Everest Marathon – dzień jak co dzień

W środowisku triathlonistów popularna, od kiedy pamiętam, przewijała się grafika składająca się z ikonek: pływaka, kolarza i biegacza oraz łóżka i posiłku. Wszystko to okraszone było tekstem train, eat, sleep, repeat. Mniej więcej w taki sposób wyglądał nasz trekking, który rozpoczęliśmy w Lukli i zakończyliśmy w Everest Base Camp. Train w tym przypadku oznaczało długi kilku godzinny marsz i to pod górę. Tak wyglądał nasz dzień, który z jednej strony nie różnił się od kolejnego, ale z drugiej niósł coś zupełnie nowego. Było ciężko, ale epicko. Zapraszam do lektury. 

D, jak Diuramid 

Każdy dzień zaczynał się od połknięcia połowy tabletki Diuramidu. To lek, którego opis pozwoliłem sobie skopiować z mądrej strony, a brzmi on tak: 

Diuramid zawiera w swoim składzie substancję acetazolamid, który jest inhibitorem anhydrazy wędlanowej. Zahamowanie tego enzymu w kanalikach nerki prowadzi do zwiększenia wydalania sodu i wody, a zatem działa moczopędnie. Hamuje on również anhydrazę węglanową w obrębie ośrodkowego układu nerwowego, co opóźnia nieprawidłowe wyładowania neuronów. Ponadto acetazolamid zmniejsza ciśnienie wewnątrzgałkowe w oku, poprzez redukcję ilości wytwarzanej cieczy wodnistej w gałce ocznej. 

Do skutków ubocznych zaliczyć można między innymi: biegunkę, zaburzenia czucia w kończynach (parestezje), zaburzenia słuchu lub szumy uszne, utratę apetytu, zaburzenia smaku, nudności, wymioty, częste oddawanie moczu, bóle głowy, zawroty głowy, uderzenia gorąca, depresja, sporadycznie senność i dezorientację, zmęczenie, drażliwość, zmniejszenie popędu seksualnego, przemijającę krótkowzroczność, reakcje nadwrażliwości (np. obrzęk twarzy, warg, języka, gardła, powodujący trudności w oddychaniu lub przełykaniu), pokrzywka, nadwrażliwość na światło, niewydolność wątroby (żółtaczkę, ciemne zabarwienie moczu i odbarwienie stolca), kolkę wątrobową i nerkową… 

Nadmienię tylko, że każdy dzień kończył się w podobny sposób, czyli połknięciem połowy tabletki dla poprawy sylwetki… Smacznego, a raczej na zdrowie! 

Całe szczęście ze skutków ubocznych dopadły mnie tylko delikatne parestezje i sikanie co chwilę, ale czego się spodziewać, jak musiałem pić nawet po 5-6 litrów dziennie. Wszystko to w obawie przed chorobą wysokogórską, której widmo czaiło z każdym pokonywanym w pionie metrem. I w końcu mnie dopadło, w lekkiej formie, ale dopadło. Dodam, że lek trzeba było zażywać codziennie zaczynając od wylotu z Warszawy do Kathmandu, aż do powrotu do stolicy Nepalu. Łącznie od 18 do 30 maja. Chwilę więc to trwało.  

Rutynowa rutyna 

Wracając jednak do bardziej przyziemnych rzeczy, czyli trekkingu, a raczej rozkładu dnia. Siku czy kupę robiło się do dziury, a papier, którym podcierało się zadek wrzucało do śmietnika. Nie do dziury. To, co wyleciało z jelit spłukiwało się wodą z beczki. Kanalizacji tam nie ma. I trzeba było o tym pamiętać. Po umyciu się w zimnej wodzie, jak była, jedliśmy śniadanie. Zazwyczaj około godziny 7:30. Były tosty z dżemem, coś na wzór kaszy manny, często pieczone ziemniaki, jajka i miód. Całkiem smaczne i zapychające. Do tego nieskończona ilość kubków herbaty czy kawy, którą jednak radykalnie ograniczyłem. Dopiero później można było ruszać w tango.

Oczywiście po wcześniejszym napełnieniu wodą 1,5 litrowego camel backa oraz 700 ml bidonu, w którym rozpuszczałem izotoniki. Do tego często i gęsto w plecaku lądowała butelka coli i czekolada. Dlaczego? Żeby brzuszek działał, jak należy, a kupka nie była zbyt luźna. Wiadomo, jak z florą bakteryjną bywa w takich egzotycznych miejscach, poza tym należało pamiętać o skutkach przyjmowania diuretyku. Twarz, uszy, szyję trzeba było koniecznie przed wyjściem nasmarować kremem z filtrem, najlepiej 50. Promieniowanie UV na tych wysokościach wynosi 11+. U nas, nad morzem jego wartość zazwyczaj oscyluje w okolicy 4. Jest więc bardzo odczuwalna różnica. Słońce pali, nie opala.  

Marsz, marsz Polonia 

Po zjedzeniu śniadania, załadowaniu Diuramidu, napełnieniu bidonów ruszaliśmy w nieznane. Najpierw z Lukli do Namche Bazaar, następnie do EBC. Ta wiodła szlakiem naszego maratonu, więc z dnia na dzień dowiadywaliśmy się co będzie nas czekać i z kilometra na kilometr nabieraliśmy coraz większego respektu do startu. Raz, że wysokość robiła robotę, a dwa, że trasa wcale nie była z górki. Nawierzchnia była różna. Bardzo mało znajdywało się przyjemnych biegowych odcinków, gdzie można było luźniej puścić nogę. Jeżeli tak można oczywiście napisać o poruszaniu się w przedziale 3400 – 5400 m n.p.m. Wszędzie znajdowały się kamloty, kamienie, kamulce, kamyczki, schody czy korzenie które czekały, żeby się o nie spektakularnie wyłożyć. W drodze sprawdzały się kijki trekkingowe i praktycznie wszyscy ich używali. Odciążały plecy i ułatwiały pokonywanie wzniesień.  

Podczas marszu co jakiś czas się zatrzymywaliśmy, żeby uspokoić oddech i najnormalniej na świecie odpocząć kosztując się obłędnymi widokami. W naszych górach takie odcinki łykałoby się na raz, ale nie tu. Powyżej 3500 m życie toczyło się inaczej, a oznaką naszej słabości i nieprzystosowania do wysokości byli Szerpowie mijający nas jak furmanki. Każdy z nich obładowany był pod korek torbami i innymi pakunkami. Kursowali góra – dół, góra – dół, radośnie puszczając muzę z JBLów. Na nogach większość nosiła dziurawe adidasy, niektórzy klapki. Dawało to do myślenia i idealnie pokazywało, w jakim stopniu jesteśmy przystosowani do egzystowania na takich wysokościach. 

W skład marszowej rutyny wchodziły rozmowy o wszystkim i o niczym, kontemplacja, rozmyślanie o życiu, problemach, fotografowanie kolejnych szczytów, w tym chowającego się za chmurami Everestu oraz baczne nasłuchiwanie odgłosów nadciągających z przeciwka jaków. Przejście karawany tych zwierząt zapowiadał donośny odgłos dzwonków oraz okrzyk JAK! JAK! JAK! Słysząc te dźwięki należało jak najszybciej znaleźć bezpieczne miejsce znajdujące się po przeciwnej stronie przepaści, wcisnąć się w jakąś szczelinę czy wejść wyżej. W innym przypadku stado mogło nas staranować, przeczołgać po glebie i strącić w dół.  

Po kilku kilometrach marszruty, zazwyczaj w połowie dystansu, zatrzymywaliśmy się na obiad. Nasi kucharze ogarniali temat jedzenia a my raczyliśmy się makaronem, ryżem, ziemniakami, surówką i od czasu do czasu zupą. Do tego wjeżdżał sok lub herbata. Ja kupowałem jeszcze colę. Całość kończyła się kilkunastominutową drzemką, której koniec oznajmiał gwizdek naszego przewodnika. Należało jeszcze tylko uzupełnić bidony, zasznurować buty i udać się w dalszą drogę do bazy noclegowej. Tam czekały kolejne pytania, zagadki i niespodzianki, których ilość rosła wraz z wartością metrów nad poziomem morza.  

220V pod prysznicem i na kacu 

Docierając do noclegowni, bo chyba takie słowo najlepiej opisuje miejsca, gdzie udawaliśmy się w objęcia morfeusza, zastanawiały nas trzy tematy. Pierwszym była dostępność prądu do ładowania komórek i innych urządzeń. Drugim – wifi. Trzecim możliwość skorzystania z ciepłej wody. O ceny, które rosły z każdym postawionym w górę krokiem, mało kto się pytał. Dla przykładu butelka wody w Kathmandu kosztowała 20 NPR (~0,55 zł), a w Gorakshep już 500 NPR (~13,5 zł). Net oscylował w granicy 1200 NPR (~32 zł) Oczywiście ładowanie komórek, powerbanków też kosztowało, ciepła woda – jeżeli była – również, a to nie są tanie rzeczy. Szczególnie tam, wysoko, gdzie poziom tlenu wynosi około 50%, a saturacja spada poniżej 80% i wszystko trzeba wnieść na własnych plecach, lub dostarczyć jakiem. 

Na miejscu, po zdrapki, pod którymi krył się kod do wifi, wszyscy rzucali się jakby było to złoto. Do gniazdek z 220 V również, gdyż ich ilość była ograniczona, a kto nie naładował komórki przed kolejnym dniem miał problem. Próżno było ich szukać w pokojach. Znajdowały się jedynie przy barze. Mniejsze kolejki ustawiały się do prysznica czy wiadra z ciepłą wodą, szczególnie w ostatnich dniach wyrypy, kiedy poziom obojętności sięgnął zenitu. Wtedy mokre chusteczki robiły robotę i stawały się lekiem na całe zło. Było to o tyle dobre, że czym wyżej tym węch stawał się coraz słabszy. 

Po ceremonii internetowo elektrycznej wjeżdżała kolacja. Zawsze na ciepło. Były to podobne rarytasy, jak na obiad, ale mało kto wybrzydzał i każdy wciskał na siłę co się dało w skurczone od wysokości żołądki. O połowie tabletki Diuramidu nie wspomnę, bo o tym było na początku.  

Następnym programem było nadrobienie internetowych zaległości, jeżeli był dobry sygnał. Finał wieczoru, zazwyczaj następował chwilę po godzinie 20. Wtedy każdy grzecznie maszerował do pokoju, gdzie w łóżku, najpierw pod kocem czy kołdrą, później w śpiworze kładł się do snu. Błogiego, cudownego, relaksującego i regenerującego, ale przerywanego częstymi wizytami w toalecie, kiedy diuretyk dawał o sobie znać. To jednak był jeden z najmniejszych problemów. Gorszy natomiast był KAC. Z angielskiego AMS, czyli acute mountain sickness. To nic innego, jak ostra choroba wysokościowa. 

Pozwolę sobie wkleić informacje ze strony Roberta Szymczaka z firmy MedEVEREST, który pomagał mi w ogarnięciu medycznych wysokościowych tematów. Jeżeli ktoś z czytelników miałby ochotę wybrać się w wysokie góry z czystym sumieniem i ręką na sercu polecam Roberta, jako fachowca najwyższej klasy. Robert – dzięki raz jeszcze! 

Choroby związane ze zmniejszająca się dostępnością tlenu na wysokości to: Ostra choroba górska, wysokościowy obrzęk mózgu oraz wysokościowy obrzęk płuc. Jeżeli jesteś na wysokości powyżej 2500 m n.p.m., boli ciebie głowa i całkowity wynik skali AMS dla pozostałych objawów jest 3 lub więcej to znaczy, że masz Ostrą chorobę górską. Co robić?   

Masz teraz przez 24 godziny zakaz wchodzenia wyżej. W tym czasie odpoczywasz i zażywasz leki przeciwbólowe, przeciwwymiotne, nawadniasz się, odpoczywasz i obserwujesz swój organizm. Jeżeli w ciągu doby objawy ustąpią możesz kontynuować wspinaczkę, jeśli nie, to zapraszam do zejścia niżej o 500 – 1000 m. Spędź niżej przynajmniej jedną noc, do czasu aż powróci dobre samopoczucie. W sytuacji, gdy zejście jest niemożliwe, a objawy pogarszają się, kontynuuj leczenie i organizuj akcję ratunkową.

źródło: https://poznajnepal.pl/blog/choroba-wysokosciowa-a-aklimatyzacja

Zamiast więc spokojnie spać i odpoczywać mierzyliśmy się z wołającym co chwilę pęcherzem oraz pulsującym bólem w głowie. Pierwszej nocy na wysokości > 3400 m n.p.m. wjechały dwa ibuprofeny forte (2 x 400 mg), a na > 5100 już trzy (3 x 400 mg). Bez tego nie mogłem zasnąć. To dawka końska, szczególnie dla osoby, która nie spożywa leków przeciwbólowych, a u dentysty nie korzysta ze znieczulenia. Oczywiście miałem jeszcze mocniejsze leki, ale po kontakcie z Robertem zostałem przy Ibuprofenie. Według moich skomplikowanych obliczeń zdobyłem między 6 a 7 punktów. Podkreślę, że wysokość, o której mówię wynosiła tylko > 5500 m n.pm! Nie chcę wiedzieć, co dzieje się w strefie śmierci powyżej 8000 m.  

Tak wyglądał każdy dzień. Train, eat, sleep, repeat… Łącznie ponad 80 km marszu i ponad 6300 metrów przewyższeń, a na deser? Na deser najwyżej rozgrywany maraton na świecie. Jeżeli więc ktoś myślał, że trekking pod EBC to rurki z kremem i spacer, ten grubo się myli. To solidny prawie dwutygodniowy łomot, który najlepiej zakończyć biegiem na królewskim dystansie. Z górki na pazurki 

Świat jest jak książka. Ci, którzy nie podróżują, czytają jedynie pierwszą stronę – św. Augustyn 

2025-06-24T19:26:05+02:0024/06/2025|Podróże|