KO w klasyku cz.2

7,4 km, 16 punktów do zaliczenia i 365 metrów w górę. Brzmi jak przepis na sukces czy na klęskę? Parametry pode mnie, idealnie pod klasyk, forma solidna, więc co mogło pójść nie tak? Oczywiście: dekoncentracja i kiepskie umiejętności. Jedno w połączeniu z drugim sprawiło, że zamiast walczyć o czołowe pozycje, uplasowałem się gdzieś w środku stawki. To nie był dobry bieg i nie jestem z niego zadowolony. W sumie to z nich – bo ani z klasyku, ani ze sztafet. Meta ponownie zweryfikowała wszystko, ale najważniejsze, że bawiłem się doskonale. 

Zawody rozgrywane były na południu Ojcowizny, nieopodal Świdnicy. Postanowiłem więc połączyć wyjazd z wizytą u rodzinki z Wałbrzycha, gdzie zostałem przechowany w komfortowych warunkach. Było zacnie, epicko, niegrzecznie i cudownie. Był to doskonały reset dla mózgownicy – zarówno po nieudanych startach, jak i po podróży oraz ostatnich perypetiach, do których nie chce mi się wracać. 

Trasa do Waldenburga minęła błyskawicznie. Nie wiem, czy nie wpadłem na odcinkowym pomiarze prędkości, ale jechało się wyśmienicie. Muza na full i dzida do przodu! Na miejscu zameldowałem się o ludzkiej godzinie, więc mogłem się najeść i wyspać. Tego było mi trzeba. Rano wstałem wypoczęty i nakręcony na sobotni klasyk. Koncentracja była, nastawienie również, forma top. Wystarczyło wejść do lasu, zabrać mapę i nie popełnić większych błędów. Tylko tyle i aż tyle. 

Do boksu startowego wszedłem dokładnie o godzinie 13:13 i żeby być spójnym oraz konsekwentnym, to krok do przodu dałem, kiedy zegar pokazał trzy trzynastki. Nie jest to moja ulubiona cyfra, unikam jej jak ognia, ale od jakiegoś czasu patrzę na nią jak na sumę cyfr 1+3, co daje 4. Jako że jestem astronomiczną czwórką, to staram się to jakoś odczarować. Niestety tym razem się nie udało… 

Bieg rozpocząłem bardzo ostrożnie. Czujnie i spokojnie. Chciałem jak najdokładniej wejść w mapę, a że teren był dość wymagający, nie chciałem szaleć na otwarcie. Pierwszy punkt znalazłem bez problemów, chociaż mogłem pobiec nieco szybciej. Wolałem jednak dmuchać na zimne. Dwójkę wciągnąłem nosem. Na trójkę zaczęła się radosna twórczość. Niby miałem obrany wariant, niby miałem plan, niby wiedziałem, jak biec, ale punktu zacząłem szukać za wcześnie. Popełniłem mój ulubiony błąd i kręciłem się jak gówno w przeręblu. Masakra! Jak patrzę teraz na Liveloxie na to, co ja tam nawyprawiałem, to aż łapię się za łysą glacę. Szkoda słów. Biegnąc asekuracyjnie, wystarczyło dobiec do ścieżki, pobiec nią aż do jakiejś betonowej zabudowy i odbić w lewo. Wystarczyło, a ja posiałem tam dobre 5 minut.  

Czwórkę ogarnąłem bez problemów, ale teraz widzę, że mogłem, a nawet powinienem wybrać inny wariant. Zamiast przedzierać się przez krzaki i jar, można było to obiec z lewej strony. Wyszłoby dłużej, ale biegłbym cały czas drogą, a że mam pod butem moc, to czuję, że mógłbym tam trochę nadrobić. Mądry Polak po szkodzie. Życie. 

Piątka weszła czysto. Bez ekscesów. Cyk, cyk, cyk po warstwicy i w dół! Na szósty początkowo nie miałem koncepcji. Szukałem dróg, żeby obiec ten cały bałagan i nawet znalazłem przystępny i przyjemny wariant, ale odezwała się we mnie dusza biegacza na oślep i postanowiłem ciąć przez góry i krzaki. Bez sensu. Jedyne, co wyszło pozytywnego na tym przebiegu, to że wszedłem w punkt nawet czysto, po drodze sprawdzając, gdzie stoi ósemka. Siódemkę skopałem na maksa. W głowę wkradł się chaos. Zapatrzyłem się na innych zawodników – znaczy się na zawodniczki – i zamiast prosto do punktu, biegałem za nimi po krzakach. Kolejne minuty poszły w las.  

Ósemkę i dziewiątkę potwierdziłem czysto. Tam chyba nie szło popełnić żadnego błędu, ale już przebieg na dziesiątkę sprawił mi sporo problemów. Kombinowałem z doborem odpowiedniego wariantu jak koń pod górę. Początek był spoko. Leciałem dobrze, pewnie i z głową. Wszystko skopałem na końcówce. Niepotrzebnie ciąłem przez krzaki – mogłem odbić w drogę i pobiec nią praktycznie do samego punktu. Jednym słowem: przekombinowałem. Ostatnie punkty znalazłem bez większych problemów – no, może z wyjątkiem czternastki, gdzie trochę się zakręciłem na wejściu. 

Ostatecznie w Mistrzostwach Polski w klasycznym BnO zająłem kiepskie, czternaste miejsce, z o wiele za dużą stratą do zwycięzcy. Szkoda, ale taki jest właśnie ten sport. Można mieć pod nogą piekielny ogień, ale jak diabeł da za dużo do pieca i kopyta zaczną kręcić się szybciej, niż zwoje mózgowe są w stanie przetwarzać impulsy, to pojawiają się problemy. Wkrada się chaos i totalna dezorientacja.  

LIVELOX – przebiegi

To nie był dobry bieg, tak samo jak niedzielne sztafety, które położyłem na maxa. Miał być medal, a skończyło się na czwartej pozycji.  

Nie masz wpływu na to, co ci się przydarza, ale masz wpływ na to, jak na to reagujesz – Epiktet

2026-06-05T17:34:42+02:0005/06/2026|Starty|