąpiło cudowne odrodzenie i noga puściła.
Kwiecień – 314 km
Objętościowo zaszalałem. Wjechały znów eleganckie crossy, 30 km rozbieganie i akcenty jak 4×4 km czy 2×8 km. Czwórki biegałem po 4’04-07, a ósemki po 4’06-09. Żwawo, ale fajnie. Miesiąc zakończyłem trzema startami w dwa dni. W ostatnią sobotę miesiąca rano pobiegłem z mapą, wieczorem ogarnąłem dychę na ulicy, poprawiając to w niedzielę znów leśnym akcentem.

Maj – 223 km
Otworzyłem mocno. 1 maja zrobiłem 14×1 km średnio po 3’46, a trzy dni później rozpędzane 30 km po 4’17. Oprócz tego wjechały zabawy biegowe, 16 km drugiego zakresu po 4’01 i przełajowy start w Wejherowie na 5 km. 18 maja wyjechałem w Himalaje na docelowy start sezonu, czyli Everest Marathon.

Po 80 km trekkingu, który należało zrobić, żeby wleźć do EBC, zbiegłem w dół i zaliczyłem na swojej liście kolejny z “naj” maratonów. Ten był najwyżej rozgrywany.
Jak było na trekkingu i na starcie? Epicko, ale szczegóły znajdują się na blogu oraz będą w nowej książce, która mam nadzieję dość szybko ujrzy światło dzienne.
Czerwiec – 160 km
Wróciłem do cywilizacji, wystartowałem w Biegu 2 Wieże w Lubiatowie, po czym spakowałem manatki i wyleciałem na północ. W moim kochanym Longyearbyen przebiegłem kolejny maraton i z czasem 2:59:46 uzyskałem kwalifikacje na 130. Boston Marathon, czyli najstarszy na świecie bieg rozgrywany na królewskim dystansie.

Lipiec – 185 km
Było dużo startów i świetnie zleciał miesiąc. W sumie to w lipcu metę przekroczyłem 6 razy. Zanotowałem też solidny czas na 1 km, który pokonałem w 2 minuty i 54 sekundy. Nie wiało więc nudą, a przemierzanie mazurskich zakamarków z mapą i kompasem było niezapomnianym przeżyciem.

Sierpień – 232 km
9 startów i to wszystkie w lesie z mapą i kompasem. Był srogi wpierdziel na Sudetach, konkretne mocne bieganie na Grand Prix Pomorza oraz kompletnie nieudany Baltic Cup, który zaczął się… idealnie. To był ciekawy miesiąc, który upłynął bardzo szybko.

Z ciekawszych akcentów, udało mi się wpasować 10 km w 39’41, 2×3 + 1×2 i 2×1 szybkiego biegania, gdzie laktometr pokazał 11,6 mmol/l i kilka spokojnych rozbiegań.
Wrzesień – 279 km
Mocniej skupiłem się na treningu, szczególnie na crossach kosztem pracy na prędkościach. Wszystko to w perspektywie październikowej UltraKotliny. Jedynym mocniejszym akcentem był Bieg Westerplatte, w którym trzymałem się założeń tętna, pokonując go w 38 minut i 34 sekundy. Mocno, ale z zapasem. Szkoda, że nie upchnąłem tu kilku 30 km treningów, gdyż lepiej czułbym się w Karkonoszach.

Październik – 180 km
Miesiąc zacząłem od wygranej w wejherowskiej edycji parkruna. Musiałem zebrać się z ostatnich kilkuset metrów i udało się. Tydzień później stanąłem na starcie UltraKotliny, w której braliśmy udział drużynowo. Biegło się tak sobie. Dwa razy się zgubiłem, kilka razy podkręciłem staw skokowy, w tym raz dość mocno, ale jakoś nie czułem się super extra fantastycznie. Stanęliśmy na najniższym miejscu podium, co było lekkim rozczarowaniem, ale patrząc na to, jak mocni biegacze znajdowali się w liderujących sztafetach, to nie ma na co narzekać. Górale znad morza pokazali jaja i tanio skóry nie sprzedali.

Generalnie czułem już zmęczenie sezonem i postanowiłem, że listopad stanie się miesiącem aktywnego roztrenowania.
Listopad – 112 km
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Pierwotnie chciałem pobiec mocniej 11 listopada Gdyński Bieg Niepodległości, ale im było bliżej startu, tym chęci miałem mniej. Nie czułem tego, a nie chciałem cisnąć na siłę, bo po co? Oczywiście wystartowałem i żeby nie było nudy, to pierwsze 5 km pobiegłem nieco żwawiej, a przez kolejne 5 km bawiłem się doskonale. Czekałem na zawodników, przybijałem piątki z kibicami i prowadziłem krótkie konwersacje z dawno niewidzianymi znajomymi. Było git.

W okresie aktywnego roztrenowania nie leżałem do góry pępkiem. Raz w tygodniu, a czasami i dwa, wychodziłem na 6,6 km crossu, na moją Diabelską Pętlę. Taki akcencik powodował, że nie zgnuśniałem, a wejście w grudniową robotę do maratonu będzie przyjemniejsze.
Grudzień… ??? km
Zaczynam operację Boston. W jakim stanie pacjent z niej wyjdzie? To okaże się 20 kwietnia 2026 roku na mecie, która jak zawsze zweryfikuje wszystko. Wtrące, że w debiucie, który miał miejsce 21 kwietnia 2002 roku, czyli dokładnie 24 lata wcześniej, nabiegałem 2:48:08. Czy przyszłorocznym maratonie zbliżę się do czasu z debiutu? Nie wiem. Zadecyduję w styczniu, czy uznam że jest sens i szansa na takie bieganie, a raczej czy będę miał czas. Coraz bardziej mnie to korci, ale wiem z czym to się wiąże i to mnie skutecznie odrzuca. Musiałbym zacząć trenować, a skończyć biegać…
Bieganie to najprostszy sposób by dotknąć świata i odnaleźć siebie – Piotr Suchenia