XVI Grand Prix Pomorza w BnO

Tydzień po starcie w mojej ulubionej imprezie na orientację wystartowałem zza płotem czyli w Gdyni na XVI edycji Grand Prix Pomorza w BnO. To kolejna trzydniówka, którą staram się odwiedzać w ramach możliwości. Zawody są organizowane przez gdyński Azymut 45, dowodzony przez dobrych znajomych z czasów mojego ścigania w barwach WKS “Flota” Gdynia.

Zawody, jak wyżej wspomniałem składały się z 3 dni. Etap pierwszy składał się z trasy o długości 4,2 km z 18 punktami do zaliczenia i przewyższeniem o wartości 60 m. Etap drugi to 6,6 km, 14 punktów i 265 m w górę. Na ostatni niedzielny etap składała się trasa licząca 6 km, 17 punktów i 215 metrów up. Oczywiście odległości są liczone w linii napowietrznej a przewyższenie (chyba) w optymalnym wariancie. Niby nic, ale można się zmęczyć, szczególnie że w tej konkurencji mało co biega się po drogach.

Mając w pamięci ubiegłotygodniowe ściganie a raczej ganianie po lesie w poszukiwaniu punktów, tym razem postanowiłem spokojnie podejść do tematu. Na spokojnie, na chłodnej głowie, bez ciśnienia i presji. Koncentracja, koncentracja i jeszcze raz koncentracja oraz spokój, bo tylko spokój może nas uratować.

Etap I

Przed startem podjechałem do dobrego kumpla, z którym kiedyś dawno temu ścigaliśmy się we Flocie i wraz z jeszcze jednym zawodnikiem, stworzyliśmy owiany legendą team “OK Piter Team”. Tem złożony z trzech Piotrów, który doskonale łączył bieganie z dobrą zabawą, wprowadzając w życie hasło bo się bawić trzeba umieć. Pogadaliśmy chwilę o starych Polakach i pojechaliśmy na start. Pioter startował w M35 przede mną a ja w M40 po nim. Z chłodną głową po krótkiej rozgrzewce ruszyłem kiedy zegar wypiszczał moją minutę startu. Wiedziałem, że będzie czujnie, technicznie i trzeba będzie bardzo uważnie czytać mapę nie pozwalając nogą wyprzedzić głowy. Zapomniałem dodać, że przed startem kupiłem nowy kompas i już na pierwszym przebiegu poczułem różnicę. Nowy trzymał idealnie kierunek i można było czysto biec. Poprzedni miał już dość i niestety nie trzymał kierunku. Igła pływała i nie było oczekiwanej stabilizacji. Teraz się szło… Jak dzik w żołędzie, nie ale całkiem poważnie było spoko. Równo, miarowo na pełnej koncentracji. Nie pamiętam na którym punkcie, ale chyba w okolicy 4 czy 5 dogoniłem kolegę ze studiów Bogusia i razem cisnęliśmy dalej. Ja starałem się obierać wariant, trzymać kierunek a Boguś czytał opisy punktów i lekko mnie korygował, jak zaczynało mnie gdzieś znosić. Współpraca przebiegała wzorowo i nie zrobiliśmy większych błędów… Do czasu. Tak, do czasu, kiedy byliśmy już prawie w ogródku witając się z gąską. Przed ostatni punkt, koniec wału, banalny przebieg. Wystarczyło wyjść z muldy, iść lekko w lewo trzymając zielone, dobiec do skraju zielonego i wskoczyć na wał. Przebieg na minutę… nam zajęło 3! Co się stało, że się…? Dekoncentracja. Tak, zarówno ja jak i Boguś się zdekoncentrowaliśmy i zaczęliśmy pływać. Z zewnątrz nagle zaczęło napływać zbyt wiele bodźców. Bliska odległość do mety, sporo zawodników nadbiegających z różnych kierunków i wizja dobrego biegu i fajnego wyniku. To wszystko sprawiło, że zrobiliśmy głupi i banalny błąd, który nie powinien mieć miejsca. Jak to się mówi gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy… i tak było tym razem. Jedynym pozytywem było to, że po pierwszym etapie byłem na 5 miejscu a wcale nie biegałem nie wiadomo, jak mocno. To cieszyło. Zacząłem czuć mapę i zdecydowanie pewniej się na niej poczułem, więc w dobrym humorze myślałem o sobotnim klasyku…

Etap II…

nie chwal dnia przed zachodem słońca...

Ruszyłem odważnie i mocno. Chyba byłem trochę zbyt pewny siebie, bo na jedynkę zrobiłem lekki błąd, wszedłem za wysoko i szybko chciałem nadrobić, więc przycisnąłem w dół. W prawo, w drogę i … jazda dalej. Wariantowo nie było może zbyt super, ale noga szła. Zepsułem jednak samo wejście w punkt. Nie wgrałem się dobrze w małą żółtą świetlinkę i nie zauważyłem korzenia. Nie lubię generalnie takich punktów, kiedy mamy schowany korzeń w zielonym syfie i nie mam pewnego miejsca do ataku i tam straciłem dobrą minutę. Kolejne punkty leciało się dobrze, mocno, pewnie, chociaż dobieg na 4 punkt dał mi trochę do myślenia. Nie zgadało mi się odległościowo i jakoś za szybko znalazłem się na grubej drodze, którą biegłem. Sam punkt ogarnąłem czysto a widząc kolejne dwa, zacząłem się cieszyć jak szczeniak, gdyż były to długie mocne przebiegi, które można było pójść drogami i z dość pewnych miejsc przyatakować. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie zepsuł i … zmieniłem punkt ataku i wejścia na szóstkę, a co niestety zapłaciłem. Głupi, prosty, wręcz idiotyczny błąd… ech. Zamiast cisnąć do końca drogą, jak planowałem, ja postanowiłem lekko przyciąć i wyrzuciło mnie zbyt mocno w lewo. Ech… Kolejne punkty poszły bardzo dobrze. Czysto, bez błędów i głupich wariantów. Biegło się pewnie i coraz lepiej wczytywałem się w mapę. Byłem z siebie zadowolony, aż do momentu, kiedy nie sczytałem chipa na mecie… Na wydruku pojawiły się trzy magiczne i jakże wkurzające literki NKL, które znaczą tyle co nieklasyfikowany. Zamurowało mnie i zacząłem myśleć o co chodzi. Pierwsza myśl która przyszła mi do głowy to może, jakiś punkt nie odbił, coś się zepsuło, elektronika nie zadziałała, cholera wie. Nie miałem pojęcia. Zapytałem się Przemka, który obsługiwał pomiar czasu, na co ten skwitował, że nie odbiłem trójki… WTF?! Nie mogłem tego skumać i nic mi nie grało. W domu po zgraniu trasy na kompa wszystko się wyjaśniło. Faktycznie z dwójki pobiegłem na czwórkę omijając trójkę. To był ten przebieg, który mi nie trybił odległościowo.

Tłumaczyłem sobie to na kilka sposobów. Mogłem zgiąć mapę i nie zauważyć trójki i polecieć na czwórkę myśląc, że jestem na trójce. Mogło też być tak, że pomyślałem, że 3 to 13, bo jakby nie spojrzeć na mapę to od 12 idzie prosta do 13, która przechodzi przez 3. Tak mogło być… i strasznie mnie ten fakt zirytował. Byłem wściekły na siebie, szczególnie że z całego biegu byłem w 90% zadowolony a czas który uzyskałem pozwoliłby w teorii walczyć o podium… Nie mogłem tego przeżyć a w nocy śniły mi się zawody na orientację. Dano tak żaden start nie zrył mi głowy i trzeba było to jak najszybciej wykasować, co niestety okazało się trudniejsze niż zakładałem…

Etap 3… to już jest koniec

Nie mogłem się skoncentrować na biegu. Od początku, od samej rozgrzewki byłem mega zdekoncentrowany i nie czułem biegu. Nie czułem nic, tylko wielkie wkurzenie sobotnią klęską. Z jednej strony chciałem się odegrać i sobie odbić a z drugiej nie czułem ciśnienia i walki o jak najlepsze miejsce. Postanowiłem jednak podjąć rękawicę i zobaczyć, co przyniesie las. Jedyna spokojnie, czujnie i pewnie. Nie spieszyłem się. Chciałem optymalnie wejść w las i nie zrobić na początku głupiego błędu, szczególnie że zaraz za mną leciał jeden z faworytów do zwycięstwa, Paweł. Jedynka pykła ok, ale na dwójkę wybrałem zły wariant. Zamiast iść po kresce, rzuciłem się drogą i zaatakowałem chwilę za skrzyżowaniem. Wszedłem czysto, ale wariantowo byłem do tyłu. Byłem rozkojarzony… więc na trójkę popłynąłem mimo, że był to banalny przebieg. Rzuciło mnie tym razem mocno w lewo, więc chciałem odrobić czy też nadgonić na czwórkę… i zaczęło się zwiedzanie. Nawet nie chcę tego komentować, ale dałem ciała na maxa. Zostawię to bez komentarza, ale latałem jak junior po boisku. 5, 6, 7, 8 OK. Na 9 lekkie wahnięcie i nie wszedłem czysto w punkt. Dziesiątka… tradycyjnie zmiana wariantu w ostatniej chwili i… to już jest koniec… Jedenastki szukałem za daleko, nie na tej góreczce a potem już szło fajnie, ale co z tego… Jak cały bieg był do bani nie mówiąc o sobotnim.

Tak to jest, jak głowa jest nie wyczyszczona po poprzedniej porażce. To jest tak samo, jak maratonie czy innym biegu. Jeżeli będzie w głowie myśl o jakiejś porażce, która nie została wykasowana ona może wrócić. Wróci pamięć o kryzysie, zgonie czy nieudanym starcie i w momencie kiedy trzeba będzie się spiąć i skoncentrować w 200% na zadaniu taka myśl się pojawi i może cały misterny plan obrócić w proch. Dlatego tak ważna jest koncentracja na zadaniu i nie dopuszczanie do głowy porażek czy nieudanych startów, bo to może wrócić w najmniej oczekiwanym momencie. Szczególnie jest to ważne w orienteeringu, kiedy zawodnik musi być w 200% skoncentrowany biegnąc od startu do mety mimo ogromnego i narastającego zmęczenia. Jeżeli mamy do czynienia z etapówkami a w BnO to normalne, że startuje się 2, 3 czy nawet 5 razy dzień po dniu, to doskonale można zaobserwować, jak ten element jest ważny.

Aby przezwyciężyć frustrację, trzeba intensywnie koncentrować się na wynikach, a nie przeszkodach – TF Hodgea

prev