Mistrzostwa Polski w Longu [NKL]

Zszedłem po 16 punktach “nierównej” walki z terenem, który tak się spodziewałem szybko i skutecznie zweryfikował moje aktualne możliwości nawigacyjne. Tak, nawigacyjne, takiego słowa użyję bo fizycznie był luz i zapas. Tempo chłopaków z czuba było spokojnie do utrzymania, co przy moich kolosalnych brakach treningowych mocno mnie podbudowało, ale technicznie niestety… Jeszcze nie teraz.

Do Podlesic pojechaliśmy w piątek, tak żeby spokojnie móc odpocząć po podróży a w sobotę zrobić trening na mapie i przypomnieć sobie, jak wyglądają skały i kamloty, którymi naszpikowane są tamtejsze tereny. Marszobiegiem pokonaliśmy kilka kilometrów, zwiedziliśmy spory fragment lasu, który był bardzo czysty, szybki i przejrzysty. Podobał mi się. Jeżeli long miałby być organizowany na takim terenie to byłbym zachwycony. Iwona również zaczęła sobie całkiem fajnie radzić w drugiej części treningu, zaczęła powoli czuć mapę, trzymać kierunek i łapać charakterystyczne miejsca. To napawało optymizmem i nie mogliśmy się doczekać niedzielnego ścigania. Ja w weterańskiej kategorii M40, Iwona w open, czyli na trasie dla osób “niezrzeszonych” w Polskim Związku Orientacji Sportowej. Moja trasa miała 13,5 km w linii prostej, 480 m w górę i 26 punktów kontrolnych. Można powiedzieć, że idealnie. Zapowiadało się kilka dłuższych przebiegów, trochę metrów pionie i przede wszystkim fajne ściganie, bo na liście startowej znajdowało się kilku mocnych chłopaków. Byłem nakręcony i solidnie zmotywowany. Chciałem się ścigać i poczuć jak najszybciej klimat lasu.

Niedziela…

Na start miałem prawie 2,6 km więc z nóżki na nóżkę, z uśmiechem na twarzy potruchtałem a Iwona towarzyszyła mi, robiąc rozbieganie przed swoim późniejszym startem. Pogoda była idealna. Było chłodno, rześko, można powiedzieć “maratońsko”. Zrobiłem spokojną rozgrzewkę, skoncentrowałem się i wraz z chłopakami z M40 ustawiłem się na starcie. Na longu start jest masowy a na trasie znajdują się tzw. “motylki” co powoduje, że wiara nie leci całego biegu razem, lecz w pewnym momencie następuje rozbicie i część zawodników leci w prawo, część w lewo a część prosto, pokonując danego motylka z różnych stron. Nie wiem, czy idzie coś z tego zrozumieć, co napisałem, ale tak jest. Według mnie to po części dobre rozwiązanie, ale lepiej byłoby, gdyby start był interwałowy, jak w przypadku normalnych zawodów. BnO powinno być jednak sportem typowo indywidualnym i tak powinno zostać a masowe starty są dobre, ale w przypadku sztafet. Takie jest moje zdanie.

Punktualnie o godzinie 10:00 ruszyliśmy… Może niezbyt liczną grupą, ale za to nastawioną do walki a co najważniejsze składającą się ze starszych panów, którzy skopaliby jeszcze nie jeden młody tyłek. Z częścią chłopaków znałem się z czasów mojej kariery w BnO, jak z Pawłem, Szymonem, Grzegorzem, który wyskoczył w dederonie Floty z 1994 roku czy Piotrem Cychem, który jak ja byłem juniorem ścigał się w elicie odnosząc wiele sukcesów. Paka do biegania była.

Po szybkiej analizie mapy i poszukiwaniu pierwszych “motylków” zauważyłem, że mamy wspólne pierwsze 6 punktów i potem dopiero zaczynają się rozbicia. Nie byłem zadowolony z tego powodu, ale z drugiej strony był to czas, żeby rozerwać grupę i spróbować utrzymać się za najlepszymi. Początek więc był mocny i grupowy. Jedynka weszła spokojnie i pewnie. Praktycznie wszyscy razem. Dwójka… ups. Mega czujna i jak dla mnie mocno zakręcona, więc nie szalałem, ale starałem się mieć na oku chłopaków jednocześnie kontrolując mapę. Bałem się, że się zaoram w tych skałach i grupa mi odejdzie. Chwilę pokręciliśmy się i po drobnych błędach w końcu udało się wejść na punkt. Trójka i czwórka spokojnie i czysto i patrząc na międzyczasy na 4 punkcie byłem nawet pierwszy. Chwilę po mnie wpadła reszta ekipy. Lecieliśmy we trójkę w lekkich odstępach. Tomek, Piotr i ja, ale prawdziwe bieganie zaczęło się na piątkę. Przebieg na prawie 2 km i tu dałem pierwszy raz ciała. Zamiast spokojnie pomyśleć i iść swoje, skupić się na mocnym biegu, ja poszedłem z Piotrem mając nadzieję, że razem odskoczymy grupie. Niestety się nie stało a obrany przez Piotra wariant okazał się niezbyt optymalny. Było już niestety za późno, żeby się oderwać i coś kombinować, więc lecieliśmy razem. Teraz z perspektywy czasu widzę, że był to najgorszy z możliwych wariantów, ale nie mam co marudzić, bo zamiast iść samemu… no właśnie. Fizycznie było spoko. Mocno, ale z zapasem i naprawdę dobrze się czułem. Przy samym punkcie lekko nas zniosło, ale po mojej delikatnej korekcie weszliśmy w punkt i ruszyliśmy dalej, na szóstkę. Ja lekko zabiegłem bo kombinowałem wariant na siódemkę, więc Piotr klepnął punkt szybciej. Siódemkę mieliśmy inną.

Przebieg banalny. Należało dobiec do żółtego, wskoczyć na ścieżkę, pobiec przy granicy kultur, wskoczyć na kolejną ścieżkę i za niecałe 100 metrów odbić w lewo trzymając się warstwicy i ciemnego zielonego. Przebieg na jakieś 4 minuty… ale można biec prawie 17. Można? Można i ja jestem tego najlepszym przykładem. Nie mam pojęcia co tam robiłem, ale byłem wszędzie. Poziom koncentracji spadł do zera i nastąpiło totalne rozkojarzenie. Katastrofa. Poziom motywacji również spadł i mimo, że 8, 9, 10, 11 i 12 poleciałem w miarę czysto to nie mogłem wrócić w głowie do poziomu ze startu. Cały czas z tyłu głowy miałem spierdzielony punkt i nie potrafiłem tego wykasować. Na 14 wszedłem czysto, ale odbiegłem w odwrotnym kierunku… Z 15 zamiast przebiec przez obowiązkowy przebieg, cofnąłem się do lasu i musiałem wrócić a tego następstwem było kręcenie się wkoło na 16…

Nic już nie grało, przestało mi się chcieć, rzuciłem biały ręcznik i wróciłem na metę. Pewnie gdybym wiedział, że byłem na 5 miejscu bym poleciał dalej i dowiózł to do końca, ale miałem wszystkiego dosyć. Po drodze dostałem dwa razy od jakiegoś paskudnego krzaka w oko aż musiałem stanąć bo przestałem widzieć, więc wziąłem to za znak i to by było na tyle. Trochę szkoda, ale taką podjąłem decyzję i wziąłem to chłodno na klatę. Tak bywa. Życie.

Iwona też nie ukończyła. Miała bardzo trudną trasę i niestety jeszcze nie jest na takim technicznym etapie, żeby samej brać się za takie bieganie. Walczyła ile mogła, ale to nie wystarczyło. Po biegu była zła na siebie, że tak wyszło a raczej na to, że kategoria open miała taką skomplikowaną trasę, gdzie kilka przebiegów było naprawdę na bardzo wysokim poziomie wtajemniczenia.

Tak więc reasumując ten start, to niestety nie poszedł po naszej myśli. Niekiedy tak bywa, ale taką porażkę trzeba wziąć na klatę i na chłodno, na spokojnie wyciągnąć wnioski, żeby się nie powtórzyły. U mnie cały czas szwankuje to samo, mam duże wahania koncentracji, ale o wiele lepiej czytam mapę i lepiej czuję się fizycznie w wymagającym terenie. Jakby nie patrzeć to wróciłem do ścigania pod koniec sierpnia, więc dosyć niedawno a wiele lat przerwy w trenowaniu tego sportu niestety nie pomogło.

Bądź gotów przegrać bitwę, żeby wygrać wojnę. – H. Jackson Brown Jr.

prev