Botanicza Pomerania

Oprócz startów w Mazury Cup, w lipcu wziąłem udział jeszcze w dwóch imprezach. Oczywiście sportowych. Ścigałem się w Pomerania Summer Trail oraz w Botanicznej Piątce. Razem zemną swoje biegowe wyścigowe kroki stawiał Olaf, który nie może doczekać się kolejnych zawodów i z wielką radością staje na linii startu. Zarówno z Pomeranii, jak i z Botanicznej wróciłem z tarczą i jestem zadowolony z uzyskanych wyników. To były dobre starty 

Pomerania Summer Trail 

W Nadolu, gdzie rozgrywana była letnia edycja Pomeranii, pojechałem z dwoma założeniami. Pierwszym było wejść w kategorię wiekową i najlepiej ją wygrać, drugim zrobić to jak najmniejszym kosztem, gdyż czułem już w nogach 5 ostatnich startów, w których miałem przyjemność wziąć udział w przeciągu ostatniego miesiąca. Dwa maratony w tym jeden pod Everestem, 10 dniowy trekking, 2:59 na Spitsbergenie oraz 3-dniówka na Mazurach wywarły jakieś piętno na organizmie. Młodszy wszak się nie robię i coraz bardziej czuję takie wybryki. Dodatkowo w piątek świętowaliśmy z przyjaciółmi moje 45 urodziny, więc noc była zbyt krótka by się wyspać. Nie biorę tego za wymówkę, ale jak zawsze racjonalnie podchodzę do tematu i chłodno kalkuluję. Wiem na co mnie stać i na co mogę sobie pozwolić.  

W tygodniu, nazwijmy go startowym, zrobiłem kilka fajnych treningów. Jeden z 1 km podbiegiem i 1 km zbiegiem, który solidnie mnie sponiewierał. Drugi z mapą i kompasem po wejherowsko redzkich górkach. Ciekawy był ten pierwszy, gdyż na ostatnich 100, może 200 m ze zmęczenia bolały, a raczej piekły mnie przedramiona oraz dziąsła. Kocham ten stan, kiedy jedzie się pod korek, a wskazówka pokazuje 110% mocy. Pobiegłem też rozbieganie z rytmami i w niedzielne przedpołudnie stanąłem na kresce wraz z licznym gronem zawodników runpassion.pl TEAM.  

Trasa rozpoczynała się około 2 km podbiegiem pod Górny zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej „Żarnowiec”. Skłamałbym jakbym powiedział, że był luz. Nogi miałem zabetonowane na amen, co wcale mnie nie zdziwiło. Czekałem na zbieg, gdzie będę mógł puścić nogi i tak zrobiłem. Pod górę z mozołem, z górki ogień na tłoki, manetka na full i całkiem fajnie to wychodziło. Pierwsza trójka była poza zasięgiem, chociaż przez prawie połowę trasy tasowaliśmy się z zawodnikiem zajmującym 3 pozycję, ale nie czułem żebym miał jakikolwiek zapas mocy, żeby się z nim ścigać. Trasa musiałaby chyba prowadzić w dół jakimiś leśnymi ścieżkami wydeptanymi przez zająca. Wtedy mógłbym powalczyć. Chłopak odszedł na podbiegu, potem dogonił mnie Adaś i zaczęliśmy grać w szachy. Adam łykał mnie na podbiegach, ja mijałem go na zbiegach. Przynajmniej nie było nudy. Dodatkowo miejsce w kategorii było niezagrożone i można było biec z większym zapasem i lekko wciśniętym hamulcem.

fot. POmerania Summer Trail

Piekielnie cieszyły mnie zbiegi, tam nabierałem takiego luzu i pewności, że w pewnym momencie, na wąskim singlu musiałem przebiec kilkanaście metrów po krzaczorach, żeby minąć Adama, który zbyt asekuracyjnie pokonywał ten odcinek trasy. Ostatni zbieg pominę. Kto wie ten wie i tak to tylko zostawię. W każdym razie dowiozłem 1 miejsce w wiekowej i co najważniejsze, nie zostawiłem zbyt dużo zdrowia. Drużynowo rozwaliliśmy system. Na podium stanęli: Ela, Radek, Jarek, Adam, Piotr i Paweł, a startowali jeszcze Michał i Robert, którzy zaliczyli również bardzo dobre wyniki. 

fot. Pomerania Summer Trail

Swoje 5 minut na zawodach miał również Olaf, który wystartował w biegu dla dzieci. Ogarnął temat, doskonale się bawił i spisał się na medal. Cieszy mnie to, że czerpie radochę ze sportu, chociaż nie sądzę żeby rozumiał o co w nim chodzi. Najważniejsze, że chce, nie ma oporów i lubi to. Często się pyta, kiedy pojedziemy na kolejne biegi i będzie mógł startować z dziećmi albo dostanie mapę i poszuka punktów i zwierzątek.

Botaniczna Piątka

 Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby po raz trzeci wystartować w Botanicznej Piątce. Pewnie trasa, która potrafi sponiewierać, miejsce które jest fantastyczne do biegania oraz intensywność, na którą trzeba wejść żeby pobiec tam przyzwoite zawody. Najbardziej potrzebowałem tego ostatniego.  Szczególnie, że zaraz czekają mnie 4 dni biegania z mapą i kompasem w Górach Sowich. 

Trasa biegu ma niecałe 5 km i składa się z dwóch pętli. Najprościej mówiąc trzeba wbiec na górkę serpentynami i zbiec w dół i tak dwa razy. Reszta to otoczka. Łącznie w górę i w dół jest około 84 m, niby mało, ale z drugiej strony sporo. W każdym razie jest co robić. W tygodniu startowym zrobiłem dwa fajne akcenty. Pierwszym była zróżnicowana siła biegowa, której nie robiłem od dawien dawna oraz zabawa biegowa na 4×5’ na crossie. Oprócz tego rozbieganie z rytmami, czyli jakby nie patrzeć startowałem na zmęczeniu, co szczególnie czułem w nogach. Taki był jednak zamysł, żeby dać sobie jeszcze w kość przed Sudetami, które chciałbym pobiec mocno fizycznie i mam nadzieję w miarę czysto technicznie.  

Po rozgrzewce ustawiłem się grzecznie na starcie. Rozejrzałem się wokoło, przenalizowałem zawodników i doszedłem do wniosku, że w najgorszym przypadku będę 1 w kategorii wiekowej, w najlepszym wejdę w trójkę open. Idealnie. Ruszyliśmy mocno. Oczywiście w pierwszej linii stanęło wiele osób, które powinny stanąć dalej, były typowymi zawalidrogami, więc przez pierwsze 50 m było trochę lawirowania i wymijania. Czterech czy pięciu chłopaków poszło od razu bardzo mocno do przodu. Popatrzyłem, oceniłem ich wiek, sposób poruszania się i po moich chłodnych i rzetelnych kalkulacjach doszedłem do wniosku, że do mety powinienem przybiec na trzeciej pozycji. Po pierwszym nawrocie i wbiegnięciu na podbieg serpentynami byłem tego pewny. Na 1 czy 2 miejsce nie było szans. Pewnie gdybym był w świeższej dyspozycji pokusiłbym się o walkę o srebro, ale nie tym razem. Puściłem więc chłopaków, a raczej oni puścili się przede mną i zacząłem wdrapywać się pod górę. Na odcinkach, kiedy widziałem goniącego mnie rywala starałem ocenić się jaką musze obrać taktykę na dalszą część wyścigu. Postanowiłem mocno wbiec na górę, przycisnąć w dół i zobaczyć, ile mam przewagi wbiegając na drugie okrążenie.  

Biegło się ciężko. Czułem się mocno umęczony. Fizycznie nogi miałem zawalone, temperatura i wilgotność nie pomagały, a pierwsza – bardzo intensywna pętla zrobiła również swoje. Wiedziałem jednak, że mam dużą przewagę i nie muszę się spieszyć. Oceniłem, że czwarty biegacz ma do mnie około 150, może 200 m, czyli jest bardzo daleko. To samo potwierdziła Iwona, która z Olafem dopingowała mnie na trasie. Wbiegając na serpentyny nie widziałem za mną przeciwnika i spokojnie wkulałem się na samą górę. Bez pośpiechu i z pełną kontrolą. Zbiegłem luźno i niezagrożony, na 3 pozycji minąłem linię mety osiągając czas 20:29. Zwycięzca, który jest 12 lat młodszy ode mnie, uzyskał czas 19:04, drugi zawodnik, młodszy o 23 wiosny, przybiegł 8 sekund później. Rok temu, na wiosnę uzyskałem czas 20:25, a na jesieni 2022 pokonanie trasy zajęło mi 21:28.  

Po ceremonii dekoracji nadszedł najważniejszy moment imprezy, czyli start Olafa, który do pokonania miał 150 metrów. Ogarnął temat wyśmienicie i przybiegł w doskonałej formie mijając linię mety z uśmiechem na twarzy. Ani razu nie zatrzymał się i cisnął, aż się za nim kurzyło. Bardzo mu się podobało, a medal z dumą zawisł na jego szyi. To jednak nie koniec, gdyż w swojej grupie wiekowej zajął 3 miejsce, tak jak tata. Do domu wróciliśmy więc z trofeami w świetnych humorach. To były bardzo dobre zawody.  

Ten, kto zwycięży siebie, jest największym wojownikiem – Richard Kim 

2025-07-28T11:24:10+02:0028/07/2025|Motywacja, Starty, Trening|