Tego się obawiałem jadąc do Nepalu. Obawiałem się, że spodoba mi się tam, chociaż pierwsza reakcja zapewne będzie inna. Obawiałem się, że mimo siermiężnych warunków, z którymi musiałem się zmierzyć, zatęsknię za nimi. Obawiałem się, że mimo zapewnień w stylu – nigdy więcej, ziarenko zasiane na nepalskiej ziemi zacznie kiełkować.
Z Nepalu wracałem umęczony, ujechany, lżejszy o dobre 4 jak nie więcej kilogramy i tęskniący za europejską cywilizacją. Za rodziną, za lasem, za klimatem i codziennością. Jednak im więcej czasu minęło od wyjazdu, tym bardziej moje myśli zaczęły wędrować w stronę Himalajów. To pewnie ten samodestrukcyjny element mojej natury doszedł do głosu i zaczął się przebijać przez zrelaksowane, zdziadziałe zwoje nerwowe starego maratończyka. Odezwało się to coś co dochodzi do głosu każdego roku rozkazując spakować manatki i polecieć na północ. Nie wiem jak to coś nazwać, ale ten zew, ta myśl, metodycznie, z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę zaczyna dyktować warunki. Powoli dociera do mnie to o czym mówią starzy polarnicy czy wspinacze, kiedy po zbyt długim grzaniu tyłka w domowych pieleszach gdzieś z tyłu głowy słychać głos.

Trochę mnie to przeraża, ale myślałem, że tak się ten wyjazd skończy i prędzej czy później zacznę spoglądać ponownie w nepalską stronę. Nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko.
Na listę maratońskich wyzwań wjeżdża więc Annapurna Marathon. Kiedy? Myślę, że już w 2027 roku, ale to tylko plan. Z drugiej strony jednak plany i marzenia są po to, by je realizować.
To w szaleństwie tkwi metoda, metoda, która pozwala nam odkrywać nowe światy – Goethe