Druga młodość…

Nie wiem, jak to dziwnie zabrzmi, ale przeżywam drugą młodość. Trenuje mi się jak ładnych kilka lat temu, wchodzę na prędkości o których istnieniu już dawno zapomniałem i generalnie jest GIT. Biegi ciągłe w II zakresie intensywności wychodzą po 3’47 – 3’53, kwas spada a samopoczucie jest coraz lepsze, ale tu wielkiej filozofii nie ma. Metodyczne prowadzenie treningu, stoicki spokój, regularność i dobry sen to właśnie to, co pomogło wrócić mi na dobre tory. To chyba jedyny pozytyw tej całej wirusowej sytuacji, szczególnie kiedy kolejne starty są kasowane a perspektywa wrześniowej ewakuacji z Ojcowizny w kierunku north stoi pod coraz większym znakiem zapytania. Cóż. Tak bywa i powtórzę się po raz kolejny, że pewne rzeczy, szczególnie takie, na które nie mamy wpływu trzeba brać chłodno na klatę, bo inaczej można zwariować.

Spitsbergen Marathon, Stranda… to tylko dwie zagraniczne imprezy, które mi uciekły, a trzecia Hadrangervidda Marathon wisi na włosku. Szkoda, ale… przynajmniej robię fajny i dość wymagający trening, którego skutki czuję przez kilka dni. Mianowicie niedzielne długie rozbiegania realizuję w mocno pagórkowatym terenie, gdzie na 27 – 30 km przewyższenia wahają się między 600 a 800 metrów. To wchodzi, szczególnie kiedy profil trasy jest bardzo interwałowy i składa się z wielu podbiegów i wielu zbiegów a nie, jak w przypadku biegów górskich, w których startowałem z kilku długich i solidnych, gdzie łapało się większą większość przewyższeń.

Staram się nie szukać łatwych dróg i często mimo naprawdę solidnego przetyrania znajduję nową górkę, z która staram się zapoznać, nawet jak ścieżka prowadząca na nią jest wydeptana przez zająca czy w najlepszym wypadku przez stado saren. To przypomina mi lata ścigania się w BnO i przede wszystkim uatrakcyjnia dodatkowe treningi, które tłukłem na tych samych trasach.

Robi się więc bardzo sympatyczny mikrocykl treningowy, w którym raz lub dwa razy biegam solidny II zakres, środek co do słuszności którego wiele osób ma zastrzeżenia, ale… nie można nigdy wrzucać wszystkich do jednego worka. Jak to na mnie działa i są efekty to mnie przekonuje i idę tą drogą. Raz coś szybszego i raz długie, mocne, intensywne niedzielne górskie bieganie, gdzie nie oszczędzam nóg. Mimo dość skromnej objętości 90 – 115 km tygodniowo robi się fajny mikrocykl, który prędzej czy później powinien oddać.

Odda albo nie odda, ale jestem pewny, że pomoże rozwinąć się na bezdrożach i w pewien sposób przygotuje mnie do najbliższych startów, które prędzej czy później będą. Na tą chwilę wchodzą w grę jedynie biegi wirtualne, które jakby nie patrzeć są bardzo ciekawą alternatywą, przypominającą jeden wielki segment na Stravie. Moje przemyślenia w temacie wirtualnych imprez opiszę w kolejnym poście a jest to zbiór myśli, które przychodziły mi do głowy przez długi “wirtualny” czas.

W każdym razie, nie ma co narzekać i się łamać. Trzeba robić to, co najbardziej się lubi, czyli… trzeba biegać, trzeba trenować i bawić się bo przecież o to w tym całym zamieszaniu chodzi. Ważna a nawet ważniejsza jest droga, którą podążamy a zawody… jak nie dziś to jutro a jak nie jutro to pojutrze.

Alleluja i do przodu !!!

prev