Spitsbergen Marathon – droga do Bostonu

Odległość z Longyearbyen do Bostonu wynosi około 4200 km. Trasa maratonu to 42,195 km. Lubię cyferki, podobieństwa i znaki. Boston to również najstarszy bieg maratoński na świecie, a ja mam na koncie te rozgrywane najbardziej na północy, południu oraz najwyżej. Czas więc na ten z najdłuższą brodą. Plan startu w bostońskim maratonie narodził się dawno temu. To jedyny bieg w Ameryce, który zwrócił moją uwagę na tyle, że chciałbym w nim wystartować. Nigdy nie miałem ciśnienia na maratony w Nowym Jorku, Chicago czy innym mieście leżącym w Ameryce. Boston to Boston i kawał maratońskiej historii. Najpierw jednak trzeba się do niego zakwalifikować i to postanowiłem zrobić w jakże ważnym dla mnie miejscu pokazując, że jak się chce to można, bez szukania wymówek. 

Boston jest idealnym miejscem, żeby w końcu, po raz drugi (sic!) i tym razem oficjalnie zakończyć maratońską – uliczną karierę. Chociaż, jak się mówi – nigdy nie mów nigdy, więc… Bądźmy jednak poważni. Kolejny start na 42,195 km, nie licząc Bostonu, nastąpi dopiero wtedy, kiedy Olaf powie “tata, biegniemy razem maraton?” Czy to kiedyś będzie miało miejsce? Nie wiem. Teoretyzując, najszybciej we wrześniu 2040 roku, kiedy osiągnie pełnoletność, ale ja wtedy, jeśli dożyję, będę miał 60 wiosen na karku. Brzmi ciekawie. Brzmi jak plan. Brzmi jak wyzwanie. 

Trzynasty raz w Longyearbyen w przeciągu 10 lat

To nie miało prawa się udać 

Wracając jednak do startu w Spitsbergenie, bo to on jest głównym aktorem tego wpisu. 

To był maraton na wariackich papierach, który przeczył wszelkim regułom treningu. Zacznę chronologicznie. 17 maja wystartowałem na 5 km i zakończyłem przygotowania do Everest Marathon. 18 maja wsiadłem w samolot i poleciałem do Nepalu. Tam po 10 dniach trekkingu, 29 maja przebiegłem najwyżej rozgrywany na świecie bieg maratoński. 2 czerwca wróciłem do Polski. 8 czerwca wziąłem udział w Biegu 2 Wieże na 15 km. 12 czerwca wsiadłem w samolot i poleciałem na Spitsbergen, gdzie dwa dni później z powodzeniem przebiegłem królewski dystans. Jakby nie spojrzeć, to miesiąc przed tymi zawodami nie trenowałem. Włóczyłem się po świecie. Nie realizowałem żadnego BPS-u, periodyzacji treningu, a co najważniejsze – nie odpoczywałem. Start był wielkim znakiem zapytania i jeszcze większą niewiadomą. Plan był jednak zrobić kwalifikację na Boston z 10-minutowym zapasem. W mojej kategorii wiekowej należało więc nabiegać 3:15:00. Ja postanowiłem, że celuję w okolice 3:05, czyli średnio muszę pobiec po 4’23/km. W normalnych warunkach treningowych, wykonując robotę do maratonu, taka prędkość nie robiłaby na mnie większego wrażenia, ale tu okoliczności były wyjątkowe. 

W piątek wyszedłem na rozruch, noga się fajnie kręciła, był luz i świeżość. Czułem się dobrze mimo kilku zarwanych nocy i długiej podróży. Pogoda była wyśmienita, ale tak na wyspie zazwyczaj jest. W piątek jest git, w sobotę jest kit. Tak miało być też tym razem. 

37 raz na kresce… 

Temperatura była świetna. Termometr pokazywał +4°C, ale wiało. Dmuchało solidnie i to z południowego wschodu. Jakby kiedyś nie mogło dmuchać z innego kierunku. Co to oznaczało? Adventdalen pod wiatr, kilka fragmentów w mieście również oraz długi podbieg pod Taubanesentralen również pod wiatr. Jakby to zliczyć do kupy, to na moje oko uzbierałoby się dobre 18–19 km. Cóż. This is Svalbard! 

fot. Spitsbergen Marathon

Rozgrzewkę zrobiłem w drodze na start. Chwilę pomaszerowałem, trochę potruchtałem i pogibałem się. Tradycyjnie, standardowo, bez udziwnień. Wyszło około 2 km i zazwyczaj tyle km robię przed każdym ze startów. Nawet przed maratonem. Zrobiłem szybki przegląd rywali, kilku wyglądało na zaprawionych w bojach, a jeden szczególnie. W internecie napisali, że biegał 2:23 albo 2:24. To już całkiem szybko trzeba przebierać nogami. 

Ja tym razem miałem swoje zadanie. Od wygrywania byli inni. Stanąłem po raz 37 na kresce i po wystrzale startera ruszyłem. Od początku było bardzo mocno. Pierwszy kilometr dużo pokazuje i jest dość selektywny. Jest tam 37 metrów w górę i można na samym początku zamrozić nogi. W 2016 roku (2:54:26) miałem tam 4’35, w 2018 roku (2:52:08) 4’17, a w 2022 (3:05:30) 4’25. Dwa pierwsze maratony wygrałem. Teraz czułem, że jest znacznie szybciej i było. Chłopaki mi odjechali, a ja złapałem międzyczas 4’10. Kolejne km jakoś szły. Z górki od Huset pod wiatr i potem przez miasto, gdzie wiało z różnych stron. Mięśniowo czułem się bardzo dobrze, wydolnościowo również. 

Ten maraton jest o tyle specyficzny, że nie da się go pobiec równo, np. po 4’ czy po 4’20. Trasa jest mocno zróżnicowana. W górę i w dół wychodzi około 440 metrów i do tego dochodzi zmienna nawierzchnia. Asfaltu jest bardzo mało, a większość biegnie się po ubitej drodze, gdzie są koleiny i błoto. O wietrze nie wspomnę, bo to Spitsbergen. Tam zawsze wieje. 

fot. Spitsbergen Marathon

W każdym razie biegło się dobrze. Cisnąłem sam, a przed sobą miałem biegacza ubranego na czarno, którego postanowiłem dogonić przed wbiegnięciem w Adventdalen. Nadmienię, że piątkę pokonałem w 20:16, czyli po jakieś 4’03/km. Żwawo. Kilometr dalej skręciłem w prawo i dostałem w twarz solidnym podmuchem wiatru. Czekało mnie dobre 4 km pracy pod wiatr. Tam tempo spadło. Na 10 km zegarek pokazał 41:15 i gdzieś tam dogoniłem mojego rywala, z którym – jak się później okazało – pokonałem większość trasy. Do 16 km biegło się z wiatrem w plecy, a zegarek szybko pokazywał kolejne km, które wychodziły odpowiednio: 3’59, 3’57, 4’05, 3’52, 4’01. Był luz i swoboda. Po nawrotce przy lotnisku zaczął się podbieg, który potrafi spacyfikować każdego. Ma on ponad 3 km długości i zazwyczaj wieje na nim w twarz. Tak było tym razem. Zmieniałem się z moim rywalem i mocno razem pracowaliśmy. Było ciężko, ale daliśmy radę. 

fot. Spitsbergen Marathon

Na półmetku zameldowałem się w czasie 1:27:42. Nie spodziewałem się tak dobrego międzyczasu, gdyż liczyłem na wynik bliżej 1:29–1:30, a tu taka niespodzianka. Tak to jest, jak się pracuje w grupie i kieruje się samopoczuciem. Teoretycznie, jakbym pokonał drugą część dystansu w podobnym tempie, byłaby szansa na wynik poniżej 3 godzin, ale tę myśl pozostawiłem na później. Do mety zostało 21 km i trzeba było je jakoś pokonać. Całe szczęście, że miałem dość duży zapas czasu do 3:05. Pamiętny kilometr od startu – półmetka do pierwszego – 22 km pokonałem w 4’33. Dalej z górki, potem przez miasto i w okolicy 28 km znów w Adventdalen, gdzie wiało jak w kieleckim. Tym razem biegło się ciężej. Czułem braki w treningu, ale jak zacząłem zerkać na zegarek, to tragedii nie było. 4’27, 4’28, 4’30 i nawrót. Tam odszedł mój kompan, którego nie miałem siły gonić. 

fot. Spitsbergen Marathon

W głowie podzieliłem sobie trasę na znane odcinki i odhaczałem je po kolei: uniwersytet, straż pożarna, punkt z piciem i nawrót. Zacząłem kalkulować, na jaki czas mam szansę, i zaczęło mi wychodzić, że może uda się złamać trójkę. Musiałbym jednak podbieg pobiec jak najbliżej 5/km i depnąć na zbiegu. Teoretycznie było to do zrobienia, ale czułem się solidnie zmęczony. Postanowiłem, że zobaczę, co będzie po nawrocie. Tam minąłem się z moim kolegą, który krzyknął mi, że jest szansa na złamanie 3 godzin. Spiąłem tyłek, zacisnąłem zęby i zacząłem gramolić się pod górę. 4’38, 5’05 i wyłączyło się turbo. Całe szczęście, że dogonili mnie chłopaki z połówki. Całe nieszczęście jednak, że schowali się za plecami. Zirytowało mnie to, więc postanowiłem się zerwać. Wyszło kiepsko, bo kolejny km zrobiłem w 5’04. W każdym razie grupa zareagowała i oderwała się. To mnie uratowało, bo ruszyłem za nimi gapiąc się na zegarek i starając się przeanalizować, po ile muszę pobiec, żeby było 2 z przodu. Oczywiście łatwe to nie było, bo głowa trochę inaczej pracowała, ale wiedziałem, że muszę biec mocno, a nawet mocniej. Ostatnie dwa km wyszły w 4’34, 4’29 i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazały, że trójka pęknie – i pękła. Zegar wskazał 2:59:47 i z takim oto czasem zameldowałem się na mecie, realizując plan hurraoptymistyczny. 

fot. Spitsbergen Marathon

Nie powiem, że taki rezultat mnie nie zaskoczył. 2:59 na takiej trasie, w tak paskudnych warunkach, z wielką dziurą w treningu, na nepalskim zmęczeniu – to dobry, a nawet bardzo dobry wynik. Pokazał, że coś tam pod nogą siedzi i wytrzymałościowo jest bardzo dobrze. 

Nasza filozofia jest prosta: walczyć zawsze do końcaŁukasz Żygadło 

2025-07-14T09:26:45+02:0014/07/2025|Motywacja, Podróże, Polecane, Starty|