Ciężko mi to napisać i chyba jeszcze nie do końca oswoiłem się z tą myślą, ale tak – po 24 latach walki na 42 km froncie podaliśmy sobie z maratonem po raz ostatni dłonie i podziękowaliśmy za wspólnie spędzone chwile. To była niesamowita historia pełna emocji, pasji, bólu i cierpienia – i właśnie w taki sposób chciałbym ją zapamiętać. Jako romantyczną, pełną doznań podróż w głąb siebie, podczas której odkrywałem swoje najprawdziwsze „ja”. Tak. To już jest koniec. Tak. Emocje już opadły, a rzuconych słów nie można już cofnąć. To trudna, ale bardzo dojrzała decyzja.

Na kresce królewskiego dystansu stanąłem po raz pierwszy 21 kwietnia 2002 roku we Wrocławiu, gdzie linię mety przeciąłem z czasem 2 godzin, 48 minut i 8 sekund. Po raz ostatni zrobiłem to 20 kwietnia 2026 roku w amerykańskim Bostonie – miejscu będącym mekką maratończyków, którzy niczym pielgrzymi podążają tam, by pokonać najstarszą na świecie trasą biegu rozgrywanego na dystansie 42 km i 195 metrów. Pokonać, a często zostać pokonanym.
Każdy jak król pragnie nowej ziemi, choć świat już ma u swoich stóp…
Był to mój 38. start na tym dystansie i cieszę się, że kropkę nad „i” mogłem postawić właśnie tam – mimo że wcześniej komunikowałem już koniec maratońskiej przygody. Coś jednak nie pozwoliło mi odejść, gdy 4 czerwca 2022 roku z czasem 3:05:35 minąłem linię mety Spitsbergen Marathon, ogłaszając wówczas zamknięcie tego rozdziału. To uczucie dojrzewało przez kolejne cztery lata i dopiero wtedy pozwoliło mi domknąć biegowe koło. To nie był przypadek. To była kumulacja znaków i energii, którą przez ostatnie lata namiętnie karmił mnie wszechświat.
Ostatnie półtora miesiąca przed startem było epicką eksplozją emocji i przemyśleń, których finał miał miejsce pamiętnego poniedziałku 20 kwietnia 2026 roku. Dokładnie po 2 godzinach, 58 minutach i 47 sekundach od rozpoczęcia ostatniego tańca zamknęło się koło, a po wielkim Ragnaröku opadł kurz i nastała cisza. Asgard spłonął, gwiazdy zgasły, bogowie zginęli, a ziemię zalało wielkie morze. Właśnie tak czułem się podczas ostatniej batalii – będąc jak mityczny Einherjer czekający na zmierzch, który w końcu nastąpił i przyniósł ulgę cierpieniu. Jednak podana w najmniej oczekiwanym momencie dłoń wyciągnęła mnie z otchłani i chaosu dając nowe życie.
Kiedy przyjdą zabrać mnie w ostatnią podróż…
Po którejś z rzędu nieprzespanej nocy i przyzwyczajeniu się do czerwonych alertów wyskakujących z zegarka wstałem, ubrałem się i przeczytałem mnóstwo ciepłych, pozytywnych wiadomości od bliskich mi osób, którym z całego serca dziękuję za wsparcie i dmuchanie pod buty. Przybiłem heavy metalową pionę z Olafem i pomaszerowałem do hotelowego lobby, gdzie umówiłem się z Maćkiem – moim podopiecznym i kolegą, z którym wspólnie startowaliśmy w 130. Boston Marathon.

Razem, dziarskim krokiem, udaliśmy się do miejsca, z którego ruszały autobusy wiozące biegaczy na start. Maciek zapomniał zegarka i musiał wrócić do hotelu, ale to tak na marginesie. W tłumie zawodniczek i zawodników z całego świata trafiłem na dwójkę Polaków żyjących na emigracji, z którymi żółtym szkolnym autobusem udałem się na linię startu. Całą podróż przegadaliśmy i ani się obejrzeliśmy, jak zameldowaliśmy się w Hopkinton. Dzięki chłopaki za wspólnie spędzony czas. Do następnego!
Po dojechaniu na miejsce od razu zamelinowaliśmy się pod namiotem, oczekując na godzinę startu. Oczywiście tak się zagadaliśmy i zamuliliśmy, że wyszliśmy za późno i de facto musieliśmy ruszyć z wolniejszą falą. Bywa i tak, ale jakoś niespecjalnie się tym przejąłem. Liczył się czas netto od minięcia linii startu, więc nie miało większego znaczenia, o której godzinie nastąpił wystrzał. Celebrowałem to. Wzruszenie rozpierało trzewia, a żołądek się kurczył. Kończyłem pewien etap i musiałem to przetransformować. Lekko nie było.
Do białego rana, za nic mamy strach, nikt nie może przestać grać…
Przed kreską przybiliśmy sobie piątki i życzyliśmy powodzenia. Ja skoncentrowałem się na swoim ostatnim tańcu, chłopaki na swoich planach, które – jak się okazało – mieliśmy podobne. Przed samym startem w mojej głowie walczyły jednak dwa wilki. Jeden, ten ambitniejszy, planował bieg na konkretny wynik. Drugi, bardziej romantyczny, chciał poczuć ten start całym sobą i zatańczyć na każdym kilometrze swój wilczy taniec. Chciał pochłonąć każdą chwilę na bostońskiej trasie na przekór temu pierwszemu, którego interesował wyłącznie wynik poniżej trzech godzin. Ostatecznie przycisk startu swoją łapą wcisnął ten pierwszy, z którym ramię w ramię, łapa w łapę, ruszyłem prosto z Walhalli przez Bifröst – niczym Einherjer na spotkanie przeznaczenia, które znały tylko Norny i jednooki, który poświęcił siebie aby poznać przyszłość.

… a ty tańcz
Początek był z górki – zresztą jak większość biegu – ale to właśnie pierwsze 10 km decydowało o tym, w jakim stanie znajdą się nogi przed najcięższymi fragmentami trasy. Postanowiłem złapać optymalny rytm i nie szaleć. Nie szarpać, nie świrować. Rytm, rytm, rytm i stoicki spokój. Koncentracja. Wiedziałem, w jakim miejscu jestem fizycznie i byłem świadomy wielu niedociągnięć treningowych. Ogromnym plusem był trening siłowy, który sumiennie wykonywałem w każdą środę pod bacznym okiem Trenerki nie uznającej kompromisów. Jego efekty poczułem namacalnie tydzień wcześniej, kiedy pobiegłem na zawodach 5 km w 17’28, a noga kręciła się okrutnie. To była najszybsza piątka od 12 lat, więc o czymś to mówiło.

W Bostonie starałem się trzymać tempo w okolicy 4:05–4:10/km, gdyż właśnie przy takim czułem się komfortowo. Oczywiście pierwszy kilometr przebiegłem za mocno, ale zwalam to na ostry zbieg i wystrzał emocji. Zegarek zapikał 3:51/km, więc musiałem się uspokoić. Nie mogłem dać się ponieść fantazji, bo koniec przyszedłby bardzo szybko. Pierwsze 5 km pokonałem w 20:27 i czułem się dobrze. Trasa była cały czas lekko pofalowana i trudno było utrzymać stały rytm. Dodatkowo trochę przeszkadzali wolniejsi biegacze, których trzeba było mijać. Starałem się znaleźć wolną przestrzeń i trzymać swoje tempo. Bardzo mocno pomagali kibice, których wzdłuż trasy wyszły setki, jeśli nie tysiące. Cały czas niósł się głośny doping i to nakręcało do walki.

Dyszkę zaliczyłem w 41:10, co dawało średnią 4:07/km. Mocno, ale początek był z górki i o tym trzeba było pamiętać. Piłem wodę na każdym punkcie, a tych było naprawdę sporo. Nie pamiętam dokładnie, co ile kilometrów były usytuowane, ale znajdowały się gęsto. Biegło się dobrze, chociaż lewa strona lekko się spinała i czułem, że „czwórki” mocno pracują na zbiegach. Zacząłem żałować, że nie założyłem Adidasów, które miały lepszą amortyzację niż Pumy, w których ostatecznie wystartowałem. Były szybsze, ale bardziej wymagające i niewybaczające tylu błędów co Adidasy. Wiedziałem, że przez to będę solidnie cierpiał na końcówce. Cóż. Mądry Suchy po szkodzie chciałoby się powiedzieć.
Cisnąłem dalej. Kibice dopingowali, a ja koncentrowałem się na swoim rytmie i starałem się czerpać, ile mogłem, z każdego kilometra. Powoli nogi zaczynały odczuwać trudy trasy, ale to przecież maraton, a nie rurki z kremem. Wciągałem żele co 45 minut i piłem kiedy było to mozliwe. Spiąłem tyłek, zacisnąłem zęby i robiłem swoje. To, po co tu przyjechałem. Nie myślałem o bólu i zmęczeniu, ale o robocie do wykonania. 15 km minąłem z czasem 1:02:02 – średnia na kilometr była nadal do zaakceptowania i wynosiła około 4:08/km. To było dobre tempo. Odliczałem minuty do połówki i czekałem na sławny Wellesley College, o którym tyle opowiadali chłopaki. Zanim tam dotarłem, musiałem minąć półmetek i zrobiłem to po 1 godzinie, 27 minutach i 45 sekundach. Nogi bolały coraz bardziej, ale trzymałem rytm.

W końcu dobiegłem do długo wyczekiwanego miejsca – słynnego Scream Tunnel. Serducho zaczęło bić szybciej, a przybijanie piątek mogłoby się nigdy nie kończyć. Po obu stronach ulicy stały setki studentek, które darły się w niebogłosy i fantastycznie, a nawet fanatycznie, dopingowały biegaczy. To było coś, czego nie da się zapomnieć – wielki, ogromny kop dający „plus sto” do mocy. Oj, działo się! Ten romantyczny wilk chyba pożałował, że nie było mu dane zrobić przerwy w tym ekscytującym miejscu bo zawyłby z radości. Trzeba było jednak zakasać rękawy i pobiec dalej, prosto ku Newton Hills. To najtrudniejszy odcinek trasy, znajdujący się między 15. a 21. milą, którego kulminacją jest słynne Heartbreak Hill (0,5 mili o nachyleniu 3,5%). To właśnie tam rozgrywają się największe sportowe dramaty. Czekałem na ten fragment jak na Ragnarök i gnałem tam niczym Odyn na Sleipnirze. Walkaaaaaa!!!
Nogi bolały, czwórki były już solidnie skasowane i czułem się zdrowo poobijany. Było cudownie. Lubię taki stan, kiedy człowiek musi wspiąć się na wyżyny i mocniej pracować głową niż nogami. Chyba właśnie dlatego zaprzyjaźniłem się z maratonem i pokochałem ten romantyczny rodzaj cierpienia. Na 25. kilometrze zameldowałem się z czasem 1:43:40, co dawało średnią 4:09/km. Było dobrze, ale do mety pozostał jeszcze kawał drogi. Tylko i aż 17 km.

W Newton Hills wjechałem jak dzik w żołędzie – rozpędzony, z łokciami nisko, na pełnej… Nie poddałem się i cisnąłem, ile fabryka dała. Jak stary diesel. Do przodu. Wzgórze Złamanych Serc również pokonałem praktycznie bezboleśnie. Oczywiście poczułem podbieg, bo nie sposób go nie odczuć, ale nie wyrządził mi wielkiej krzywdy. Straciłem tam maksymalnie 20 sekund na kilometrze. 30. kilometr minąłem w czasie 2:04:47, utrzymując przyzwoitą średnią. Czułem jednak, że moje czwórki już się kończą – niestety wyszły braki w treningu oraz źle dobrane obuwie. Wiedziałem, że będę musiał się o wiele mocniej skoncentrować, żeby dowieźć wynik do końca, który był blisko.
Zapomnij, co zabrał ci czas…
Zacząłem zabawę z matematyką. Musiałem uruchomić zwoje mózgowe i odizolować głowę od zmęczenia. Liczyłem, o ile mogę zwolnić na kilometrze, żeby linię mety minąć z „dwójką” z przodu, a nie z …tyłu. Całe szczęście miałem zapas, ale musiałem pamiętać, że to maraton, a nie bieg na 40 km. Ostatnie kilometry potrafią skasować nawet najtwardszego biegacza – do tego dystansu zawsze należy podchodzić z pokorą. Ja ją miałem i czekałem na ciosy. Miałem również świadomość i ogromne doświadczenie. Wiedziałem co mnie czeka, tak jak wiedział Odyn oczekując sygnału Gjallarhorn, w który przed ostateczną batalią miał zadąć Heimdall. 35. km minąłem w czasie 2:26:02. Średnia z całości spadła do 4:10/km i to czułem. Każdy kilometr był okraszony coraz większym bólem. Czas płynął coraz wolniej. Maraton zbierał żniwo, nie chciał mnie puścić. Nie tylko piekły mnie „czwórki”, ale srogi łomot dostały mięśnie międzyżebrowe, wątroba oraz śledziona. Byłem wypruty i poobijany. Miałem zaczątki skurczów nawet w karku.

Zaczęła się ostateczna rozgrywka. Odyn stanął do walki na śmierć i życie z Fenrirem – wilkiem, który zdobi mój lewy bark. Leciałem na oparach. Nogi pracowały tylko dlatego, że ciągnęła je głowa, w której zakodowane niczym mantra, były słowa wsparcia. Wracałem do nich z każdym kolejnym krokiem. Dziękuję! Bolało. Piekło. Cierpiałem, ale powtórzę to jeszcze raz. To było to epickie i pełne romantyzmu cierpienie. To był mój ostatni taniec. My last dance. Na 40. km zegarek pokazał 2:47:51. Do mety zostały tylko dwa kilometry i 195 metrów. Miałem ponad 12 minut na wykonanie zadania i wiedziałem, że „trójka” pęknie, a Odyn zostanie zgładzony przez Fenrira, który potem sam zginie z ręki jego syna, Widara. Tak utkane były nici przeznaczenia i nic nie mogło ich zerwać. Koło miało się zamknąć na zawsze. Kibice krzyczeli, ja biegłem widząc w oddali upragnioną linię mety, którą ostatni raz w życiu miałem przeciąć. Pojawił się smutek, wzruszenie i jednocześnie radość. To było dziwne uczucie. Pełne patosu i euforii.

Linię mety minąłem z czasem 2 godzin, 58 minut i 47 sekund. Bolało mnie wszystko. Czułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do pralki i przepuścił przez wyżymaczkę. Łzy cisnęły się do oczu, ale mięśnie międzyżebrowe paliły tak bardzo, że nie miałem siły na nic. Chciałem umrzeć, bo właśnie tak miał wyglądać zmierzch bogów, mityczny Ragnarök, w którym spłonął stary świat i porządek. Po nim jednak świat nie kończy się definitywnie. Następuje odrodzenie i początek nowego cyklu, chociaż w oddali pojawia się złowieszczy cień Nidhogga…
Widzę, jak po raz drugi wynurza się z fal ziemia zielona. Spływają kaskady, orzeł nad nimi leci,co na górskich szczytach poluje na ryby… — Völuspá
W tekście wykorzystano fragmenty utworu Kayah – Proszę tańcz.