kwiecień plecień…

I znaleźliśmy się w wieku trudna rada
że się człowiek przestał dobrze zapowiadać
ale za to z drugiej strony cieszy się
że się również przestał zapowiadać źle…

Jakoś tak do głowy przyszła mi nie tak dawno ta piosenka Kabaretu Starszych Panów, ale to raczej bardziej przekornie, niż na serio, chociaż, coś pewnie w tym jest… To tak tytułem wstępu. 

Tytułem drugiego wstępu to strona wisiała długo dość pusta, blog nie działał, wiało nudą, ale tylko dlatego, że jak to Michu powiedział, jakiś skrypt sypnął się nie można było nic napisać. Nie znam się, ale w każdym razie już „podobno” wszystko działa i jest ok. Można znów siać ferment, pisać co mi ślina na język przyniesie i jest git. 

Starsi panowie, starsi panowie, starsi panowie dwaj
Już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj

Maj… właśnie się zaczął i trzeba byłoby podsumować kwiecień, który zaczął się całkiem sympatycznie, ale rzeczywistość jak zawsze szybko zweryfikowała wszystko. W kwietniu zrobiłem całe 371 km, czyli o jakieś 130 km mniej niż planowałem. Cóż… życie. Kwiecień zaczął się przysłowiowym gwoździem do trumny, który dalej mocno uwiera w lewą czwórkę wychodząc gdzieś z pleców, lędźwi…? Gdzieś z tamtej strony, a potem poleciało wszystko lawinowo… 

I ta trwoga i ta trwoga trudna rada
że się nie wie czy się człowiek dla dam nada
Ale z drugiej strony cieszy takiej wdzięk
gdy rozwieje dana dama taki lek…

W wielkanocny poniedziałek biegałem 30 stkę, którą kończyłem bardzo mocno… Po 24 km zacząłem podkręcać obroty i końcówka wyszła po 4’15, 4’07, 3’56, 3’39/km a cały bieg wyszedł po 4’45. W lesie, po górkach… Ujechałem się. Dalej było rozbieganie z rytmami, zabawa biegowa 12×2′, rozbieganie, start w Biegu Piaśnickim, gdzie znów się wyprułem a całość zakończyłem dłuższym rozbieganiem. Tydzień zamknąłem w 127 km a w kolejnym dołożyłem 6 km więcej nie kończąc sobotniego tempa, bo po prostu nie było mocy. Byłem ugotowany i dość poobijany, chociaż to delikatne słowo. Cały czas bolała lewa czwórka a ból był o tyle dziwny, że wędrował po całej czwórce. Promieniował, wędrował… i trzeba było odpuścić. Ogarnąłem trochę MTB a w niedzielę wystartowałem w Leśnym Biegu na 10 km po górkach, który na dość luźnej nodze wygrałem. Sponiewierałem się po witomińskich górkach, ale było git!

Generalnie to był świetny bieg. Bartek był trzeci w generalce, Sławek po odpoczynku od maratonu zajął 7 miejsce, Robert wygrał klasyfikację wiekową na dystansie dwa razy dłuższym, Michał poprawił swoje PB na tej trasie a Ania zaliczyła świetny debiut, więc działo się i to dużo. Było spoko, ale niestety kopyto dalej nie działało a najgorsze było to, że nikt nie potrafił i nadal nie potrafi powiedzieć co to jest i co na to zaradzić. Nic nie działało i trzeba było zacząć samemu szukać… Do łask wrócił Trek i duża dawna gimnastyki siłowej…

Pokręciłem kilka razy, w tym raz nawet pojechałem solidny cross po górkach, gdzie dość mocno się mięśniowo sponiewierałem. Tego mi było trzeba. Lubię mocniej depnąć na góralu i wtedy dopiero czuję, że żyję i że mogę się naprawdę mocno zmęczyć. Na bieganiu niestety nie potrafię się tak mocno wypruć. W międzyczasie wystartowałem jeszcze w Grand Prix Gdyni w Biegach Górskich, gdzie miałem tak zawalone siłą nogi, że ledwo co dawałem radę wbiegać pod górę. Umęczyłem się okrutnie i pobiegłem wolniej o niecałe 30 sekund niż miesiąc temu, ale to akurat było do przewidzenia. Nie po takiej dawce siły, jaką sobie zaaplikowałem. 

Między rowerowaniem a siłką kręciłem się pomiędzy Maćkiem a DrG i w końcu trafiłem do miejsca, gdzie w życiu bym się nie spodziewał, że tam trafię. Do Gabinetu Medycyny Tybetańskiej na akupunkturę i bańki… Po trzech wizytach jest inaczej, noga znacznie mniej promieniuje, jest co prawda lekki dyskomfort, ale da się z tym biegać bez prochów przeciwbólowych, więc poprawa jest… Dołożyłem do tego jeszcze jeden trening siły biegowej zróżnicowanej, czyli czegoś czym często udawało mi się doprowadzić siebie do stanu używalności i zobaczymy, czy będzie jakaś poprawa. W poniedziałek kolejna diagnoza u kolejnego fizjo, tym razem u osteopaty i może on coś ciekawego wymyśli. 

Grunt, żeby na to wszystko spojrzeć z pozytywnej strony i dojść do prostego wniosku, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej…