Są takie biegi, na które wracam z ogromnym sentymentem – i to nawet wtedy, kiedy noga się nie kręci i nie ścigam się o czołowe miejsca czy życiowe wyniki. Takim biegiem jest rozgrywany w Porcie Wojennym Gdynia Bieg 5 MIL, którego pierwszą edycję miałem przyjemność wygrać. Było wtedy konkretne ściganie, a zwycięstwo wyrwałem po naprawdę mocnym finiszu.
W tych zawodach startowałem kilka razy, będąc w bardzo różnej dyspozycji. W tym roku postanowiłem ponownie sprawdzić swoje siły i 21 maja stanąłem na kresce. Plan był prosty: mocno się zmęczyć. Nie miałem jednak jakiejkolwiek koncepcji, jak mam pobiec i na co mnie aktualnie stać. Generalnie lubię ten stan, bo często i gęsto można sprawić sobie miłą niespodziankę. Na taką liczyłem i tym razem, chociaż z drugiej strony – dwa wcześniejsze weekendy miałem ostro startowe w lesie i czułem w nogach tamte kilometry. Środowa siłownia również lekko ujechała mi mięśnie, ale z doświadczenia wiedziałem, że po mocnym pobudzeniu siłowym biegowo zawsze czuję się o wiele lepiej.

Zrobiłem 2,5 km rozgrzewki i ustawiłem się z przodu. Oczywiście nie w pierwszej linii, to już nie ten czas, trzeba znać swoje miejsce. O 11:00 ruszyliśmy. Mocno, odważnie, ale z głową. Wszystko na samopoczucie bez kontroli czasu i tętna. Biegło się bardzo dobrze. Nie czułem zmęczenia, spompowanych nóg i innych problemów. To był dobry znak i wiedziałem, że będzie to dobry bieg.
Leciało się aktywnie, a pod butem czułem to coś, co tak bardzo lubię. Goniłem, doganiałem i przeganiałem kolejnych zawodników, a wszystko to na całkiem luźnej nodze. Żarło! Pierwszą pętlę minąłem po 17 minutach i 5 sekundach. Ruszyłem na drugą. Czułem się naprawdę git.
Na jakieś dwa kilometry przed końcem zacząłem się tasować z biegaczem, którego chwilę wcześniej dogoniłem. Ruszyliśmy mocno i żaden z nas nie chciał odpuścić. Postanowiłem jednak zagrać w swoją grę i sprawdzić, czy na finiszu wciąż jestem tak szybki jak kiedyś. Na około 200, może 250 metrów przed metą puściłem zawodnika przodem, dając mu mylący sygnał: „odpuszczam”. Mój misterny plan poskutkował. Lekko odpuściłem z tonu, usiadłem mu na plecach na dwa, trzy kroki i wyczekałem odpowiedni moment. Kiedy do kreski zostało niecałe 100 metrów – ruszyłem. Położyłem na szalę wszystko, co miałem w nogach, i z prawie czterosekundową przewagą nad rywalem przeciąłem linię mety. Na tym finałowym zrywie zegarek pokazał kosmiczne tempo 2’26/km!

Ostatecznie dystans pięciu mil pokonałem ze średnim tempem 3’44/km. Średnie tętno wyniosło 183, a maksymalne dobiło do 194 bpm. To były naprawdę dobre zawody.
Wielkie rzeczy nigdy nie pochodzą ze strefy komfortu – Roy T. Bennett