Operacja Boston – dywagacje starego maratończyka

No i po co mi to było? Nie mam pojęcia, bo teraz musze coś z tym fantem zrobić. Opcje przebiegnięcia najstarszego maratonu na świecie są trzy, w tym jedna mało realna, ale jednak. Opcja numer 1 to spokojny bieg na połamanie 3 godzin. Opcja 2 to próba złamania 2:50. Opcja 3 to nakręcenie rolki na media społecznościowe opowiadającej o bólu, cierpieniu, powstaniu jak mityczny Fenix z popiołów, reinkarnacji i wyrwaniu się siłom ciemności ku blaskowi fleszy i takie tam. Na starcie opcja numer 3 odpada. To nie moja bajka. Nie koloruję sobie życia. 

Opcja numer 1 – bezpieczna (teoretycznie) 

Bostoński maraton nie jest łatwy. Teoretycznie jest tam jakieś 250 m w górę i 370 m w dół. Niby mało, ale zawsze. Biegając w czerwcu tego roku maraton na Spitsbergenie, w którym osiągnąłem wynik 2:59:46, uzbierało się 440 up i 436 down, a jako że to była daleka północ, asfaltu było tyle co nic, pizgało wiatrem, byłem po 2-tygodnowym wypadzie do Nepalu i miałem w nogach wysokogórski maraton to wniosek nasuwa się jeden. Nie byłem przygotowany do przebiegnięcia maratonu. Kropka. 

Orlen Warsaw Marathon 2017 – 2:51:30 – treningowo, 14 dni po North Pole Marathon, forma typowo 4 fun i tak było

Teoretycznie, hipotetycznie, a raczej fizjologicznie – jak ja kocham to określenie, byłem zrobiony na jakieś 2:52-54, podkreślając jeszcze raz słowo teoretycznie. GAP wg Stravy pokazał po biegu średnią prędkość na km 4’08, czyli wynik 2:54 i tego się trzymajmy. Podkreślę jeszcze raz. Do tego maratonu nie byłem przygotowany i nie trenowałem tak, jakbym miał startować na 42 km na ulicy. No nie. Zaprzyjaźniłem się z tym dystansem naście lat temu i wiem, jak ugryźć go tak, żeby miało to ręce i nogi. W szerokopojętym BPS-ie coś tam kombinowałem, ale bardziej pod Everest Marathon, który był docelowym startem. Wyszło górą moje lenistwo niestety, chociaż bardziej zmęczenie “bycia” przez ponad 30 lat w treningu. Dobra, ale do sedna.  

Podsumowując opcję numer 1 to żeby pobiec w Bostonie maraton poniżej 3 godzin, nie musiałbym nie wiadomo jak dużo biegać, pewnie musiałbym trochę potrenować (sic!). Przeglądając dzienniczek treningowy z 2005 roku, poszczególne miesiące wychodziły: styczeń 253 km, luty 186 km, marzec 235 km, kwiecień 314 km, maj 224 km + 80 km maszerowania w Himalajach. Bez szału. Opcja 2:5X, gdzie X jest bliżej 9, w teorii wydaje się więc być pomysłem w miarę bezpiecznym nie wymagającym włożenia wielkiego wkładu treningowego. Oczywiście nadal należy pamiętać, że to maraton, a nie rurki z kremem, poza tym ostatni mój uliczny maraton miał miejsce 26 listopada 2017 roku w Curacao, gdzie zostałem pobity, skopany, wypluty i rozparcelowany na czynniki pierwsze. Pozostałe maratony, które pokonałem od pamiętnego tropikalnego startu były rozgrywane na zupełnie innych nawierzchniach, a to robi różnicę.  

Opcja numer 2 – ryzykowna (nie ma ryzyka, nie ma zabawy) 

Kiedy zapytałem się Iwony, ile mam pobiec w Bostonie, odpowiedziała – poniżej 2:40. Ostro. Ma dziewczyna poczucie humoru. No nie. Żeby pobiec taki wynik, musiałbym zebrać się do kupy, potrenować zimę, wiosnę, lato i na jesieni stanąć na kresce płaskiego szybkiego biegu w optymalnej temperaturze. Do tego, nie mógłbym się rozsypać po drodze, co nie byłoby takie proste. Mam swój przebieg. Pomysł Iwony szybko został sprowadzony do parteru i nawet przez ułamek sekundy nie został poddany analizie. Nie. 

Palma de Mallorca Marathon 2013 rok – 2:36:21, pierwszy maraton w „tropikach” i 2 miejsce open, 41-42 km w 3’23, ostatnie 200 m po 2’47/km! Za plecami widać Hiszpana w czarnym stroju, z którym się cięliśmy. Piękny bieg! Najważniejsze – BEZ karbonów, w starych Kinvarach.

Bieg poniżej 2:50, bo taka jest opcja 2, którą biorę pod uwagę, to już coś innego. To coś, nad czym można się zastanowić i przemyśleć.

Teoretycznie żeby przebiec królewski dystans w 2 godziny 49 minut i 59 sekund, należy utrzymać średnie tempo w okolicy 4’02/km, czyli nic innego jak należy lecieć po 4’00. Brzmi jak wyzwanie, ale jeszcze nie jak plan. Hipotetycznie jakbym wcześniej zrobił połówkę w 1:19-20 mógłbym pomyśleć o sub 2:50. Półmaraton będę biegł w Warszawie 22 marca, czyli na 4 tygodnie przed docelowym wiosennym startem. To da idealny obraz formy z roboty do maratonu. Jednak, żeby pobiec połówkę po 3’51/km czy maraton po 4’00/km, trzeba już coś potrenować. Przede wszystkim należy mieć plan, a nie kierować się radosną twórczością, która była ze mną od wielu lat.  

Postanowiłem więc, że rozpiszę sobie makrocykl treningowy do Bostonu. Wyznaczę mezocykle i mikrocykle, tak samo jak kiedyś planowałem robotę do zawodów i identycznie jak planuję treningi dla swoich podopiecznych. Ten krok mam już za sobą, ale wymaga on delikatnych szlifów, jednakże kluczowe założenia są. Jest więc plan i pomysł. Czy uda się go wdrożyć? Nie wiem. Daję sobie na przemyślenie listopad, który będzie okresem roztrenowania i grudzień.  

Czas aktywnego odpoczynku, czyli listopad, będzie inny niż w poprzednich latach. W tygodniu chcę realizować jeden akcent, którym będzie cross na mojej Diabelskiej Pętelce. To tylko 6,6 km, gdzie do pokonania jest 149 m w górę. Mój PB na tej trasie wynosi 28:05, co daje średnią 4’16/km. Oczywiście nie mam zamiaru się tak katować, ale biegać z głową. Drugim treningiem biegowym będzie spokojne rozbieganie. Pozostałymi jednostkami będzie siłownia, chyba że poczuję chęć trzeciego wyjścia do lasu wieczorową porą, co bardzo lubię. Noc, las i ja. 

W grudniu planuję wejść w okres wprowadzenia, po którego zakończeniu, dokładnie 28.12 będę w stanie podjąć decyzję w którym kierunku iść. Zostanie tylko 17 tygodni do startu. Z jednej strony mało, ale z drugiej sporo, bo jeżeli wszystko pójdzie w dobrym kierunku, to grudzień będzie w nogach. 

PS. Zdjęcie nagłókowe to 10. Poznań Maraton. Nabiegałem tam 2:40:49. Większość biegu cisnąłem z Agą Gortel, potem dołączyła się Aga Janasiak i tak biegliśmy. Ja byłem totalnie nieprzygotowany na wynik poniżej 2:40. Dziewczyny pobiegły 2:37:08 i 2:37:33. Pamiętam, że byłem tak ujechany, wdałem się w krótką dyskusję z szybszą Agnieszką, którą bardzo mocno pozdrawiam z tego miejsca. Aga chciała depnąć, ja oponowałem i powiedziałem coś w stylu, że jeszcze nie, czy że poczekajmy chwilę… Dostałem zjebki od góry do dołu i piekielny komentarz, którego nie zapomnę nigdy – teraz to my uciekamy! Tak, dzieczyny mi uciekły, a ja stałem jak kołek… Taki jest maraton i za to go kocham.

Opcja numer 3  – DELETE

…bez komentarza. 

Szanghaj – czailiśmy się jak czajniki, ja chciałem fotę z nimi, one ze mną…

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość – Woody Allen 

2025-11-08T10:38:01+01:0008/11/2025|Motywacja|