Everest Marathon – rozgrzewka

Dlaczego właśnie maraton pod Górą Gór? Pod najwyższym szczytem świata, którego wysokość wynosi 8848 m n.p.m.? Dlatego, że to najwyżej na świecie rozgrywany bieg maratoński, a ja skompletowałem te odbywające się najdalej na północ, południe i prawie na samym równiku. Biorąc udział w Everest Marathon zamknąłem więc maratońską klamrą moją maratońską historię i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że w końcu, w 100 procentach czuję się spełnionym maratończykiem. No dobra, w 90%, bo został jeszcze jeden “naj” ale o tym później.  

UWAGA! W poście znajdują się zdjęcia, które nie powinny oglądać wrażliwe osoby, a szczególnie osoby niepełnoletnie.

Czy byłem przygotowany do tego startu, jak bym chciał – bo takie pojawiały się pytania. Byłem przygotowany na tyle, na ile pozwalał mi czas i obowiązki, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jestem zadowolony z tego biegu jak i z miejsca czy czasu, uzyskanego na mecie. Wiadomo, że to ona zawsze weryfikuje wszystko i nie sensu z tym dyskutować.  

Zacznę od podróży, która była jedną wielką zagadką. Obawiałem się jej, ale finalnie okazała się jedną wielką przygodą, a okres spędzony od 19 maja do 1 czerwca minął błyskawicznie. W tym czasie pokonałem ponad 80 km, wędrując z Lukli do Everest Base Camp i uzbierałem 6137 metrów w górę. Wędrówkę naszej grupy otworzyliśmy na wysokości 2860 m n.p.m., a zakończyliśmy 2500 m wyżej. Najwyższym punktem na trasie na trasie był szczyt Kala Pattar wznoszący się na wysokości 5623 m n.p.m., lecz to było jedynie preludium przed biegiem na królewskim dystansie.  

W śród wielu miejsc, wiosek, miast, które odwiedziliśmy na naszej drodze, najbardziej w pamięci zapadły mi cztery. Były to w kolejności wysokościowej Kathmandu (1338 m n.p.m.), Lukla (2860 m n.p.m.), Namche Bazaar (3440 m n.p.m.) i Gorakshep (5146 m n.p.m.). 

Kathmandu

Kathmandu było pierwszym miejscem, które odwiedziłem w Nepalu. Szczerze mówiąc spodziewałem się tego, co tam spotkałem, mając w pamięci Tajlandię czy Jamajkę. Duchota, brud, syf, spaliny, tłok i korki. Całe szczęście nie było tak wilgotno i pot nie leciał po plecach strumieniami, jak w innych krajach Azji. Było znośnie, ale bez szału. Nie przepadam za takimi miastami i Kathmandu pozostanie jedynie kolejnym zaliczonym miastem na mojej turystycznej mapie świata.  

Miejscem, nad którym mógłbym się pochylić dłużej była okolica świątyni Pashupatinath nad rzeką Bagmati. To typowe miejsce kultu. Taka nasza Częstochowa. Do środka przez główne wrota mogą przejść jedynie wyznawcy hinduizmu. Turyści mogą pokręcić się tylko dookoła. Ich wzrok – i nasz również – najczęściej zatrzymuje się nad wspomnianą rzeką, przy której umiejscowione są ghaty. To nic innego jak kamienne schody, a przy nich ustawione są kamienne bloki, które służą do palenia zwłok. Tak. Tam pali się ciała zmarłych osób, tak samo jak u nas chowa się ciała do ziemi. Na początku myślałem, że palone są tam śmieci, albo jakieś ofiary, ale nie ludzkie zwłoki. Spopielone ciała zrzuca się do rzeki, której wody służą do wszystkiego. Od mycia do picia włącznie. Dzięki takiemu zabiegowi zmarły może powrócić tam, skąd pochodzi, a pochodzi z wód płodowych, czyli z wody, w której powstało życie na Ziemi. Ogień i woda go oczyszczają, a następnie odradza się w innej postaci, lub przenosi w inny wymiar.  

Nieboszczyk przed spaleniem układany jest na schodach dotykając stopami wody. Następnie jest obmywany i przenoszony przez bliskich na platformę, gdzie następuje kulminacja, czyli podpalenie stosu pogrzebowego. Takie ceremonie mieliśmy przyjemność oglądać i nie powiem, żeby nie zrobiły na nas wrażenia. Było to dość brutalne zderzenie z nepalską kulturą. Jeżeli ktoś chciałby się wtajemniczyć może poczytać o ceremonii TUTAJ. Tam jest to bardzo ciekawie opisane. Warto poczytać. 

Kathmandu będzie jeszcze kojarzyć mi się z Hard Rock Cafe, gdzie trafiliśmy przypadkiem dzięki Robertowi, który dostał zlecenie kupienia pinów dla swojego syna. Mieliśmy szczęście, że w kawiarni odbywał się koncert na żywo, a kapela grała naprawdę zacne kawałki, wśród których usłyszeć można było nawet AC/DC. Bawiliśmy się wyśmienicie. Razem z nami tańczyła obsługa, a nawet wokalistka. Było cudownie i zostaliśmy do samego końca.   

Lukla

Lukla. To miasteczko, w którym znajduje się lotnisko. Można powiedzieć, że to brama Himalajów. Znajdujący się tam pas startowy ma długość nieco ponad 500 metrów i kończy się pionową ścianą skalną. Lotnisko położone jest na wysokość prawie 2860 m n.p.m. i według wielu źródeł jest najniebezpieczniejszym na świecie. Panuje tam zmienna jak w kalejdoskopie pogoda. Połączenie wysokości z aurą daje piękny przepis na… no właśnie. Na sukces, bo sukcesem jest tam wylądować. Można czekać i czekać i czekać, aż przyjdą odpowiednie warunki, albo się nie doczekać. Ja na ten luksus nie mogłem sobie pozwolić i wybrałem pakiet heli, czyli śmigłowiec. Z Kathmandu śmigłem do Lukli i na powrocie z Namche Bazaar przez Luklę do Katmandu w ten sam sposób. Szybko i sprawnie i to był bardzo dobry wybór. Sam lot helikopteremnie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia z wyjątkiem startu. Było ok, a widoczki, w drodze do Lukli robiły robotę, szczególnie kiedy na horyzoncie pojawiały się himalajskie szczyty i dostrzec można było najwyższą z gór. 

Namche Bazaar

Namche Bazaar to mała miejscowość położona na wysokości 3440 m n.p.m., gdzie znajdowała się meta maratonu. Właśnie tam doznałem pierwszych objawów choroby wysokościowej. Namche zdobywaliśmy marszem, drałując z Lukli przez Phakding, gdzie nocowaliśmy. Po przybyciu do hotelu strasznie rozbolała mnie głowa i przed snem wjechały dwie tabletki Ibuprofenu forte. Tak dwie! Taka sytuacja. Czułem się jakby miał solidnego kaca i nic nie pomagało. Przypomnę, że było to 2000 metrów w pionie niżej niż start maratonu. Dało mi to dużo do myślenia i wprowadziło delikatny element stresu, czy maratońskiej sraczki. W wiosce spędziliśmy noc, dzień i kolejną noc. Był to typowy przystanek aklimatyzacyjny, który dał bardzo dużo. Zasada w zdobywaniu wysokości jest taka, że na dobę nie powinno się przekraczać 500 m w pionie i to było priorytetem. O to również dbali nasi przewodnicy.  

Miasteczko nepalskie zachwyciło mnie kolorami, sklepikami i miłymi ludźmi. Było typowo nastawione na turystykę i można tam było kupić wszystko, co do wyprawy jest potrzebne. Większość stanowiły podróbki z innych azjatyckich krajów, ale były dobrej jakości. Nache Bazaar było ostatnim większym miasteczkiem, w naszej górskiej wyrypie. Ostatni raz można było tam skorzystać z bieżącej wody i wziąć ciepły prysznic nie martwiąc się na czas jego trwania.  

Gorakshep

Gorakshep dziura na pustyni. Takie miałem pierwsze skojarzenie, kiedy tam dotarliśmy. Mały hotelik, czytaj buda, z krzywą podłogą, sklepik, jaki, muły, sherpowie i wielka przestrzeń wyschniętego jeziora. Piękne i zarazem straszne miejsce, w którym dwa ibuprofeny forte okazały się za małą dawką. Żeby zasnąć musiałem wziąć trzy, a jak szedłem do wc w nocy myślałem, że jestem pijany. Nie potrafiłem iść prosto, a nie wypiłem ani kropli alkoholu. W budzie zaskoczyło mnie menu. Była pizza i to bardzo smaczna. O warunkach bytowych nie będę pisał, ale czego się spodziewać na takiej wysokości i to na końcu świata? Dodam, że kołdry zmieniane były chyba raz w sezonie, ale miałem swój śpiwór, którego nie zawahałem się użyć. To miejsce miało swój urok i specyficzny klimat. Było również miejscem, z którego pomaszerowaliśmy dziarskim krokiem na szczyt Kala Pattar wznoszący się na wysokości 5623 m n.p.m. To najwyższe miejsce, podczas trekkingu, które osiągnęliśmy. Maszerowaliśmy jak gang emerytów po przejściach, których płuca skurczyły się do wielkości orzeszków. Brakowało tlenu i było to przerażające. Gorakshep było naszym ostatnim przystankiem przed Everest Base Camp, gdzie pod namiotami spędzaliśmy ostatnią noc przed startem. Wrażenie na nas zrobili lokalni biegacze, którzy za nic mieli wysokość i wychodzili na trening, jak gdyby nigdy nic.

To rozgrzewka, w której w kilku słowach opisałem miejsca, z którymi kojarzyć będzie mi się Nepal i 80 trekking. W kolejnych wpisach wrzucę część sportową – maratońską oraz kilka luźnych przemyśleń i wspomnień z nepalskiego szlaku. Milej lektury i bądźcie czujni jak ważki.

Życie albo jest śmiałą przygodą, albo niczym – Helen Keller 

2025-06-22T09:43:51+02:0022/06/2025|Podróże|