No nie brał. Było mocno, praktycznie zerojedynkowo i konkretnie. Tak, jak lubię. Bez zbędnych ruchów. Koncentracja na zadaniu, łokcie nisko, garda, koncentracja i jazda z tematem. To był wyjątkowo dobry miesiąc, z którego jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony. Jak to się mówi: małe kroki wykonywane codziennie prowadzą do wielkich rezultatów, ale czy tak będzie? Nie wiem. Pożyjemy, zobaczymy, a meta zweryfikuje wszystko.
341 km
Nie pamiętam, kiedy przebiegłem tyle kilometrów w miesiąc będąc na emeryturze biegowej i co najważniejsze, jakoś to wszystko zaczęło trybić. Wziąłem się w garść, ułożyłem plan, porzuciłem radosną twórczość, która uprawiałem i zrobiłem kilka solidnych akcentów mających ręce i nogi.
Marzec niestety nie zaczął się fantastycznie. W pierwszym tygodniu, kiedy biegałem Recordową Dziesiątkę, wymęczyłem 6 km ciągłego po 4’10, upodliłem się na szybszym 14 km rozbieganiu i tydzień zamknąłem poznańskim startem. To był słaby tydzień. Byłem rozwalony motorycznie, lewa dwójka nie działała, włączał się od razu pośladek i nie było płynności ruchu. Była totalna rzeźba. Nie powiem, żebym był tym załamany, bo przez gorsze rzeczy przechodziłem, ale nie napawało to optymizmem przed kwietniowym maratonem. Wynik w stolicy Wielkopolski okupiony był cierpieniem, ale wiedziałem, że ta dycha przepali płuca i wbije mnie na wyższy poziom. Potrzebowałem srogiego łomotu, żeby ruszyć dalej i taki łomot dostałem.
Siła, siła, siła
Siła to podstawa, szczególnie na długim dystansie i czułem, że tej siły mi brakuje. Brakuje mi jej, żeby równo biegać i żeby mieć znów to coś pod butem. Po zawodach trafiłem przypadkiem (?) w ręce fizjoterapeutki, która podczas jednej wizyty postawiła mnie do pionu i odnalazła źródło wieloletnich problemów. Okazało się, że moja lewa łydka, ta od skręconej kostki, ma o 2 cm mniejszy obwód niż prawa. To powodowało przeciążenia i zmiany w mechanice ruchu. Wdrożyliśmy ćwiczenia, ustawiliśmy grafik treningów i zaczęliśmy solidnie pracować nad wzmocnieniem tylnej grupy. To był i nadal jest mój słaby punkt, o czym doskonale wiem, ale jakoś nigdy nie przykładałem do tego wagi. To się zmieniło i regularne treningi przyniosły efekt. Balans zaczął się wyrównywać i zacząłem czuć się coraz lepiej. Nogi stały się silniejsze, co oddawało na treningach biegowych. To był strzał w jedenastkę. Nie w dziesiątkę.
W tygodniu po Recordowej Dziesiątce przebiegłem 106 km. Z akcentów wjechała leśna zabawa biegowa 10 km + 7×4’ w tempie maratonu na 1’ przerwach, siła zróżnicowana z wybiegiem, wytrzymałość tempowa 4×4 km i 30 km leśne pagórkowate rozbieganie.
Zacznę od siły, bo to zawsze była jedna z moich ulubionych jednostek treningowych. W zależności od okresu, możliwości i poziomu sprawności wyglądało to tak, że na odcinku 100 metrów wykonywałem ćwiczenia, jak: skip A, skip C, wieloskok, defiladę czy skip B z czego płynnie przechodziłem w wybieg, czyli w 100 m przebieżkę. To świetny akcent, który przekładał się bezpośrednio na kolejne jednostki. Po wspomnianej wcześniej sile podjechałem na Czarną Drogę, na której wjechały czwórki. Trochę obawiałem się tego akcentu. Dawno nie biegałem nic tak mocnego i podszedłem z dużą dozą niepewności. Postanowiłem, że postaram się biegać nie wolniej niż po 17’00 (4’15/km), ale nie szybciej niż po 16’40 (4’10/km) na 3’ przerwach.
Od samego początku, mimo pagórkowatej trasy, był luz w nodze i musiałem mocno się hamować, żeby nie przeciągnąć. Czwórki wyszły: 16’26, 16’32, 16’34 i 16’19, a zakwaszenie po ostatniej wyniosło 2,7 mmol/l. Luz. Weekend zakończyłem 30 km rozbieganiem po 4’58/km, podczas którego uzbierałem 347 metrów w górę. To był dobry trening i solidny tydzień, w którym wjechało 106 km. Siła oddała.
Kolejny tydzień był startowy z warszawskim półmaratonem i obowiązkową siłownią. Połówkę przebiegłem na mięśniowym luzie po 3’59/km i było git. Nie ujechałem się, nie zrobiłem sobie krzywdy i mogłem skupić się na dalszym treningu. Trochę zaryzykowałem, ale mając pewne doświadczenie wiedziałem na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. W tygodniu po półmaratonie we wtorek zrobiłem 18 km rozbiegania po górkach, w środę siłownię, w czwartek tempo 12x1km po około 3’55/km. Tym treningiem chciałem się odmulić, popracować ciut intensywniej, ale nie ujechać się. Wychodziło ciut szybciej, ale cały czas pilnowałem samopoczucia. Bez fisiowania i rumakowania. Z zapasem. Wjechało pysznie. Do kompletu zostało piątkowe rozbieganie, sobotnia siła zróżnicowana i niedzielna trzydziestka zmiennego. To był kluczowy trening w cyklu i żałuję, że zrobiłem tylko jeden taki akcent.
30 km odcinek podzieliłem na części. 8 km szybszego rozbiegania – wyszło po 4’39, 12 km biegu zmiennego 1 km po ~4’15 / 1 km po ~4’30 – wyszło znacznie szybciej, gdyż nie czułem tempa i nie mogłem wstrzelić się, szczególnie że biegałem po górkach. Na koniec zostało 8 km po 4’05-10, które finalnie kończyłem poniżej 4’00 z dość dużym zapasem. Ostatnie 2 km to roztruchtanie po 4’38. Całe 30 km zajęło mi 2 godziny 10 minut i 54 sekundy, czyli po 4’21/km. Uzbierałem 128 m w górę, a średnie HR wyszło 170 bpm. Czułem się bardzo dobrze i nie byłem umordowany. Tydzień zamknąłem z liczbą 98 km. Elegancko.
Ostatnim marcowym akcentem było tempo 10x400m / 200m. Znowu zaryzykowałem i ten trening wykonałem po poniedziałkowym odpoczynku po niedzielnej trzydziestce. Nałożyłem więc solidne tempo na mocny wytrzymałościowy akcent budując dalej pojemność na zmęczenie. Planowałem biegać nie szybciej niż po 84”, czyli po 3’30/km. Żeby się nie urąbać i mieć siły na resztę tygodnia. Nie wiedziałem również, jak organizm zareaguje na takie treningowe combo. Stary Diesel zareagował wzorowo. Z ogromnym hamulcem odcinki wjeżdżały poniżej 1’20, a ostatni skończyłem w 1’12, czyli coś tam zostało jeszcze pod butem.
To był bardzo dobry miesiąc i bardzo żałuję, że luty był do dupy. Jakbym zrealizował to, co planowałem w Bostonie byłaby bitka o 2:48, a tak dalej nie mam pojęcia, jak pobiec. Myślę, że poczuję brak objętości i na końcu mnie przytka, a może i nie przytka? Nie wiem. Czuję podświadomie, że to jednak nie będzie zwykły maraton.
Wygrywaj, jeśli potrafisz, przegrywaj, jeśli musisz, ale nigdy nie rezygnuj! – Cameron Trammell