Sztafety

Będę monotematyczny, ale ostatnio sztafety w BnO biegałem pewnie w 2000 roku, no ale nic na to nie poradzę. Wtedy skończyłem karierę, pokłóciłem się z BnO i nieprędko moje a raczej nasze drogi połączyły się ponownie. Tak wyszło a raczej tak miało być.

Bieg sztafetowy polega na najszybszym pokonaniu trasy przez trzech zawodników, z czego każdy biegnie samemu i rusza dopiero, jak jego poprzednik pokona swoją trasę. Pierwsze zmiany startują razem, więc początek jest ciasny, szybki i mega czujny, bo nie wszyscy mają przecież tą samą trasę. Nawet z tych samych kategorii, więc nie jest oczywistą oczywistością, że jak ja mam punkt na górce to kolega z tej samej zmiany i tej samej kategorii również będzie miał tą samą górkę. Tu jest cały pies pogrzebany i nie ma co się sugerować innymi.

Jak kiedyś biegałem, to trener puszczał mnie na pierwszej albo na ostatniej zmianie. Byłem mocny biegowo, nie koniecznie mocny technicznie, więc myślę, że takie posunięcie było dobre. Teraz startowałem na ostatniej zmianie w kategorii M140. Ma to związek z ilością lat, jaką mają wszyscy zawodnicy tej samej sztafety, czyli nasza sztafeta składała się z weteranów pełną gębą. Na pierwszej zmianie biegł Benek Król, najstarszy z nas, kiedyś zawodnik biegający na bieżni 1000 m w 2 minuty i 22 sekundy, na drugiej najbardziej doświadczony i usytuowany Janusz, który w 1991 roku zdobył Mistrzostwo Świata Juniorów w klasycznym BnO a na ostatniej zmianie mroźna przyszłość polskiego BnO gruby Suchy, czyli ja. Na papierze, jak widać nasza sztafeta prezentowała się doskonale, ale papier wszystko przyjmie a las pięknie wszystko zweryfikuje. Tak to wygląda i tak też było.

Nie powiem, żebym się nie stresował, bo bym skłamał. Byłem nakręcony i ciekawy, jak to będzie. Na jakim miejscu przybiegną chłopaki i czy będę musiał nadrabiać, czy biec spokojnie a może coś jeszcze innego. Całość dopełniały parametry trasy, które były najgorsze z najgorszych i na samym starcie wprowadziły zamieszanie w mojej mózgownicy. Muszę nad tym popracować mentalnie i takie sytuacje przekręcać w drugą stronę, bo jak człowiek nastawi się na samym początku, że będzie dupa, to tak będzie. W każdym razie nasza trasa liczyła jedyne 3,1 km w tym 185 m w górę i 13 punktów kontrolnych. Patrząc na te cyferki łatwo sobie wyobrazić, co czekało na nas w lesie. Multum punktów, góry i mega czujny teren. Coś w sam raz dla Jacha, ale nie dla Benka i tym bardziej nie dla mnie, ale cóż. Jak powiedziało się B, jak biegun trzeba było powiedzieć A, jak Antarktyda. Muszę dodać, że do lasu wypuściłem również Iwonę, która biegła sama indywidualnie trasę krótką. Krótką ale nie łatwą i tak bym to zostawił. 2,5 km, 140 up i 10 punktów. Jak dla osoby będącej w lesie samemu 3 ci raz to wyzwanie przez duże W i trochę się tego obawiałem…

Poszły konie po betonie…

…czy raczej Ogary poszły w las niczym u Stefana Żeromskiego. Ja starałem się koncentrować, Jachu miał wylane i jako jedyny ze wszystkich, prezentował stoicki spokój a Iwona panikowała, że się zgubi i nie odnajdzie na dwóch mapach, które de facto były jedną, ale podzieloną na dwie części, więc robiło się ciekawie.

Benek przybiegł… dość daleko, ale należy mieć na uwadze, że nie był najmłodszy z nas i po pierwszej zmianie byliśmy na 14 pozycji. Teraz nastał czas Janusza, naszego czarnego konia, który nie spiesząc się, biegnąc spokojnie, czujnie, metodycznie uzyskał pierwszy czas swojej zmiany i wyprowadził nas na wysoką i nie wiem, czy nie medalową pozycję. Oczywiście mając to z tyłu głowy ruszyłem odważnie do lasu. Zero kalkulacji. Pełen ogień, ale czujnie i spokojnie. Przed sobą miałem Sławka, z którym zamierzałem się ścigać, ale na zamiarach jak zawsze się skończyło. Jak zobaczyłem mapę, wiedziałem że lekko nie będzie i moim atutem staną się tylko przewyższenia, bo na nic innego nie mogłem liczyć. Musiałem się mocno skupić i pobiec bardzo czujnie ale dość szybko. Niestety w moim wykonaniu biega się (jeszcze) albo czujnie, albo szybko. Ciężko mi (jeszcze) połączyć te dwa tematy w jedną całość, ale cały czas nad tym pracuję. Mam czas…

Jedynkę machnąłem spokojnie. Chciałem jak najlepiej wejść w mapę, więc ruszyłem drogą pod górę, mocno, rytmowo i za płotem pocisnąłem mocno w dół. Złapałem korzeń bez problemów i poleciałem dalej. Na dwójkę wybrałem wariant wzdłuż żółtego aż do drogi i od ścieżki i korzenia w lewo. Prosto na kamień. W sumie to wszedłem na niego nawet czysto i zacząłem zastanawiać się, jak przyatakować trójkę. Trochę mi to zajęło czasu. Rzuciło mnie za bardzo w lewo i nie mogłem dobrze wejść w ten punkt. Czwórka luz. Wzdłuż płotu, lekko noskiem i w dołek. Było ok, ale jak jest ok, to po ok zazwyczaj robi się nie ok… i tak było na kolejnym przebiegu, na piątkę, który skonociłem maksymalnie. Nie wiem czemu, ale pobiegłem za daleko. Zamiast pójść spokojnie po warstwicy, dobiec do noska i zaatakować z okolic kopczyka ja poleciałem… na kolejną górkę. Bez komentarza… Ech… Szóstka bez problemów. Siódemka czysto, chociaż teren stawał się mega paskudny i bardzo niebezpieczny. Było bardzo stromo, co widać po warstwicach i dodatkowo wszędzie było multum kamieni, które bardzo mocno utrudniały poruszanie się. Odżyłem dopiero na kolejnym przebiegu, na ósemkę. Jak pobiegłem? Wiadomo… kita na dół i rura drogą, na której mijałem dziesiątki spacerowiczów. Zaliczyłem go czysto, podobnie jak dziewiąty – widokowy.

Podbiłem widokowy i poleciałem przez start na dziesiątkę… Drogą, w lewo w dół, przez zielone przez rzeczkę i na korzeń. OK. Czysto. Na 11 pewnym wariant. W lewo do drogi, prosto do skrzyżowania i do góry do polanki, ale w międzyczasie kiedy dobiegłem do drogi z mojej prawiej strony biegła Iwona krzycząc na cały las… Suchyyyyyyyyyyyyy…. Suchy……… Moje pierwsze pytanie było jakże oczywiste. Wiesz, gdzie jesteś? Na co Iwona radośnie skwitowała Nieeeeeeeee!!!! Szybko pokazałem jej miejsce na mapie i ruszyłem dalej w górę. Prosto do punktu. Na dwunastkę niestety rzuciło mnie za bardzo w lewo wprost na kamienie. Było to spowodowane chwilową dekoncentracją i tym, że nagle dookoła pojawiło się wielu biegaczy. Dodatkowo wbiegłem nie na swój punkt i trochę mnie to wszystko rozstroiło. Trzynastkę podbiłem bez problemów i chwilę później dobiegłem do mety.

Całość zajęła mi 41:12, Średnie HR wyniosło 179 a maksymalne 194 bpm. Przewyższeń gremlin naliczył 252 m na 4,3 km. Zacnie. Finalnie zakończyliśmy rywalizację na 5 miejscu. Do 4 miejsca straciliśmy 1:15 a do podium 6 i pół minuty.

Reasumując, było to mocny bieg. Fizycznie było elegancko, technicznie trochę gorzej, ale w tak trudnym terenie jeszcze nie czuję się zbyt pewnie. Grunt, że pobiegłem dwa mocne biegi dzień pod dniu i nie zaorałem się. Fizycznie czuję się coraz mocniej i jest to duży pozytyw tej całej sytuacji. Iwona miała trochę technicznych problemów, ale znalazła wszystkie punkty i w jednym kawałku dobiegła do mety a to najważniejsze.

To były dobre zawody!

prev
next