Rozhulałem się w styczniu. Dawno, będąc na emeryturze, nie zrobiłem tak dużej objętości, bo wjechało aż 320,6 km w tym sporo bardzo dobrych jakościowo akcentów. Mój dzienniczek treningowy zaczął nawet jako tako wyglądać i pojawiła się, o dziwo, pewna systematyczność. Chyba przejąłem się, a może przestraszyłem, zbliżającym się maratonem w Bostonie i podświadomie coś tam zacząłem biegać.
Styczeń rozpoczął się wyjazdem z runpassion.pl TEAM do Szklarskiej Poręby. W końcu było epicko do kwadratu. Było srogo, siermiężnie, ciężko, mocno, śnieżnie, mroźnie, wietrznie. Było w łeb i to mi się podobało. Zadowolona była również biegająca ekipa, szczególnie osoby, które pierwszy raz pojechały z nami w góry.

Wyjazd rozpoczęliśmy od mocnego uderzenia. Na dzień dobry wjechała Śnieżka. Jedna grupa atakowała z północy, druga ze wschodu. Trasy liczyły od 11 do 16 km, ale patrząc na warunki pogodowe, to dla wielu osób było to najdłuższe i najcięższe 11 km w życiu. Pod butem był lód, ponad krawędzią lasu było widać tyle co nic, a na szczycie dmuchało ponad 100 km/h. Odczuwalna temperatura wynosiła pewnie poniżej minus 25 stopni. Wybitne warunki dla koneserów, jednakże po to tam pojechaliśmy. W moim przypadku 16,7 km trening, w którym uzbierało się 1159 m w górę, zamknął się w czasie 2 godzin i 46 minut! To idealnie pokazuje, jak ciężki był warun.

Ten dzień jednak trwał do późnych godzin wieczornych, gdyż po obiedzie odbył się Nocny Bieg Pościgowy. Do pokonania była 6 km trasa z 264 metrami w górę. Dzida na Wysoki Kamień i rura w dół. Taka szybka i konkretna pętelka. Było cudownie. Nikt nie odstawiał nogi i każdy chciał zająć jak najlepsze miejsce.

Na niedzielny trening wybraliśmy się pociągiem do Jakuszyc, skąd biegiem, zielonym szlakiem, wbiliśmy się na górę. Jedna grupa zdobywając Szrenicę spadała czerwonym, druga do hotelu wracała przez Schronisko pod Łabskim Szczytem. Wjechało piękne 18 km w mglistych i wietrznych warunkach.

Mroźne i słoneczne przedpołudnie spędziliśmy na kolejnej wycieczce biegowej. Tym razem rozpoczęliśmy w Świeradowie Zdrój i przez Góry Izerskie biegliśmy do Szklarskiej Poręby. Trafiliśmy na idealną pogodę, a widoki wynagrodziły zmęczenie. Wpadło mroźne i śnieżne 21 km. Zacnie.

Ostatni trening w formule z nóżki na nóżkę, z uśmiechem na twarzy zrobiliśmy we wtorek. Było to spokojne, rekreacyjne i konwersacyjne 9 km rozbieganie przez Szklarkę, Chybotek, Złoty Widok. Luźno i spokojnie. Było GIT!
Wartością dodaną do zgrupowania była obecność Agnieszki – Gruszka na talerzu, dietetyczki sportowej, która przez wieczorami prowadziła wykłady omawiając najważniejsze kwestie zywieniowe w sporcie. Mam nadzieję, że dotarło to do kilku osób, które regularnie marudzą i narzekają oraz mają chroniczne problemy ze zdrowiem w mniejszym lub większym stopniu. To co powiedziała Aga, kilkoro z was powinno wziąć sobie głęboko do serca, zanim wylejecie swoje gorzkie żale w aplikacji dentystycznej. Czy tak będzie, nie wiem, ale jedno jest pewne. Meta – zawsze – zweryfikuje wszystko. Ostatnie wyniki badań morfoligii dosadnie pokazały gdzie jest problem, a jak ktoś jeszcze czeka żeby je zrobić, ma mało czasu i może liczyć, że sezon startowy okaże się bardzo bolesny. Lajf is lajf.

Po powrocie z gór miałem tak dobry humor, że z rozpędu zrobiłem jeszcze 4 jednostki, w tym 3 akcenty. Było to 12 km crossu, 10x200m podbiegu i 21,5 km szybkiego leśnego rozbiegania. Tygodniowy przebieg wyniósł równe 100 km. Dawno tyle nie biegałem, a co najważniejsze czułem się naprawdę dobrze.
Ten tydzień, podobnie jak poprzednie był okresem objętościowym. Po nim wjechał mikrocykl odpoczynkowy, zakończony 19 km solidnego rozbiegania z elementami II zakresu dookoła Larnaca Salt Lake. Tak wyskoczyliśmy rodzinnie na chwilę na Cypr, żeby odpocząć i zobaczyć, czy na Cyprze jest git czy kit. Te kilka dni w południowym klimacie przeznaczyłem również na wdrożenie mikro intensyfikującego podczas którego zrobiłem 3 mocne akcenty. Pierwszym było wspomniane 19 km dookoła jeziora, drugim 10×2’15”/45” gdzie prawie wyzionąłem ducha i wyplułem płuca, trzecim dycha ciągłego biegana na tętno. Wszystkie treningi realizowałem na czczo bez śniadania. Jedynym źródłem paliwa był żel. Mimo dość mocnego wiatru, z jakim przyszło mi walczyć na Cyprze, wszystkie treningi weszły pięknie i byłem z nich zadowolony. Ostatnia dycha po 4’06 pokazała, że jest dobrze i mogę myśleć o przebiegnięciu bostońskich 42 km poniżej 2:55. Oczywiście, trzeba przerobić mnóstwo roboty, ale nie jest źle.

Po powrocie z Cypru i zderzeniu się z piękną styczniową polską pogodą udało się zrobić 24 km leśnego pagórkowatego rozbiegania po 5’05/km, pocisnąć zabawę biegową 10×90”/30” i kolejne 10x200m podbiegów, z których najwolniejszy wjechał po 3’58, a najszybszy po 3’22/km. Miesiąc zakończyłem 15 km rozbieganiem.
To był dobry styczeń. Dość ryzykowny, ale dający dużo odpowiedzi na jeszcze więcej pytań.
Ten, kto nie jest wystarczająco odważny, by podjąć ryzyko, niczego nie osiągnie – Muhammad Ali