Najważniejsza przed maratonem nie jest ostatnia noc, ale ta wcześniejsza. W przypadku startu pod Everestem, miała miejsce w Gorakshep na wysokości 5146 m n.p.m. i była tragiczna. Problem rozwiązało dopiero połknięcie 3 tabletek ibuprofenu forte, czyli 1200 mg tej jakże pożytecznej na wysokości substancji. Kolejną, przedstartową, spędziłem jeszcze wyżej, bo 5364 m n.p.m. i to w namiocie. Rano zawiązałem buty, ubrałem plecak i ruszyłem w 42 km bój. Z górki na pazurki, ale tylko w teorii, bo w praktyce uzbierało się ponad 1000 m w górę. Jak się biegało? Zapraszam do lektury.

Kto się wyspał, ten jest zdrowy
Męczę ten temat straszliwie, ale kto się trochę ścigał, ten wie jak ważny jest to element. Przed startem nie spałem dobrze ponad 10 nocy i nie jest to usprawiedliwienie, ale fakt, który utwierdza jakim ciężkim biegiem jest Everest Marathon. Maszerując ponad 80 km przez ponad 10 dni nie ma szans być wypoczętym, wyspanym, zregenerowanym czy porządnie najedzonym. Człowiek jest wypruty i wymiętolony i marzy o gorącym prysznicu i ciepłym wyrku, a musi jeszcze zrobić to, po co tu przyjechał. Właśnie ta myśl i psychiczne nastawienie na walkę, na zrealizowanie celu pcha go w dół i kasuje w głowie wszystkie myśli i problemy, z których tylko małą część wymieniłem wyżej.

EBC – Everest Base Camp
EBC to miejscówka, czy raczej obóz namiotowy, gdzie zlokalizowany był start do maratonu. Doszliśmy tam w środę i po ogarnięciu się, najedzeniu, ogarnięciu się i odprawie technicznej mogliśmy iść spać do namiotu. Po zajściu słońca, w środku naszego M2, który zajmowałem z Robertem, zrobiło się zimno. Myślę, że było na lekkim plusie, bo płyny nie zamarzły, czego nie można powiedzieć o kałużach znajdujących się na zewnątrz. Noc minęła szybko. Nie powiem, że się wyspałem, gdyż tradycyjnie kursowałem na stronę pozbyć się zawartości pęcherza, a dodatkowo Robert kierując swoje kroki w miejsce, gdzie król chodzi piechotą, zapomniał zapiąć przedsionka. To sprawiło, że temperatura wewnątrz namiotu momentalnie spadła o kilka kresek i trzeba było się dozbroić w spodnie i kolejną bluzę.

Poranek przywitał nas wschodzącym słońcem i rześkim, wysokogórskim powietrzem. W końcu nastał długo wyczekiwany dzień i można było skoncentrować się tylko i wyłącznie na biegu. Na śniadanie zjadłem kisiel, kawałek tostu z dżemem, żel i wraz z innymi zawodnikami stanąłem na linii startu. W międzyczasie dowiedziałem się, że trzeba się odhaczyć u sędziego, więc dając znaki rękoma oraz wskazując na mój numer startowy, dopełniłem procedury startu.

Nogi dreptały w miejscu, łokcie szukały miejsca wokół, a uszy wyczekiwały sygnału start. Atmosfera była napięta, jak plandeka w żuku i w końcu po krótkim odliczaniu ruszyliśmy do Namche Bazaar, gdzie zlokalizowana była meta biegu. Przypomnę, że nepalska wioska usytuowana była na wysokości 3440 m n.p.m., czyli trasa biegu jakby nie patrzeć, wiodła w dół. Teoretycznie oczywiście, bo najeżona była wieloma podbiegami i podejściami, których pokonanie na tej wysokości, jest ogromnym wyzwaniem.
Z górki na pazurki
Jak się biegło? Biegło? No nie. Biegiem tego nazwać nie można. Pierwsze kilometry były walką o przetrwanie. Bitwą o każdy oddech i krok. O to, żeby nie zlecieć w dół, nie skręcić nogi, nie wywalić się i nie zrobić sobie krzywdy. Wszystko to w tłumie, na paskudnej, wymagającej nawierzchni i na wysokości ponad 5000. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że będzie taki hardcore.

Płuca paliły, w głowie się kręciło, a słońce dobijało. Cudownie. Zapowiadała się solidna wyrypa. Starałem się truchtać, gdzie mogłem i nie przechodzić do marszu, co było wyzwaniem. Biegłem za kimś, ktoś biegł za mną. Było ciasno i wąsko. Szukałem Roberta, ale zamiast niego na plecach siedział mi inny zawodnik z Polski, którego spotkaliśmy kilka dni wcześniej na trekkingu. Miał swojego sherpę, który biegł dźwigając ogromny plecak. Kolega Serguisz, bo tak miał na imię, siedział tu od początku maja, więc był o niebo lepiej zaaklimatyzowany niż ja. Cisnęliśmy (żart) więc razem dysząc jak lokomotywy. (Edit) Poruszaliśmy się do przodu dysząc jak lokomotywy.

W głowie starałem się podzielić trasę na małe fragmenty, które pamiętałem z trekkingu. Niestety mój umysł nie funkcjonował, jak zawsze i podczas biegu. Nie potrafiłem odwzorować większości miejsc, którymi maszerowaliśmy. Trasa była wymagająca. Początek to trochę ekspozycji, gdzie szczególnie trzeba było uważać, a dalej skały, kamienie, kamloty i szuter. W pewnym momencie, biegnąc z zawrotną prędkością ~6’/km zaliczyłem spektakularną glebę zdzierając dłonie do krwi. Wystarczyła krótka chwila dekoncentracji, żeby zrobić sobie krzywdę. Krew sączyła się z dłoni, a ja w biegu starałem się ją zatamować. Przypomnę tylko, że cały czas brałem leki na rozrzedzenie krwi, więc każdy upadek niósł ze sobą większe niebezpieczeństwo, niż miałoby to miejsce u nas, na nizinach.

Cały czas coś się działo. Przez kilka kilometrów biegłem z Belgiem, z którym całkiem fajnie się współpracowało. Dawaliśmy sobie zmiany, ostrzegaliśmy się wzajemnie na trudniejszych fragmentach i było GIT. Niestety pomyliliśmy trasę i zamiast pobiec prosto drogą, odbiliśmy w dół. Zegarek na początku nie krzyczał, że zeszliśmy z kursu, ale mi coś nie grało. Jak stanąłem zorientowałem się, że nie jest dobrze, a droga, którą biegniemy prowadzi w zupełnie innym kierunku. Odwróciłem się w lewo i zobaczyłem stadko biegaczy, którzy poruszali się właściwym szlakiem. Wtedy dopiero obudził się Gremlin i trzeba było na przełaj, pod górę wracać na szlak. Na tym krótkim, myślę, że straciłem między 4 a 5 minut i minęła nas spora grupka osób, której dogonić niestety nie zdołałem. Było w niej kilku białasów z kategorii “Foreigner” w której chciałem powalczyć o podium. Cóż. Bywa i tak.

Upadek, sącząca się krew z dłoni, zmylenie trasy i solidne zmęczenie wybiły mnie z rytmu, a to dopiero był początek. Jakoś zebrałem się w garść i ruszyłem swoim tempem. Pod górki maszerowałem szybkim krokiem, na płaskich odcinkach starałem się jak najwięcej truchtać, a na zbiegach – gdzie była możliwość, puszczać luźniej nogi. Różnie to wychodziło. Śmiesznie robiło się na drogach, na których poruszały się jaki. Tam trzeba było kombinować, jak je wyminąć czy obejść. Jaki, tak jak my, poruszały się w dół, więc nie znając zwyczajów tych zwierząt nie wiedziałem, czy nie dostanę z kopa czy z rogu przy próbie wymijania i bezczelnego wbijania się w stado. Okazało się, że jednak najprostszym sposobem, było właśnie przebiegnięcie między zwierzętami. Pokazała mi to nepalska biegaczka, która jak gdyby nigdy nic, wbiła się w stado i przebiegł przez jego środek. Zrobiłem tak samo, ale kiedy koleżanka została z tyłu, a ja ruszyłem mocniej, kolejną grupę zwierząt obiegłem wdrapując się kilka warstwic wyżej. Nie było więc nudy i cały czas coś się działo.

Starając się przypomnieć trasę, doszedłem do momentu okolic 17 km, skąd należało pobiec do nawrotki i dalej do półmetka. Była to wioska Dingboche i w niej ostatni raz, kilka dni wcześniej, miałem kontakt z ciepłą wodą. Miejscowość znajdowała się na wysokości około 4500 m n.p.m. Kombinując jak koń pod górę skupiłem się więc na odcinku wioska – nawrót – wioska. O tyle był on fajny, że mogłem ocenić, który jestem w klasyfikacji oraz przybić piątki znajomym z naszej trekkingowej trasy. Taka drobnostka zawsze umiliła bieg i nadała jemu trochę kolorytu. Był to również świetny pomysł dla zmęczonej głowy, która mogła chociaż na kilkadziesiąt minut skupić się na czymś innym. Poza tym z półmetka, do mety pozostało tylko 21 km, co znacznie przybliżało mnie do gorącego prysznica, porządnego jedzenia, miękkiego wyrka i zimnego piwa.

Odcinek od Dingboche do nawrotki, który podczas trekkingu okazał się całkiem prosty, finalnie taki nie był. Niby był płaski, mocno biegowy, ale jednak była tam solidna wyrypa i cały czas trzeba było uważać. Jak nie na skały to na kamienie, krzaki i innych biegaczy, którzy zmęczeni dystansem, wysokością nie kleili rzeczywistości, podobnie jak ja. Nepalczycy gnali, ale Foreignersi nie. Oni poruszali się mozolnie do przodu.
Doliczyłem się, że biegnę na 6 albo 7 pozycji, z nie Nepalczyków oczywiście, ale nie byłem pewien. Byłem solidnie przeorany. Wysokość, słońce i zmęczenie robiły swoje. Drałowałem od 3 godzin i 7 minut, a byłem dopiero na wysokości około 4500 m n.p.m. Zawartość tlenu w powietrzu wzrosła do około 57%, a do mety pozostał kawał drogi, w tym dwa bardzo wymagające podejścia, które wiedziałem, że mnie sponiewierają i to bardzo solidnie. Najważniejsze, że do mety miałem już bliżej niż dalej. Jedyne 21 km…
Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko rzeczy, których jeszcze nie próbowaliśmy – Jordan Belfort