rowerowo

11143187_865672400142575_8376658594234281767_n

Od połówki w poznaniu praktycznie nie biegam. W poniedziałek zrobiłem marszo bieg, w środę lekkie rozbieganie i na tym by się skończyło. Od czwartku kręcę na moim Excaliburze i znów jestem zachwycony z tego, jakim świetnym sportem jest MTB i jak fajnie można zastąpić trening biegowy, oczywiście nie cały, elementami kolarstwa, szczególnie górskiego, kiedy uda rozpalają się do czerwoności na kolejnym podjeździe. We wtorek pójdę jednak pobiegać i zobaczę, czy dalej walczymy z rowerem, co byłoby całkiem sympatycznym rozwiązaniem, czy wracam do treningu biegowego.

Dwa zdana w temacie kolejnej nowości w moim treningu ogólnorozwojowym. Zacząłem bardzo mocno pracować z moim rehabilitantem z Centrum Zdrowia i Urody w Redzie, Maciejem, nad ruchomością w moich zastałych stawach biodrowych oraz nad elastycznością mięśni. Ćwiczymy regularnie, Maciek rozciąga mnie i uwalnia przykurcze, co boli jak cholera ale przynosi efekty. Najprościej widać to w dynamice biegu i w luźnym kroku. Biegając w Poznaniu byłem zaskoczony i zachwycony tym, jak pracowały moje nogi. Oczywiście o wyniku sportowym po raz kolejny nie wspomnę… ale kadencja bardzo dokładnie zobrazowała to, co autor miał na myśli. Kadencja na poznańskiej połówce wyszła 180, a w Kołobrzegu 176. Rozbiegania przed Poznaniem biegałem również na kadencji 174, 175, czyli zaczyna robić się całkiem fajnie. Oczywiście wiele zostało do poprawy w temacie moich przykurczy i ruchomości w stawie, ale walczymy i działamy dalej.

Wracając do MTB. Boli mnie zadek, lekko nadciągnąłem przyczep lewej czwórki, ale to u mnie norma, jak zaczynam fisiować na rowerze, szczególnie na naszych górkach, gdzie nie uznaję kompromisu i potrafię bardziej się ujechać niż na biegu. Pierwszy trening, rozjazd bardziej krajoznawczy i turystyczny, przypominający jak się jeździ i jak zmienia się przerzutki. Było dobrze, chociaż mega zimno, wietrznie i pochmurno, ale las wszystko zrekompensował. Spokojna godzinna jazda pokazała, że prawie rok przerwy zrobił swoje i nogi niechętnie chciały współpracować.

Kolejny trening, akcencik siłowy, podjazdy, nie klasyczne, które robiłem zawsze czyli np. 10 x 1,2km czy coś w tym stylu, ale trzy długie, spokojne, leśne odcinki… widziałem już w głowie, gdzie je pojadę, więc trzeba było słowa zmienić w czyny i przerobić trening, jak należało. Nie powiem, było bardzo mocno i bardzo ciężko, oczywiście jak dla mnie.

WRs

Kolejny akcencik, typowy “ciągły”, czyli 40 minut pracy w widełkach 170 – 175, oczywiście tętno wskakiwało wyżej, ale starałem się je utrzymać w zakładanym przedziale, co jeżdżąc w lesie, na góreczkach, chociaż tym razem wybrałem jak najbardziej płaską trasę, okazało się nie lada wyzwaniem.

WR2-3

Na niedzielę zaplanowałem dłuższe kręcenie. Ruszyłem z Gdyni, doglądając treningu mojego orlenowego stadka, które biegało mocne tempo na Bulwarze Nadmorskim w stronę Redy, gubiąc przy okazji kilka razy drogę. Jechałem na czuja, na kierunek lasem, gdzie nigdy wcześniej nie byłem, więc było bardzo wesoło, szczególnie pod koniec, kiedy znalazłem się w miejscu oddalonym od tego, gdzie chciałem o ponad 10km… cóż. Życie. Dwa razy miałem również przeprawę z okolicznymi burkami, co doskonale widać na wykresie HR… sprawa zawsze wygląda tak samo. Gospodarstwo, szybki rzut oka czy brama jest otwarta i coś “nie szczeka” a jak szczeka, czy jest uwiązane, przypięte, czy jest luzem i zaczyna biec… Jak jest przypięte to jest ok, jak nie to jest problem… Dwa razy miałem bardzo mocny start z bloków, gdzie po kilku sekundach musiałem wzbić się na wyżyny moich kolarskich umiejętności i rozpędzić bolid do prędkości wyższej niż ta osiągana przez psa podwórkowego. Pierwszy burek poddał się dość szybko, drugi był cwańszy i zaatakował po prostej potem chciał rzucić się na mnie ze skarpy, ale byłem szybszy. Teoretycznie gdybym nie był wpięty w bloki, byłoby odwrotnie i pewnie burek musiałby się ewakuować gdyż groziłby mu rzut rowerem i ukamienowanie, a tak to skurczybyk miał przewagę taktyczną. Tylko silni przetrwają i sprytni.

WR1

Ponad 2 i pół godziny wiercenia się na siodełku dość mocno mnie umęczyło, szczególnie podczas walki z wmordewindem, który akurat zawsze wiał nie z tego kierunku, co trzeba…  ech. Ciężkie jest życie biegacza na rowerze, ale z drugiej strony jest piękne i ciekawe, bo ile można tylko biegać i biegać. Trzeba sobie jakoś życie urozmaicać, szczególnie jak ma się jakąś kontuzję, albo jej nie ma, ale o tym przekonam się na dniach.

Ten tydzień w ogóle będzie wyglądał nieco hard. W czwartek ruszamy do stolicy, gdzie w piątek rano robię badania wydolnościowe, czyli test do odmowy, chociaż chciałem napisać do odcięcia lub do zarzygania i sam nie wiem po co mi to i po kiego diabła mam się tak męczyć, a w niedzielę startuję na dychę w ramach OWM. Przy okazji bytności w stolycy trzeba będzie odwiedzić kilku znajomych i obgadać pewien nowy i bardzo ciekawy projekt, który powoli wchodzi w fazę realizacji… ale o tym kiedyś.

i_love_orienteering_2

Żeby było jeszcze śmieszniej, to zamiast startu w połówce w Grudziądzu czy w Poznaniu zgłosiłem się na 3 dniowe zawody w BnO, czyli na Baltic Cup 2015  które odbędą się niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Będzie wesoło, bo w lesie ścigałem się ostatnio hmmm…. 10 lat temu? Nie pamiętam, może dawniej… czeka mnie więc walka z mapą i kompasem, który dostałem w prezencie (dzięki Natalia i Rychu) przez 3 dni, czyli w piątek, sobotę i niedzielę a startować będę w kategorii M35. Taka sytuacja.

SZOŁ MAST GOŁ ON !

prev
next