Trochę nie pykło, jak planowałem, chociaż zaczęło się całkiem spoko, ale na urodzinowej gdyńskiej trasie zrobiłem sobie kuku i posypał się prawie cały miesiąc. Oczywiście okazało się, że to nic poważnego i sam siebie naprawiłem sprawdzonym zestawem ćwiczeń, ale zapaliła się kontrolka ostrzegawcza niczym refren Miki “Relax, Take It Easy!”
Luty zaczął się od pewnego znaku, a jako że ja lubię w znaki i uważam, że nie są bez znaczenia i nie pojawiają się przypadkowo, to już pierwszy trening dał mi do myślenia. Pojechałem na Czarną Drogę, żeby tam polecieć ciągły. Kto wie, jakie były warunki ten doskonale zdaje sobie sprawę jak wyglądał las, a szczególnie moje kultowe treningowe miejsce. Lód, lód, lód i trochę śniegu. Ba, wiedziałem o tym i zabrałem ze sobą kolce, w których zrobiłem cały trening. Wyszedł on bardzo dobrze, ale nie o tym miałem pisać. Miało być o znakach.

Planowałem postawić auto na 4 km, zrobić rozgrzewkę do 2 km i ruszyć do 7 lub 8 i z powrotem. Okazało się jednak, że organizowany jest Bieg Karnawałowy i muszę postawić czołg na 2 km i szybko się ogarnąć. Nie miałem zamiaru kręcić się między startującymi i przeciskać się po trasie. Trzeba było działać szybko i sprawnie. Ruszyłem więc do 4, zrobiłem krótką rozgrzewkę i machnąłem 8 km po 4’/km na zlodowaciałej nawierzchni. Weszło solidnie, ale był to przyjemny trening, który miał być sygnałem do wejścia w BPS. Po treningu miałem koszmarnie pospinane dwójki i tyłek. Kolce, w których biegałem VJ Bold, praktycznie nie miały żadnej amortyzacji.
Kolejny tydzień – regeneracyjny planowałem zakończyć startem w Biegu Urodzinowym, który wygrałem 21 lat temu. Makabrycznie szybko leci ta historia. Pamiętam jeszcze ten bieg, kiedy w śniegowo-lodowo-wodnistej paćce ścigałem się z Maćkiem. Był taki syf po nogą, że cudem nikt się nie połamał. Pobiegłem wtedy 34:34, ale wygraną okupiłem kontuzją, która wyeliminowała mnie z udziału w Mistrzostwach Polski w Maratonie, rozgrywanych w kwietniu, w Dębnie.
Po niedzielnym tempie, poniedziałek był ustawowo wolny, we wtorek wjechało 11 km rozbieganie, w większości po płaskiej i twardej nawierzchni. Weszło po 4’47/km na HRavg 155, ale balans P/L wyszedł 47,9%/52,5%. Dało to do myślenia. Kolejne dwie jednostki zrobiłem w lesie, w kolcach po lodzie. Luz był, swoboda ruchu również, ale balans został kiepski, podobnie jak stan dwójek. To zaczęło mnie trochę niepokoić, bo wiedziałem czym może się skończyć i wykrakałem. Złowieszcze znaki dały o sobie znać, a ich kulminacja wybuchła na urodzinowym starcie.

W niedzielę założyłem karbony, zrobiłem rozgrzewkę i ustawiłem się na starcie. Miało być mocno i konkretnie i było. Do czasu. Już od początku czułem, że lewa dwójka nie pracuje, jak trzeba. Była spięta i słabo wyglądała. Miałem nadzieję, że się rozbiega, puści po kilku km, ale tak się nie stało. Ciągnęło, ciągnęło i w okolicy Polanki Redłowskiej, czyli 6 km musiałem przejść do marszotruchtu. Szkoda, bo na 5 km miałem czas 18’43 i czułem się bardzo dobrze. Myślę, że spokojnie powalczyłbym o zbliżenie się do 37’, ale nie ma co gdybać. Ostatecznie dokuśtykałem na jednej nodze do mety zamykając zegar a czasem 41:50. Na ostatnich km balans zleciał do 53/47, 54/46… czili klasyczne urwanie nogi, ale dalej coś mi tam nie pasowało. Nic nie wskazywało, żeby było jakieś naderwanie, zerwanie itp. Krwiaka nie było i jakoś nie kleiło mi się to w całość.

Profilaktycznie zrobiłem dwa dni totalnego odpoczynku, kolejne dwa dni przeznaczyłem na wdrożenie ćwiczeń naprawczych i wizytę u fizjo. Mati stwierdził, że nic nie urwałem i mogę spokojnie wejść w trening. Tak też zrobiłem. Z nóżki na nóżkę, z uśmiechem na twarzy zacząłem dreptać przed siebie, aż do czwartku, kiedy to wylądowałem na stole u koleżanki z biegowych tras. Lena zajmuje się między innymi osteopatią i chiropraktyką, a ja potrzebowałem czegoś takiego. Jakiś czas temu regularnie pracowałem z osteopatą i po tych wizytach czułem się fantastycznie. Teraz też tak było, ale dopiero 3 dni później, w niedzielę.

Po czwartkowej terapii, w piątek obudziłem się jakiś połamany. Bolało mnie wszystko, było mi zimno, chciało mi się pić. Czułem się tragicznie, jakbym miał grypę, ale znów mi nic nie pasowało. Początkowo zwaliłem to na Olafa, który miał bana na przedszkole, bo złapał jakąś infekcję, którą przyniosła Iwona ze szkoły, ale ja nie miałem ani kataru, ani gorączki, ani innych objawów wskazujących na chorobę. Z łóżka wyszedłem o 14:45 wypijając w międzyczasie 1,5 litra elektrolitów. Noc z piątku na sobotę była tragicznie tragiczna. Mój układ nerwowy zwariował, rozstroił się, a dominującym kolorze. Tak organizm zareagował na terapię i pokazuje pięknie, jak był zaorany, skasowany, przeczołgany, styrany, zmaltretowany i rozstrojony. Na trening wyszedłem więc dopiero w niedzielę i czułem się rewelacyjnie, ale kolejny tydzień się rozjechał niczym sarenka czy sarenek a może jelonek Bambi na lodzie.

Kolejny mikro wjechał całkiem żwawo. Była zabawa biegowa 4×5’ śmigana po około 3’46-3’52/km, która w większości przebiegłem po posypanym piaskiem chodniku, 15 km rozbiegania po 4’51/km, pociągająca dyszka po 4’57 podczas której walczyłem z zatokami oraz 3x3km tempa na Czarnej Drodze, która tym razem okazała się czarna. Temu akcentowi należą się jednak dwa zdania wyjaśnienia.
Chciałem pobiec coś mocniej i szybciej na czarnym asfalcie. Tysiączki były za krótkie, poza tym musiałbym pobiec je bardzo mocno, a nie chciało mi się. Dwójki jeszcze wchodziły w grę, ale trójki zawsze sprawiały mi problem, dawały łomot i potrafiły sponiewierać mnie. Pamiętam, że kiedyś poddałem właśnie trening 3×3 km i to na 2 czy 3 tygodnie przed maratonem. Spuściłem wtedy nos na kwintę i pomaszerowałem z buta do auta. Potem pobiegłem maraton w tempie nieukończonych trójek. To jednak było kiedyś. W czasach, kiedy trenowałem regularnie.
Pojechałem na Czarną. Asfalt od 0 do 1 km był piękny, ale nie chciało mi się kręcić na wahadle. Pojechałem dalej, ale im dalej w las, tym było gorzej. Do 2 jeszcze można było biegać, ale potem już nie. Lód, śnieg, woda stojąca w koleinach. Tak wyglądały kolejne kilometry. Postanowiłem więc biegać od 0 do 1,5 km i z powrotem do 0. Jakie były tego minusy? Na przykład taki, że od 0 do około 400m było lekko w dół, czyli z powrotem pod górę, ale od 1,1 do 1,5 km również znajdował się podbieg i to nie taki lekki, łatwy i przyjemny. Dodatkowo na półmetku należało wyhamować do zera i zrobić nawrót o 180 stopni, co dodatkowo spowalniało. Ostatecznie więc moje półtorakilometrowe wahadło było dość wymagające, ale po co sobie ułatwiać życie, jak można je utrudnić? Planowałem pobiec to po około 3’50/km, czyli po około 11’30 i już po pierwszym odcinku wiedziałem, że będzie to wyzwaniem.
Trójki otwierałem oczywiście za mocno, gdyż ruszałem na zbiegu, ale potem, na ostatnich metrach była piękna weryfikacja możliwości i umiejętności biegowego artysty. Ostatecznie wyszło 11’39, 11’39 i 11’40 przy czym ostatnią trójkę zacząłem bardzo spokojnie. Zmęczyłem się okrutnie, a były to tylko 3 odcinki po 3 km każdy. Cóż, do tarcia chrzanu też trzeba się nadawać…
Ostatecznie w lutym przebiegłem 192 km, a zajęło mi to łącznie 16 godzin i 4 minuty. Na pocieszenie dodam, że w ubiegłym roku w lutym przebiegłem 186 km. Jest więc jakiś plusik.
Nie możesz pozwolić, by twoje porażki cię definiowały. Musisz pozwolić, by cię czegoś nauczyły – Barack Obama