Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie, tak mówi polskie przysłowie, z którym muszę się zgodzić. Plan był taki, że puszczam SIEDEM, moją nową książkę, przed Świętami Bożego Narodzenia, żeby mogła wjechać pod choinkę, ale niestety nie uda się. Planowana publikacja nastąpi w połowie stycznia, pewnie dopiero po moim powrocie z urlopu, ale mam nadzieję, że owoce gorzkiej cierpliwości będą słodkie.
Na zachętę, zamieszczam recenzję Tomka Galińskiego, dziennikarza, konferansjera, spikera sportowego, prywatnie dobrego kolegi, który jako jeden z pierwszych miał przyjemność zapoznać się z treścią książki. Oprócz recenzji wjeżdża również fragment rozdziału opisującego końcówkę maratonu, który biegałem w piekarniku na malowniczej wyspie Curacao. Podczas biegu zgubiłem żel, miałem prawie czołówkę z ciężarówką, uciekałem ratownikom medycznym i traciłem kontakt z rzeczywistością… Działo się.
Na początek jednak dwa słowa od Tomka.
Jeśli marzysz o niezwykłej przygodzie maratońskiej w niezwykłym miejscu, to potraktuj tę książkę jako przewodnik. Jeśli potrzebujesz prawdziwych emocji, które mają Cię nakręcić do biegania, to potraktuj SIEDEM jako znakomite motywacyjne wsparcie. Wyszedłem na spacer po przeczytaniu pierwszego rozdziału…po kolejnych wyszedłem na marszobieg. Dzięki SIEDEM wróciłem do biegania po kilkunastu miesiącach przerwy – Tomasz Galiński, dziennikarz, konferansjer, spiker sportowy, domety.pl
Maraton w piekarniku
Na 15 km zostałem sam. Nie mogłem utrzymać marnych 4’00/km i puściłem Holendra do przodu. Trzecia piątka wyszła tak: 3’53, 4’04, 4’05, 4’35, 4’29.
Na 16 km na zbiegu puściłem nogi, ale 3’45 osiągnięte w straszliwym dyskomforcie pokazało mi dokładnie, gdzie znajduje się moje miejsce w szeregu. Dobiegłem do półmetka i jak mi później Iwona i Sylwek powiedzieli, wyglądałem, jak zombie. Zdychałem, a miałem do pokonania jeszcze 21 km. Nawet nie sprawdzałem czasu na półmetku, dopiero po biegu zobaczyłem, że zegarek pokazał 1:26:21. Priorytetem stało się więc dowiezienie drugiego miejsca, a czas spadł na dalszy plan, szczególnie że robiło się coraz cieplej. Kolejne km wychodziły między 4’15 a 4’20, a podbiegi pod most ostro mnie sponiewierały. Maraton zbierał żniwo i oddzielał ziarna od plew. Eliminował słabe jednostki i bawił się ze mną jak z juniorem.
Biegnąc dalej, skupiałem się, żeby znaleźć na ulicy żel, który wypadł mi po drodze i chyba w okolicy 28-29 km udało mi się. Podniosłem go z ulicy i miałem zapas prądu na ostatnie km, które okazały się bardzo wymagające. Po drodze miałem takiego dzwona, że pomyliłem ponownie trasę. Sam nie wiem jak do tego doszło. Zamiast biec oznakowaną trasą przeskoczyłem przez barierki i wbiegłem na autostradę pod prąd zaliczając (prawie) czołówkę z ciężarówką. Zabezpieczający skrzyżowanie policjant stojący po drugiej stronie bariery oddzielającej pasy ruchu widząc to prawie połknął gwizdek. Cóż, Polak potrafi!!! Musiałem więc stanąć, przeciąć pas ruchu, przejść przez barierę i wrócić na trasę. Lekko nie było. Ostatnie kilometry były walką o przetrwanie. Czułem oddech zbliżających się Walkirii i w oddali widziałem tęczowy most. Za nim czekał na mnie Odyn z pozostałymi bogami Walhalli. Swoim jednym okiem przyglądał się z oddali, ale doskonale wiedział, że to nie ten dzień, w którym napijemy się piwa i zasiądziemy przy stole, czekając na Ragnarok.

Miałem ciarki na potylicy, byłem odwodniony, mimo że wypiłem bardzo dużo płynów po drodze i wciągnąłem dwie kapsułki elektrolitów. Temperatura zrobiła swoje. Dostałem kopa pod wątrobę, sierpowy podbródkowy i czekałem na nokaut, który był tylko kwestią czasu, gdyż sędzia rozpoczął już odliczanie.
Gdy kończyłem bieg, wystartowała dycha a w niej Iwona, Sylwek i Daniel. Wiedziałem więc, że biegnę powyżej 3 godz., ale spokojnie dowożę drugie miejsce do mety. Wbiegając do leja, ktoś, chyba Iwona, podał mi flagę Gdyni i kluczyki do czołgu. Potem okazało się, że nie była to Iwona, a ja z tą flagą biegłem dalej i dalej, aż przebiegłem linię mety. Jak ją przekroczyłem to biegłem dalej i dalej. Dopiero po ponad 100 m skumałem, że coś jest nie tak i dalej biegnę jak idiota z flagą w górze w bliżej nieokreślonym kierunku. Musiałem być solidnie ujechany. Wróciłem więc po medal i poszedłem usiąść na ławkę. Zaopiekowały się mną panie z obsługi medycznej, od których dostałem napój. Bacznie obserwując moje zachowanie skumały, że jest coś ze mną nie tak i postanowiły się mną bardziej zaopiekować. Nie dałem się i uciekłem do samochodu, ale drogi do samochodu nie pamiętam. Ocknąłem się w środku. Pamiętam, że nagrałem krótki filmik, otworzyłem okna, rozłożyłem siedzenie i dogorywałem leżąc na wznak dobrą godzinę, albo i dłużej. Nawet gdy wróciła Iwona, nie było ze mną zbytniego kontaktu.
Byłem ujechany jak dziki koń po westernie. Grubo mnie ten maraton sponiewierał.
LINK DO BIEGU NA GARMIN CONNECT
Takie i inne historie znajdziecie w mojej najnowszej książce, która do sprzedaży trafi w styczniu 2026 roku. Bądźcie cierpliwi…
Cierpliwość i wytrwałość mają magiczny efekt, przed którym znikają trudności i znikają przeszkody – John Quincy Adams.