the Rift Marathon – Uganda

W piątek wieczorem udało mi się doprowadzić do takiego stanu emocjonalnego, który był podobny, jak na Spitsbergenie w 2018 roku, kiedy startowałem tam po raz drugi w maratonie. Byłem nakręcony jak mały bączek i jedyne o czym myślałem był bieg. Chciałem już stanąć na starcie i ruszyć jak najszybciej przed siebie i zakończyć pięcioletnią batalię o koronę maratonów a raczej “grand slama” bo tak nazywa się wyzwanie, w którym maratończycy zdobywają wszystkie kontynenty i biegun północny.

Wstałem po 5 rano w sobotę. Pomaszerowałem na śniadanie i byłem tam pierwszy. Nie było jeszcze zawodników a obsługa dopiero się schodziła. Zjadłem dwa ciastka zbożowe, kawałek chleba z dżemem, wypiłem trzy kubki herbaty i wróciłem do namiotu, gdzie przy ulubionej muzyce koncentrowałem się i nastawiałem do walki. To mój standardowy rytuał i zawsze wrzucam kilka mocnych kawałków wizualizując sobie cały bieg i programując go w głowie. Tu był jednak problem, bo kompletnie nie znałem trasy. Wiedziałem tylko, jak przebiega pierwsze i ostatnie okrążenie, ale co jest w środku, to było dla mnie wielką zagadką, którą jednak jak najszybciej chciałem odkryć.

Na półtorej godziny przed startem skończyłem ładować się węglami, chwilę podreptałem, potem poleżałem, przygotowałem żele i Hydrosalty i nie wiedziałem co dalej ze sobą zrobić. Nosiło mnie straszliwie i z minuty na minutę coraz bardziej się nakręcałem. Dajcie mi ten cholerny maraton! Tu i teraz! Jazda, jazda, jazda! Kilka minut po 7 pomaszerowałem na start, kilka razy zaliczając krótki przystanek na siku. Byłem bardzo dobrze nawodniony i chociaż w tym punkcie miałem czystą i spokojną głowę. Nie martwiłem się tym, podobnie, jak pogodą, która zapowiadała się całkiem fajnie. Prognozy mówiły o 25 stopniach i 80% wilgotności, ale starałem się obrócić to na swoją stronę i pomyślałem, że mogło być 35 i prawie 100% wilgotności, jak w Bangkoku. W biurze zawodów kręciło się sporo zawodników. Było sporo białasów i kilkunastu biegaczy o ciemnym kolorze skóry. Byli tak wycieniowani, że czułem się przy nich jak zawodnik sumo ze znaczną nadwagą… Jednym uchem usłyszałem, jak kłócili się z organizatorem o prawo startu. Z rozmowy wyedukowałem, że nie mają zamiaru zapłacić za start i chcą koniecznie wystartować Na moje szczęście zostali niedopuszczeni do biegu.

W końcu o 7:30 stanęliśmy na linii startu. Było nas całe 14 osób… reszta biegaczy brała udział w zawodach na krótszym dystansie. W tak kameralnym maratonie nie brałem nigdy udziału i szczerze mówiąc bardzo mocno mnie taka frekwencja zaskoczyła. Z naszej grupki wyróżniało się dwóch lokalnych biegaczy i drogą dedukcji wywnioskowałem, że w pierwszej trójce spokojnie powinienem być. Trochę mnie to uspokoiło, ale to był maraton i jak zawsze to zawsze on rozdawał karty i weryfikował wszystko. Trzeba było pamiętać, że rozgrywany był na wysokości około 1600 m n.p.m., do pokonania było około 900 m w pionie, temperatura na starcie wynosiła + 25 C, wilgotność przewyższała 80% a na dodatek nie wiadomo było dokładnie, na ile kilometrów ten maraton miał być. Organizatorzy na wstępie powiedzieli, że to nie jest uliczny bieg i może być trochę dłuższy… Trochę to pojęcie względne, no ale cóż. Trzeba było spiąć pośladki, zacisnąć zęby i zaprogramować głowę na długą i ciężką walkę. W głowie nakreśliłem sobie mapę trasy, znajome miejsca oraz te zagadkowe. Tm samym podzieliłem sobie całość na kilka mniejszych odcinków i na tym się koncentrowałem. Na małych zadaniach i z tak zaprogramowaną głową ruszyłem na trasę.

Ruszyliśmy…

Całe 14 osobowe stado. Prosto przed siebie, pod górę, do przodu. Od razu mocno zaatakowali lokalni maratończycy. Dwója poszła na pełnej petardzie, jak dzik w sosnę a ja swoim tempem za nimi. Na dzień dobry był spory podbieg, więc tym bardziej nie chciałem się zarzynać i wolałem odczekać i obserwować całą sytuację. Znałem swoje miejsce, wiedziałem gdzie jestem z treningiem oraz zdawałem sobie doskonale sprawę ze swoich mocnych, jak i słabych punktów. Po wbiegnięciu na szczyt zobaczyłem, że uciekająca dwójka nadała bardzo mocne tempo, którego nie byłbym w stanie utrzymać. Do głowy przyszło mi automatycznie powiedzenie, że maratończyka poznaje się po tym jak kończy a nie zaczyna, więc biegłem dalej swoim tempem. Pierwsze 4 km leciałem po znajomej trasie, ale potem droga prowadziła w nieznane.

Biegło się o dziwo dość swobodnie. Oczywiście na podbiegach czułem, jak mnie przytyka i brakuje tlenu, ale na zbiegach puszczałem swobodnie nogi i podkręcałem obroty śledząc gdzieś w oddali, na horyzoncie uciekającą dwójkę. Na zegarek zerknąłem dopiero po 5 km i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem 23 minuty i 32 sekundy. Biegłem po około 4’40-45/km czyli takim tempem, które było przed startem do zaakceptowania z dużym huuraoptymizmem. Trasa wiodła raz w górę, raz w dół i nie było ani momentu, gdzie leciałoby się po płaskim fragmencie. Dodatkowo stan nawierzchni był tragiczny. Trzeba było cały czas być skoncentrowanym na 200%, żeby nie skręcić nogi czy nie zaliczyć spektakularnej gleby.

Po 5 km znajdował się punkt z wodą. Wziąłem ze sobą pół litrową butelkę i postanowiłem biec z nią aż wszystko wypiję. Wolałem dmuchać na zimne, bo obawiałem się że zaraz słoneczko zacznie mocniej grzać i zrobi się niebezpiecznie. Trzeba było uważać, szczególnie że cała trasa była w 100% odsłonięta i nie było cienia a ja oczywiście pobiegłem bez czapki. Tak się nie robi. Biegłem więc dalej dzierżąc flaszkę z wodą w garści, popijałem po małym łyku co kilkaset metrów i polewałem głowę i kark. Było ok, chociaż czuło się temperaturę i wilgotność. W głowie miałem jednak włączony program koncentracja i małe zadania. Małą i znaną pętlę miałem zaliczoną, więc teraz biegłem na drugą, dużą.

Biegnąc przez okoliczne wioski i zabudowania, stanowiłem, podobnie jak inni maratończycy, niebywałą atrakcję turystyczną. Chyba wszyscy możliwi mieszkańcy stali przy drogach szczerząc się swoimi białymi zębami i radośnie pozdrawiając. Najlepsze jednak były dzieciaki, które wyskakiwały z domów, krzyczały wniebogłosy hbw are you i zaczynały biec przybijając w międzyczasie piątki. Wyglądało to super i byłem pod wielkim wrażeniem widząc uśmiechnięte od ucha do ucha dzieciaki, mające na sobie podarte koszulki czy za duże bluzy starające się na bosaka dotrzymać mi kroku. Robiło to na mnie ogromne wrażenie i byłem prze szczęśliwy, że mogłem biec w tak fantastycznym miejscu.

Na 10 km zameldowałem się z czasem 46:02, czyli trochę przyspieszyłem. Pewnie dlatego, że spora część trasy prowadziła w dół, ale nadal byłem czujny i ostrożny. Szukałem sygnałów z organizmu, które mogłyby mówić, że dzieje się coś niedobrego. Całe szczęście tak jednak nie było i leciałem dalej. Prosto przed siebie a dookoła mnie pojawiały się coraz nowe dzieciaki z kolejnych wiosek. Było świetnie. Potrzebowałem takiego biegu i takiej odskoczni. Bawiłem się wyśmienicie, chociaż czułem, że powoli się przegrzewam a trasa z kilometra na kilometr staje się coraz bardziej wymagająca. Maraton dopiero się zaczynał. Kolejna piątka minęła całkiem spoko i 15 km pokonałem w 1 godzinę 9 minut i 42 sekundy. Średnia na km więc spadła poniżej 4’40 i zaczęło mnie to z jednej strony cieszyć a z drugiej niepokoić. Było fajnie, bo był luz i leciało się naprawdę swobodnie, ale z drugiej strony wiedziałem, że mam przed sobą jeszcze około 30 km, które będą bardzo ciężkie. Te myśli musiałem jednak jak najszybciej wykasować z głowy i skupić się na małym zadaniu. Na dobiegnięciu do kolejnego punktu z wodą, czyli do półmetka. Co będzie potem to się zobaczy.

Tabliczkę z napisem 21 km minąłem w czasie 1:38:11 czyli bardzo szybko, patrząc na to, co działo się dookoła. Wziąłem kolejną butelkę z wodą i ruszyłem pod wielką górę. Po chwili po swojej lewej stronie usłyszałem, że ktoś mnie goni, co mnie trochę wybiło z rytmu i zdekoncentrowało. Gość biegł co sił w nogach i nie mogłem w głowie sobie sobie tego ułożyć. Po chwili zobaczyłem Murzyna w wielkim kapeluszu, który szczerząc się od ucha do ucha biegł za mną chcąc zobaczyć, jaki mam numer startowy. Był to “sędzia” odpowiedzialny za liczenie okrążeń, gdyż ta część trasy składała się z dwóch pętli. Sędzia mnie dogonił, odczytał numer i wrócił do swojego punktu a ja mozolnie wdrapywałem się na górę. Przez głowę przeszła mi myśl, że na drugiej pętli nie będę tam podbiegał. Podejdę… ale znów trzeba było wcisnąć klawisz “delete” i robić swoje. Wdrapałem się więc na górę solidnie klnąc pod nosem i przez kolejne wioski, przybijając piątki z kolejnymi dzieciakami posuwałem się do przodu. Było coraz ciężej i gremlin na podbiegach powoli zaczął pokazywać wskazania powyżej 5 minut na km.

Na około 25 km ujrzałem przed sobą jednego z dwójki biegaczy, którzy ruszyli mocno na starcie. Chłopak nie wyglądał. Na podbiegu szedł a raczej słaniał się na nogach, ale na zbiegu i prostej próbował walczyć. Nie odpuszczał. Na moje szczęście na trasie znajdowało się sporo podbiegów, więc metodycznie przeciągnąłem go kilka razy pod górę i odszedłem. Wiedziałem, że nie podejmie walki i rzuci biały ręcznik. Trochę mnie to uspokoiło, szczególnie w momencie, kiedy na zegarku zobaczyłem międzyczas 6’04/km. Oczywiście na podbiegu, ale …takie cyferki zawsze lekko niepokoją.

Przeszedłem więc do planu B. Postanowiłem więc biec do 30 km a potem bawić się biegiem i czerpać jak najwięcej frajdy z miejsca, w którym byłem. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem. Dreptałem dalej do mety, przybijałem dzieciakom piątki a pod większe górki maszerowałem z uśmiechem na ustach dając się wyprzedzić bosym uśmiechniętym małolatom. Było GIT. Pod górki maszerowałem, z górek i na płaskim biegłem a temperatura rosła i robiło się coraz cieplej. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, gdyż zwalniając narażałem się na atak biegacza, którego wciągnąłem kilka kilometrów wcześniej. Całe szczęście nikogo nie było z tyłu i mogłem spokojnie biec w stronę mety. Dobiegłem do miejsca, z którego startowaliśmy i ruszyłem na “victory lap” czyli finiszowe 4 km okrążenie, które doskonale znałem. Trzeba było się wdrapać znów na górę, zbiec na dół i przez okoliczne pola dobiec do mety. Byłem już solidnie umęczony a zegarek zbliżał się do 43 km. Na ostatnim długim podbiegu przeszedłem do marszu, przybiłem multum piątek, pogadałem z wolontariuszami i po pokonaniu 44 km w 7 minut i 12 sekund ruszyłem do mety.

Linię mety przeciąłem na pierwszym miejscu po 3 godzinach 48 minutach i 48 sekundach. Dystans ostatecznie wyniósł 44 kilometry i 44 metry. Tym samym wygrałem szósty maraton w karierze i zamknąłem projekt przebiegnięcia maratonu na każdym kontynencie i na biegunie północnym. Jako pierwszy z Polaków stanąłem na maratońskim podium na każdym z kontynentów i na biegunie północnym, ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Podia, trofea, medale to tylko mało ważne dodatki do tego, co działo się przez te wszystkie lata. Najważniejsza była, jest i będzie droga po której się poruszałem i poruszam i to ona wyznacza kierunek i główny nurt mojego życia. To właśnie brnąc tą wyboistą, krętą i ciężką drogą jestem tu gdzie jestem i nauczyłem się tego, co teraz umiem. Najważniejsza w życiu jest droga. Cel jest mniej ważny, chociaż kiedyś myślałem zupełnie inaczej…

Pamiętajmy, że to głowa, a nie nogi dochodzą na Biegun, stąd ważne żeby być w harmonii ze sobą, zespołem i światem. Kiedy jest nam trudno, jesteśmy wyczerpani, bliscy rezygnacji, próbujmy dać się poprowadzić przez podświadomość, która może nam pomóc pokonać ograniczenia. Ważne jest wyznaczenie rytmu dnia i rytmu drogi, ponieważ oszczędza on naszą energię, która jest zasobem deficytowym. – Marek Kamiński

prev
next