+ 120

1328376177_by_rafaloskar_600
…i tego się trzymajmy.

Ostatnie tygodnie treningowe okazały się totalną klapą, można powiedzieć że biegałem ale nie trenowałem. Było to dłubanie w nosie i zastanawianie się czy coś ruszy, zatrybi czy może nie, chociaż najlepsze było to, że wiedziałem jak będzie i jakie będą skutki tego, co robię a raczej czego nie robię. Znów wyszło mi strasznie długie zdanie… Qzyn będzie pisał, że są palcuófwki i takie tam… olać to.

Do listopadowego maratonu zostało bardzo, ale to bardzo mało czasu a ja jestem w lesie, znaczy się moja forma jest w lesie i słabo ten las wygląda(ł). Widać to dosadnie po wynikach uzyskanych w półmaratonie i na dychę. 1:19 i 35 z ogonkiem szału  nie robią i są to moje najwolniejsze biegi na tych dystansach od dawien dawna a nawet… no nie istotne… słabo.

Musiałem postawić wszystko na jedną kartę i po długich przemyśleniach stwierdziłem jedno…

Odpuściłem bieganie. Nie biegam… Koniec z bieganiem!

trenuję.

Zacząłem trenować pełną gembą i zaczęło sprawiać mi to frajdę bo widzę efekty. Ruszyłem mózgownicą i wróciłem do dawnych rozwiązań treningowych, które się sprawdzały, chociaż lekko je zmodyfikowałem. Po sezonie w tri nauczyłem się pracować długo i mocno, to jest wielki plus. Tlenowo również fajnie się przygotowałem podczas długich i mocnych rowerowych treningów na których równocześnie zrobiłem dobrą siłę, co czuję w czwórkach. To plusy i to wielkie. Minus jest taki, że nie biegałem tego co powinienem i tu musiałem się cofnąć i zacząć robić objętość oraz mocne tlenowe bieganie. Pierwszy tydzień, czyli 12 – 18.09 pokazał mi dosadnie gdzie jestem i nad czym muszę pracować. Zrobiłem w nim 122 km w tym kilka mocnych akcentów, jak 5 x 3km z narastającą prędkością oraz 14 km ciągły BNP a także na deser mocne 25 km rozbieganie ze średnią na km 4’21. Było ok, ale nie było to właśnie to, co chciałem i ostro przeprogramowałem kolejny tydzień, który wyszedł bardzo fajnie.

14440895_1162990367077442_3630256536390765313_n

masaż ciśnieniowy w Centrum Zdrowia i Urody w Redzie

Poniedziałek ogłosiłem dniem wolnym od jakiejkolwiek aktywności i tak będzie teraz  cały czas. W poniedziałki będe się odnawiał i regenerował. Sauna, masaż i takie tam, ewentualnie lekka gimnastyka, czy wygibasy w piwnicy, ale zero biegania. Jeden dzień luzu przyda się. Kropka. Więc  poniedziałek został dniem wolnym i nie robiłem nic. We wtorek zrobiłem rozbieganie po crossie z akcentami na podbiegi, z rozgrzewką i roztruchtaniem wyszło 20 km a średnia na km czternastki crossu zamknęła się w 4 minutach i 21 sekundach. To dobry wynik, szczególnie że restytucja po minucie wyniosła 52 uderzenia. W środę był dzień sądu. Biegałem ciągły. 12 km na czarnej drodze. Planowałem pobiec to po 3’45-50 i tak się starałem biec. Miałem mega luz w nodze i musiałem się ostro hamować. Pierwsze 6 km poleciałem w 22’45, czyli po 3’47 a drugie 6 w 22’07, czyli po 3’41 na mega luzie… Średnie HR wyszło 171 a mleczany 2,3 mmol/l. Ufffffffff…. W czwartek regeneracyjne 16 km na luźnej nodze a w piątek moja ukochana zróżnicowana siła biegowa. Nie wiem czemu, ale lubię ten trening, mimo że jest nudny i siermiężny, ale zawsze fajnie mi oddawał. Robiłem dwie serie: 100m skipu A + 100m wybiegu, 100m skipu C + 100m wybiegu, 100m podskoku + 100m wybiegu, 100m defilady + 100m wybiegu i 100m wieloskoku + 100m wybiegu. Było git! W sobotę miał miejsce kolejny test. W planie miałem 5 albo 6 dwójek, których niecierpię. Na początek czwórka rozbiegania, zmiana butów, koszulki i dzida… planowałem biegać po 3’35-40 i obserwować co będzie się działo. Czy mięśniowo będzie ok, czy oddechowo będę nadążał i jak będzie wyklądał kwas. Oczywiście nie biegałem tego na stadionie, tylko na czarnej na góreczkach. Pierwszą dwójkę otworzyłem w… 7’07 ups. Mocno a ostatnie 250m jak nie więcej jest pod dość stromą górę… OK. Druga dwójka… 6’57 i luz. Profilaktycznie sprawdziłem LA i wyszło 4,6 mmol/l. Czyli dobrze. Powyżej progu ale nie jakoś mega wysoko, tylko w miarę, jak tak można powiedzieć. Kolejne wychodziły tak: 7’05, 6’59, 7’00 i 6’54. Po ostatniej LA = 4,3, czyli GIT! Nie czułem się ujechany, umęczony. Oczywiście cały trening odbiegał od strefy komfortu, ale tak miało być. Komfortowo biega się rozbiegania a nie akcenty. Byłem bardzo zadowolony z tego treningu, ale obawiałem się reakcji następnego dnia, gdzie w planie był długi spokojny bieg. Postawiłem na 32 km pętlę z jednym długim podbiegiem… na oko ponad 15 km…

img_9287

… i ruszyłem o 12:30 po obejrzeniu berlińskiego maratonu, gdzie Bekele rozwalił system i po profesorsku rozegrał bieg. Jestem ciekwa co miał do picia na ostatnim punkcie. Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale zbiegł do punktu, wziął bidon, wypił 3 łyki, odetchnął, ocenił sytuację i zaczął długi finisz… To można oglądać w nieskończoność. Nakręcony tym biegiem ruszyłem z żelem i “piątakiem” w kieszeni na trening. Biegło się mega swobodnie. Nie czułem dwójek ani mocnego tygodnia a trasa, jak widać po profilu do łatwych nie należała. Było co robić. Po 20 km wciągnąłem  żel, kupiłem wodę w sklepie i ruszyłem do domu. Biegło się bardzo luźno  i swobodnie. Całe 32 km zrobiłem w 2 godziny, 27 minut i 19 sekund. W tyle w ile powinienem pobiec w 2012 roku maraton… ale nie pobiegłem. Średnia na km wyszła 4’34 co mnie mega zaskoczyło, oczywiście pozytywnie. Samopoczucie super. Mięśniowo super. Dziwny jest ten świat…

Jeszcze trzeba będzie tylko pociągnąć w takim a nawet lekko mocniejszym tempie 4 i pół tygodnia i będzie można luzować do maratonu. Będzie się działo…

WALKA TRWA !

prev
next