Marcowe ścigańsko 

W marcu zaplanowałem dwa starty. Pierwszym była dyszka w Poznaniu u Artiego, drugim połówka w stolicy u Marka. Pierwszy planowałem pobiec w maxa, pod korek, drugi taktycznie, żeby nie zarąbać się przed końcówką treningu do Bostonu. Wyszło po japońsku, czyli jako-tako, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Są tylko znaki, które wytyczają drogę, bo to ona jest ważniejsza niż cel i to właśnie na niej dzieje się najwięcej. Zapraszam na relację z Recordowej Dziesiątki i Półmaratonu Warszawskiego. 

Nie ma ryzyka nie ma zabawy 

Do Poznania pojechaliśmy dziką bandą, a raczej stadkiem. Było nas sporo i każdy czaił się na solidne bieganie. Trasa w stolicy Wielkopolski jest szybka i można tam naprawdę solidnie przebierać nogami, więc te bieg idealnie wszystkim pasował. Część osób, szykujących się do maratonu, startowała praktycznie z pełnego treningu, ale kilka osób leciało na świeżości, po wynik.  

Rodzinnie + Arti, kumpel z biegowych tras, dyrektor Recordowej Dziesiątki

Ja byłem w tej pierwszej grupie, a na dodatek Olaf złapał jakąś infekcję górnych dróg oddechowych, którą się podzielił. Do pełni szczęścia została moja niedoleczona kontuzja, która ciągnęła się od Biegu Urodzinowego Gdyni. Z perspektywy czasu jednak nie nazwałbym tego kontuzją, a dysfunkcją, z którą szybko i sprawnie poradziła sobie pewna niewiasta, do której przypadkowo trafiłem. Może jednak pokierował mnie tam los albo providentia? Tego nie wie nikt. Niezbadane są wyroki tego świata, wszechświata, a aura tajemniczości, która nas otacza daje często do myślenia. Wracajmy jednak na start.  

W Poznaniu było ciepło. Tak ciepło, że po wykonaniu rozgrzewki postanowiłem pobiec w koszulce na ramiączkach. Ustawiłem się na starcie w sektorze Elita, gdyż mój bardzo dobry kumpel Arti, mózg tego biegu, właśnie do tej strefy mnie przypisał. Dzięki chłopaku!  

Plan na bieg miałem prosty. Pobiec mocno, do odcięcia, pod korek i zobaczyć, ile się uda ugrać. Rok temu poleciałem z niczego 36:30, ale teraz wiedziałem, że ten wynik jest nie do powtórzenia. Nie czułem się fizycznie na takie bieganie, więc postanowiłem dać się ponieść radosnej twórczości. Co ma być to będzie, ogień na tłoki i jazda.  

Od początku biegło się topornie. Ciężko, paskudnie, niegramotnie. Męczyłem bułę i walczyłem o każdy kilometr. Nie było luzu. Infekcja robiła swoje, asymetryczna praca nóg również nie pomagała. Chciałem jak najszybciej zakończyć tą nierówną batalię i dostać się na metę. Na 5 km kliknąłem lap w zegarku i zobaczyłem czas 18:39. Szybko policzyłem, że jakbym utrzymał to tempo, zamknąłbym zegar w czasie 37:20, co byłoby i tak dobrym wynikiem. Jednakże zupełnie nie czułem tego biegu.

Przeszkadzało mi wszystko. Czułem poślad, dwójkę i bałem się, że znowu coś urwę. Na metę wbiegłem skasowany i poobijany, jakby mi ktoś kijem golfowym przywalił po nerkach. Dałem z siebie maxa i nic więcej bym nie urwał. Stoper pokazał 37:36. Z jednej strony bez szału, z drugiej patrząc na to, co biegałem w lutym i jak się czułem tego dnia, to uważam, że był to dobry czas. Średnie tętno wyniosło 181, a maksymalne 189. Średni bilans, jaki pokazał zegarek to 48,8%/51,2%. To nie był dobry znak, jednakże na poniedziałek miałem umówioną wizytę diagnostyczno-naprawczą. O tym jednak będzie w innym poście, gdyż będę musiał dłużej się nad tym pochylić. 

W poznańskich zawodach startowali jeszcze Olaf na 100 m i Iwona na 5 km.  

Warszawski sen czy sen o Warszawie? 

Do Warszawy pojechałem po solidnie przerobionym tygodniu, w którym przebiegłem 105 km, zaliczyłem trzydziestkę, siłę biegową zróżnicowaną i zacny akcent na prędkości maratonu 4 x 4 km. Były też inne jednostki, w tym zajawka treningu siły połączona z rehabilitacją. Efektem tego była ponowna reaktywacja i przywrócenie mnie do stanu używalności. Dostałem nowe życie. Fizyczne i psychiczne.  

Wracając jednak do snu o Warszawie, bo słowa tej piosenki, autorstwa Czesława Niemena, dawały sygnał do startu. Ustawiłem się między strefą 1:20 a 1:25 i czekałem na znak. Planowałem pobiec w miarę równo po 4’/km. Bez szarpania, bez fisiowania. Mocno i równo, co 5 km sprawdzając międzyczas. Początek był luźny i bardzo sympatyczny. Trochę za ciepło się ubrałem, nie potrzebnie miałem t-shirt i nałożoną na niego koszulkę startową, ale szkoda drążyć. Biegło się dobrze. Złapałem swoje tempo i trzymałem się w środku dużej grupy. Pierwsze 5 km minęliśmy w czasie 19:46, kolejne w 20:01. Dyszka więc wjechała w 39:47, czyli po 3’59. Niby było ok, ale tak nie do końca. Czułem, że biegnę i muszę się mocniej koncentrować, żeby utrzymać założone tempo. Postanowiłem trzymać rytm do 15 km, a potem chwilę zluzować. Nie miałem ochoty się zarzynać i potem cierpieć tygodnia. To nie był ten etap. Trzecia, wymęczona, piątka wyszła w 20:19 i to czułem. Lekko zwolniłem, złapałem oddech i wskoczyłem się na komfortowe tempo 4’05-07/km. Odcinek 15-20km pokonałem w 20:24 i depnąłem mocniej ostatni km. Co prawda było to na oparach, ale 3’48 wykręciłem.

Na mecie zanotowałem czas 1:24:44, czyli wyszło po 3’59/km. Zgodnie z planem. Średnie HR wyszło 176, maksymalne 186, a balans 49,5%/50,5%. Była więc ogromna różnica w mechanice i to czułem. Treningi na siłowni zaczęły oddawać.  

Z Markiem Troniną, dyrektorem warszawskiego zamieszania

To był świetny trening, który pokazał miejsce w szeregu i dał bardzo dużo odpowiedzi na wiele pytań. Cieszę się, że mogłem tam wystartować i poczuć część historii. W końcu, 20 lat temu, kiedy ten bieg debiutował na ulicach stolicy byłem tam z zawodnikami, ale z udziału wyeliminowała mnie kontuzja. W warszawskiej połówce nabiegałem też swój drugi wynik w karierze 1:12:03 pokonując ostatni km w 3’06. 

Trening zajmuje się nie obiektem, ale duchem człowieka i emocjami człowieka – Bruce Lee 

2026-04-04T10:41:59+02:0004/04/2026|Motywacja, Starty|