Po minięciu półmetka najlepsze jest to, że do mety zostało już bliżej niż dalej i zawsze się tym pocieszam. Trzeba szukać pozytywów i to zawsze. Na plus składało się również to, że z każdym pokonanym kilometrem tlenu w powietrzu było coraz więcej i tym samym zwiększała się jego ilość dostarczana do mięśni. Brzmi fajnie, ale w rzeczywistości nie było tak miło i sympatycznie. Temperatura wzrastała, zmęczenie nasilało się, ale po to tu przyjechałem. Zacisnąłem zęby, spiąłem pośladki i ruszyłem dalej. Prosto do mety, do Namche Bazaar. Tam czekała ciepła kołdra, miękkie wyrko, świeża pościel i gorący prysznic.
Trasa wiodła w dół. Momentami można było swobodnie biec, oczywiście przez cały czas uważając na kamienie, korzenie i jaki, których z każdą godziną pojawiało się coraz więcej. Zdarzały się kilometrowe odcinki, które udawało się przebiec bez zatrzymania i tam prędkość wzrastała do 6′ z haczykiem na kilometr. Widoki były cudowne i rekompensowały trudy maratonu.

Bliżej niż dalej…
Większość dystansu biegłem sam i to mi odpowiadało. Mogłem skupić się na sobie, własnych myślach i odciąć się od rzeczywistości. Było epicko. Co pewien czas pojawiały się przeszkody, jak strome, kamieniste i kręte zbiegi oraz podbiegi. Tam trzeba było uważać do kwadratu. Przez kilka kilometrów biegłem z nepalskim zawodnikiem – młodym chłopakiem, który doskonale znał trasę i wiedział, jak się po niej poruszać. Miejsca, gdzie pojawiało się wiele ostrych zakrętów, przecinał w pół, korzystając ze znanych lokalnym mieszkańcom skrótów. Nie było w tym nic niedozwolonego, co tylko potwierdza, jak ogromną przewagę nad osobami z zewnątrz mają zawodnicy mieszkający w tych rejonach. Zamieniliśmy nawet kilka zdań, ale każdy skupiał się na swoim rytmie. Na trudnych zbiegach uciekał mi jak amatorowi, ale na fragmentach biegowych doganiałem go. Cały czas coś się działo i nie było nudy. Słońce smażyło, żele wchodziły jak złoto, a zawartość soft flasków kurczyła się ekspresowo. Na każdym punkcie zalewałem bidony pod korek, żeby nie dopuścić do momentu, kiedy będzie chciało mi się pić.

Byleby do Tengboche
Wielu miejsc nie potrafiłem odszukać w pamięci, ale wiedziałem, że czeka mnie solidne podejście pod Tengboche – wioskę położoną na wysokości 3867 m n.p.m., w której znajduje się buddyjski klasztor. Pamiętałem, że w odwrotnym kierunku niż ten, z którego biegłem, na trasie znajdowały się schody, ale nawierzchnia była piaskowo-szutrowa. Nie przypominałem sobie tylko nachylenia. Początek pamiętnego podejścia nie zapowiadał się dramatycznie, dopóki mój nepalski współtowarzysz nie podbiegł do lokalnego domku czy sklepu i nie wziął kijków trekkingowych. Wtedy zdałem sobie sprawę, że coś się święci i ustawiłem w zegarku widok profilu trasy. Zabolało samo patrzenie na niego. Średnie nachylenie kilometrowego podbiegu wynosiło 12,8%, a maksymalne 35,7%. Tak. To zabolało i to mocno. Dogoniłem tam jednego foreignersa (lepiej: obcokrajowca), który minął mnie w miejscu zboczenia z kursu i szybkim marszem wdrapywałem się na górę. Szukałem cienia jak ryba wody i zerkałem na zegarek, oczekując zakończenia tej nierównej walki ze stromizną, brakiem tlenu oraz temperaturą i wysokim promieniowaniem UV. Sporo sił kosztował mnie ten fragment, ale w końcu dojrzałem klasztor i wiedziałem, że czeka mnie dużo zbiegania. Teoretycznie, bo na niektórych fragmentach nie da się zbiegać; w każdym razie ja nie potrafię.

W głowie miałem jeszcze jeden paskudny podbieg, składający się ze schodów zakręconych jak domek ślimaka. Miał on długość 2,61 km, średnie nachylenie wynosiło 12,8%, a maksymalne 35,4% – tak krzyczał zegarek i nie powiem, żebym był zadowolony z tego faktu. Miałem w nogach jakieś 32 km marszobiegu i byłem solidnie zmęczony. Miałem nadzieję, że jest on ostatni i z takim nastawieniem zacząłem się do niego zbierać. Jak to wyglądało? Kilka, kilkanaście kroków szybkiego marszu – przerwa. Kilka kroków spokojnego marszu – przerwa… i tak przez cały czas. Było piekielnie ciężko. Płuca dalej paliły, nogi również i suszyło jak na pustyni.

Maszerowałem w górę, a swoje emocje wyrażałem używając głośno i donośnie najbardziej popularnych polskich słów oddających poziom zmęczenia. Razem ze mną odcinek pokonywała czwórka Nepalczyków. Były to dwie kobiety i dwóch chłopaków, w tym jeden z gitarą. Postawiłem sobie za punkt honoru wyprzedzenie ich i tak zrobiłem, chociaż jedna z nich tanio skóry nie sprzedała. Podjęła rywalizację i starała się dotrzymać kroku. Nie dała rady. Została z tyłu, podobnie jak jej towarzysze. To starcie polsko-nepalskie wygrałem. Najgorszy, najcięższy i najbardziej wymagający odcinek miałem za sobą. Miałem nadzieję, że to był ostatni podbieg. Jasne. Trasa szybko zweryfikowała moje nadzieje i przede mną co chwilę pojawiały się kolejne wzniesienia. Niezbyt wysokie, ale jednak, co przy ponad 6 godzinach marszobiegu było dość odczuwalne.

…a meta zweryfikowała wszystko
Dobiegając do ostatniego punktu kontrolnego, zlokalizowanego przy hinduskiej świątyni, dostałem małą polską flagę, z którą pokonywałem ostatnie kilometry. Biegłem, a raczej truchtałem prosto do mety, której odgłosy słychać było w oddali. Zmierzałem tam z uśmiechem na ustach i poczuciem dumy, realizując kolejny biegowy projekt.
Po 6 godzinach 20 minutach i 21 sekundach ukończyłem najwyżej na świecie rozgrywany bieg maratoński. Spełniłem kolejne marzenie na mojej biegowej drodze życia. Oficjalnie zająłem 25. miejsce w klasyfikacji open, 22. miejsce wśród mężczyzn, byłem piąty spośród obcokrajowców (nie Nepalczyków) oraz pierwszy z Polaków, których na starcie stanęło siedmiu.
Nikt nie jest za stary na marzenia. Tak jak marzenia nigdy się nie starzeją – Lucy Maud Montgomery