Mistrzowskie weekendy – niestety nie dla mnie cz 1.

Po 250 dniach abstynencji powiedziałem w końcu: dość! Wystarczy! Ile można tak się katować i nie sięgać po używki, od których uzależniłem się w wieku dziecięcym? Fakt, brzmi strasznie, ale co mam powiedzieć – przecież nie będę kłamał. Powrót do tego, za czym tęskniłem i co sprawiało, że czułem się szczęśliwym człowiekiem, zajął dużo czasu. Ale ten czas w końcu upłynął. Wróciłem, a wraz z powrotem wróciło życie, szczęście i uśmiech. Suchy is back! 

Pewnie wiele osób zastanawia się, co autor miał na myśli, pisząc tak pokręcony lead. Jak to co? Manifestację tego, czego mu brakowało. Lasu, krzaków, bagien, jeżyn, mapy i kompasu. Tak, właśnie tego! A jak doda się do tych wszystkich słów adrenalinę, ekstremalne zmęczenie i walkę, to zaczyna robić się epicko, cudownie i przepięknie. Chciałoby się użyć słowa „zajebiście”, ale może czytają tego bloga nieletni? Chociaż i oni używają już takiego języka, przy którym więdną uszy. 

Sprint 

Na pierwszy ogień poszły Klubowe Mistrzostwa Polski w BnO, czyli w Bieganiu na Oślep – bo tak wyglądało to w moim wykonaniu. W skład KMP wchodziły sprint, klasyk i sztafety. Ja nie potrafię w sprinty, lubię klasyki, a w sztafetach mocno się dekoncentruję. Rozpocznę jednak chronologicznie, czyli od tego pierwszego. 

Za dużo szczegółów, za dużo drobiazgów, za dużo wszystkiego i to mnie przerasta. Nie czuję się w tym pewnie. Podoba mi się prędkość, ale mam za szybkie nogi w stosunku do głowy, dlatego praktycznie nie startuję w sprintach. Jestem maratończykiem, nie sprinterem. 

Wracając do sedna: do Szczecina pocisnęliśmy z dobrymi znajomymi i chwilę przed zamknięciem strefy kwarantanny zameldowaliśmy się w wyznaczonym boksie. Spotkałem stare, dobre mordy, których nie widziałem od wielu miesięcy. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i było git. Ciśnienie opadało z minuty na minutę, a ja czułem coraz większą ulgę. 

Moja trasa w linii napowietrznej miała 2,7 km, a żeby ją zaliczyć, musiałem odnaleźć 17 punktów. Niby świst-gwizd, ale nie dla mnie. Moim planem było pobiec spokojnie, czysto (hahahahahaha) i nie ujechać się przed weekendem, bo właśnie w te dni zamierzałem powalczyć. Na sobotę zaplanowany był bieg klasyczny, na niedzielę sztafety. 

Potruchtałem kilka minut dookoła boiska, pogibałem się, wszedłem do boksu startowego i czekałem na sygnał. Pii, piii, piiii, piiiii, START! I od razu: OMG, o co tu chodzi?! Gdzie jest jedynka i dlaczego tak blisko? Dwa kroki i już. Szybko, za szybko, ale leciałem i starałem się przeczytać wszystko jak najdokładniej. Oczywiście oprócz szczegółowych opisów, za co biję się w pierś, bo to mnie pokonało. I to już na dwójce! Wbiegłem w miejsce i kręciłem się w kółko jak bączek, a wystarczyło przeczytać opis… Chociaż z drugiej strony i tak bym nie wiedział, co on oznacza. Bo co? Bo nie umiem w sprinty. Simply! Okazało się, że punkt ustawiony był w garażu podziemnym i trafiłem na niego tylko dlatego, że w pewnym momencie z garażu wybiegła banda biegaczy. Cyrk, ale właśnie tak wyglądają sprinty. Pozostałe punkty zaliczyłem bez większych problemów. Oczywiście robiłem to dwa razy za wolno, ale przecież takie miałem założenie na ten start. Żarło całkiem spoko aż do czternastego, który schowany był gdzie? Tak. W garażu! 

Końcówkę wciągnąłem nosem i zameldowałem się na mecie. Pierwszy etap miałem za sobą i mogłem koncentrować się przed sobotnim klasykiem, którego nie mogłem się doczekać.  

LIVELOX – przebiegi

Klasyk 

Dyszka i ponad 300 w górę – pięknie! A to wszystko w dość szybkim lesie. Wiedziałem, że muszę skoncentrować się nie na 100, ale na 200%, bo inaczej zacznę pływać. Wiedziałem też, że muszę obierać pewne warianty, że nie może być przypadku, bo to może mnie zgubić. Głowa musi być zawsze w mapie, a nie w chmurach – co chyba było najtrudniejsze, podobnie jak ignorowanie innych osób kręcących się dookoła, szczególnie w bezpośredniej bliskości punktu. Niby to wszystko wiedziałem, człowiek się łudził, a las i tak brutalnie wszystko zweryfikował. 

Najlepiej i najdosadniej widać to na Liveloxie. Do dziesiątego punktu nawet szło. Pomijając drobne wahnięcia przy wejściu na ósemkę oraz kiepskie warianty na 3, 4 i 10, to patrząc na moje umiejętności, dałbym sobie słabą czwórkę. 

Bałagan zaczął się na 11. Prosty przebieg na 30–40 sekund, a ja tam posiałem dwie minuty. Nie wiem czemu, ale nic mi tam nie pasowało i wkradł się chaos. Niby plan był, ale nie poszło. Kolejny błąd – i to niestety ogromnego kalibru – zrobiłem na 13. Tam straciłem dobre 5 minut, a poziom koncentracji i nastawienia spadł do przyziemnych wartości. Jak widać na przebiegach, zamysł był dobry, chociaż rzuciło mnie za bardzo na prawo – ale pal licho. Potem było dobre wejście, paśnik, rzeczka, ścieżka i żółte… tyle że nie to żółte, gdzie był punkt. Zacząłem czesać na wcześniejszej polanie i cały misterny plan poszedł… 

Cała para poszła w gwizdek. Kolejny punkt czysto, ale za wolno, a na piętnastce przedobrzyłem. Zobaczyłem fajny, szybki odcinek, więc w głowie włączyło się turbo, co kompletnie mnie pogrążyło. Zamiast ciąć do ulicy, wywaliłem w lewo. OK, można to jakoś usprawiedliwić, ale dalej była już tragedia. Złapałem asfalt i zapiąłem. Zlokalizowałem drogę biegnącą po prawej i źle oceniłem odległość wejścia na punkt. Zacząłem go szukać w krzakach dobre 100 metrów za wcześnie i byłem wszędzie. Wkradł się chaos, a poziom irytacji sięgnął zenitu. Wiedziałem, że mam po biegu i mogę się pakować. Wróciłem do drogi, następnie do asfaltu i spokojnie, od nowa, truchcikiem zaatakowałem punkt we właściwym miejscu. Kolejne cztery minuty utopiłem w krzakach. Szesnasty punkt zabiegłem, chociaż wariant wybrałem dobry, i zgubiłem tam kolejne dwie minuty. Zmiotło mnie z planszy, nie było czego zbierać. 

Zająłem dalekie, dwunaste miejsce, tracąc do zwycięzcy około 19 minut. Może na medal szans nie miałem, ale gdybym poszedł w miarę czysto i uniknął tych kilku baboli, to byłbym piąty. Byłbym, ale nie byłem, bo właśnie na tym polega ten sport. Można mieć moc pod nogą, ale jak łeb nie dojeżdża, następuje koniec gry.

LIVELOX – przebiegi

Sztafety 

Rzucili mnie na głęboką wodę i do lasu szedłem na pierwszej zmianie. Dawno nie latałem jako pierwszy i nie przepadam za tym. Na początku jest chaos, mnóstwo ludzi, każdy gdzieś biegnie, skręca. Nie ma spokoju ani ciszy i ciężko mi się skoncentrować, bo skupiam się nie na mapie, ale na tym, co dzieje się dookoła. To nie pomaga, ale postanowiłem tę kartę odwrócić i potraktować start na pierwszej zmianie jako test. Chłodna głowa, koncentracja, mapa, warianty i ja. 

Ruszyliśmy. Spojrzałem na mapę i zacząłem kombinować z wariantem, jednakże bardziej rozglądałem się dookoła, zamiast skupić myśli na rysunku. Było spoko, ale pomieszałem płoty i nie wiedziałem, przy którym ostatecznie jestem. Grupa odeszła, ja zostałem sam w krzakach. Pokręciłem się, pomyślałem i odnalazłem spokój – znaczy się miejsce, w którym byłem. Teraz wystarczyło tylko obrać optymalny wariant, znaleźć punkt i zacząć gonić. Tak zrobiłem, chociaż miałem małe problemy z wejściem w sam punkt. Dlaczego? Nie doczytałem opisu i nie spojrzałem, po której stronie korzenia miał się on znaleźć. W końcu się udało i mogłem zacząć gonić. 

Ruszyłem bardzo mocno skoncentrowany i kolejne punkty zaliczyłem bez problemów. Czysto i pewnie. Może ciut za wolno, ale nie zrobiłem żadnego błędu. Mijałem tych, którzy mi uciekli, i ostatecznie dobiegłem na piątej pozycji. Za mną ruszył Michał, a po nim Jacek. Po trzech zmianach zajęliśmy czwarte miejsce w Klubowych Mistrzostwach Polski. 

Podsumowując jednym zdaniem: jak na 250-dniowy rozbrat z mapą, to były całkiem udane zawody. Oczywiście mogło być lepiej, ale tragedii też nie było. W Szczecinie spędziłem świetny weekend w gronie znajomych, w bardzo pozytywnym klimacie. 

LIVELOX – przebiegi

Jeśli naprawdę chcesz coś zrobić, znajdziesz sposób. Jeśli nie, znajdziesz wymówkę – Jim Rohn 

2026-05-22T11:29:45+02:0022/05/2026|Starty|