Trening w koronie

Nadeszły przerąbane czasy dla wszystkich. Nie tylko dla biegaczy, trajlonistów, kolarzy czy innych sportowców. Jest dupa w krzakach i prędko z tych krzaków niestety się nie wydostaniemy. Dostaliśmy – my, jako całe światowe społeczeństwo surową lekcję, z której musimy wyciągnąć wnioski, ale najpierw musimy usiedzieć na tyłkach do jej zakończenia. Kto wyjdzie przed dzwonkiem, dostanie pałę, albo pałą. Przez plecy, po dupie, po głowie i to wcale nie jest śmieszne. To jest smutne. Wielu moich znajomych musiało zamknąć swoje biznesy, których prędko nie otworzą, wiele osób z dnia na dzień z mega fajnych optymistów z pomysłem na życie, zostało postawionych do pionu bez żadnej pomocy z zewnątrz. Jak śpiewa to James Hetfield z zespołu mojego dzieciństwa o wdzięcznym imieniu Metallica “Sad but true“. Kto nie zna tego kawałka, polecam przesłuchać. Genialny kawałek.

Wracając a raczej nawiązując do tego, co się dzieje, do tematu udomowienia i kwarantanny patrzę na to wszystko po swojemu. Kto mnie zna, wie że zawsze obserwuję wszystko, analizuję i staram się pochopnie nie wyciągać wniosków, którymi rzadko się jednak dzielę. Tak mam. Wolę większość tematów obrócić w żart, niż mimo mojego pesymizmu napisać co czuję i co myślę o danej sytuacji. Tak mam i nic na to nie poradzę.

Wprowadzając kolejne obostrzenia pod hasłem #zostańwdomu starałem się przede wszystkim przemyśleć co autor miał i na na myśli. Zgodziłem się z nimi i zaakceptowałem. To był dobry ruch mający na celu uchronić społeczeństwo czy raczej zminimalizować skutki panowania wirusa w koronie. Poparłem je i cały czas popieram i niczym w popularnym teleturnieju jestem na TAK, ale… No właśnie… Zaczyna się, gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc patrzę na to po swojemu, ale racjonalnie starając się wyeliminować jakiekolwiek zagrożenie.

Od wprowadzenia obostrzeń trenowałem i trenuję normalnie. Nie ograniczam się. Ma to swoje plusy i minusy, jednakże plusów jest o wiele więcej niż minusów. Unikam klamek, których całe szczęście mogę uniknąć, podobnie, jak poręczy czy wind. Mam ten przywilej a jak się uprę mogę iść pobiegać wychodząc przez ogródek unikając w zupełności klatki schodowej, którą i tak dzielę tylko z dwiema innymi osobami, no ale zawsze to dwie inne osoby… Myję ręce częściej niż często a stosowanie preparatu do odkażania kojarzy mi się z Antarktydą, kiedy podobnym środkiem myło się ręce kilkanaście razy dziennie. Do sklepu chodzę, kiedy muszę itp. itd. Jedyna sytuacja, która naprawdę jest niebezpieczna to właśnie dojazd do sklepu czy na trening, co również staram się wyeliminować. Doszło to do mnie, kiedy jechałem na trening na czarną drogę i minąłem skasowanego mercedesa. Wypadek komunikacyjny w tych czasach wiąże się z dodatkowymi problemami, więc o tym przede wszystkim warto pamiętać i #zostaćwdomu.

Ograniczyłem więc do minimalnego minimum używanie samochodu podjeżdżając jedynie 2 – 2,5 km do najbliższego lasu, gdzie w komfortowych dla wszystkich warunkach mogłem robić trening. Odezwały się jednak głosy, że te kilka czy kilkanaście dni mnie nie zbawi i mam siedzieć na dupie w chałupie i pilnować kotów. Skoro zawodowcy nie trenują to dlaczego amatorzy mają trenować? Nie drążę tematu zawodowców i ich odejścia od treningu, bo to jest bez sensu, gdyż wiem kto jak, gdzie, ile i kiedy trenuje, ale mądre fejzbógowe głowy wiedzą lepiej, więc po co się kopać z koniem? Bez sensu. Trenowałem więc spokojnie w lesie, czasami wychylając z niego nos do czasu, kiedy wszedł w życie jakiś idiotyczny przepis o zamknięciu lasów. Nie będę wnikał w jego umocowanie prawne bo nie znam się na tym i nie mam pojęcia czy to zgodne, czy nie zgodne z prawem, ale jak dla mnie to bezsensowny i głupi przepis. Przed wprowadzeniem ograniczeń w poruszaniu się, faktycznie można było spotkać w lesie grupki spacerowiczów a leśne parkingi bywały zatłoczone, ale po pewnym czasie to się zmieniło. Mało kto wystawiał nos z domu i kombinował, gdzie by tu czmychnąć. Teraz niby nikt nie kombinuje i każdy grzecznie siedzi w domu… z naciskiem na niby, bo wszyscy przeszli do partyzantki i do konspiracji. Mi się udało zrobić fajne trzy tygodnie treningu po ponad 100 kilometrów każdy.

Nie wiem, jak was, ale mnie uczyli na studiach, że słońce, świeże powietrze i ruch tylko pomagają, szczególnie teraz, kiedy mamy budzącą się do życia wiosnę a żegnamy się z ciemną i paskudną zimą. Mega depresyjną zimą. Zamykając dostęp do lasów, na pewno nie pomagamy w pielęgnowaniu zdrowia zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego. Obserwuję, co dzieje się z moimi zawodnikami, którzy dostali obuchem w głowę i kombinują na prawo i lewo co zrobić, by nadal pozostać w ruchu i nie zwariować. Jedni starają się biegać na bieżni mechanicznej, jak mają, inni biegają po schodach a jeszcze inni dookoła stołu… To nie jest normalne.

Dla mnie, dla człowieka, który od 1987 roku jest w ciągłym ruchu i praktycznie każdego dnia stawiał swoje dwie kończyny w lesie to sytuacja bez precedensu totalnie niezrozumiała i bezsensowna. Nie zgadzam się z nią, nie popieram jej i uważam, że przynosi więcej szkód niż pożytku. To moje zdanie i pój punkt widzenia a mojego prawa do swobody poruszania się nie zabroni mi nikt. Szukając jednak pozytywów w każdej sytuacji, to mam nadzieję, że matka natura chociaż w małym stopniu się odrodzi i odżyje po niszczycielskim działaniu człowieka, jednak z drugiej strony widząc to, ile drzew wycina się w dzisiejszych czasach, śmiem w to wątpić.

Człowiek jest wolny, jak ptak w klatce: może poruszać się tylko w pewnych granicach. Johan Kaspar Lavater

prev
next